piątek, 3 lutego 2017

1. Szczurzy przypadek

Kamienne mury ciągnęły się wysoko w górę, ich wyższe partie niknęły w mroku nocy, skryte przed ludzkim wzrokiem. Ze zgaszonych już pochodni unosiły się wysokie pasma dymu, tworząc zawiłe wzory w chłodnym powietrzu, pnąc się w górę przy szorstkiej powierzchni ścian, raz zbliżając się do nich, to znowu oddalając, jakby węsząc. Uśpione postacie z wszechobecnych portretów chrapały cichutko, jakby ze strachu, że mogą same siebie obudzić. Bezwładne już głowy opadały na opuszczone ramiona, pukle włosów zakrywały twarze, niby starannie pielęgnowany zarost. Co niespokojniejsze z nich otwierały zmęczone oczy, słysząc niewystępujący wcześniej odgłos, przesuwający się przez długie korytarze. Dźwięk dziwnie podobny do klapania bosych stóp na zimnej posadzce.
— Ron! — Rozeźlony syk odbił się od złotych ram obrazów. — Uważaj, jak łazisz!
— To było przypadkiem…
— Ciii… — dołączył się trzeci głos, uciszając w ten sposób swoich przedmówców. Powietrze na środku korytarza zafalowało i ruszyło przed siebie. Skradało się powoli, ale nie dość uważnie, bo zaraz ciszę przerwał kolejny syk.
— Harry!
— Wybacz, Hermiono. Wydawało mi się, że to korzeń…
— Korzeń? — Lekceważące prychnięcie zbudziło szlachciankę w podeszłym wieku, co zaowocowało wylaniem trzymanej przez nią herbaty. — W samym środku Hogwartu?
Powietrze tylko wzruszyło ramionami i spuściło głowę, dostrzegając kolejną przeszkodę.
— Uważaj!
— Na co? — odezwały się dwa głosy jednocześnie. Właściciel jednego z nich zignorował ostrzeżenie i wysunął się do przodu, zahaczając stopą o wystający z podłogi drewniany sęk. Wyraźnie dziewczęcy głos pisnął cicho, upadając na kamienne kafelki. Pociągnął za sobą resztę powietrza, z którego wysypały się trzy postacie — okularnik, rudzielec i burza loków, jako pierwsza witająca się z posadzką. Nerwową szamotaninę przerwał dźwięk zbliżających się kroków. Głowy podniosły się znad plątaniny rąk i nóg, nasłuchując.
— Lumos. — Padła niewyraźna formułka. Strumień światła zalał korytarz, skupiając się na istocie o wielu kończynach. — Potter, Granger i Weasley. Cóż za spotkanie. — Profesor Snape uśmiechnął się krzywo. — Zachciewa się nocnych spacerów, hę?
— My tylko…
— Raz sobie oszczędź, Granger. — Nauczyciel zmarszczył brwi, jakby intensywnie się nad czymś zastanawiając. — Gryffindor traci przez was dziesięć punktów… — Jego następne słowa przerwały tłumione westchnienia ulgi. — … za głowę, oczywiście. Jutro macie się stawić w moim gabinecie. Po lekcjach. A teraz znaleźć swoje kończyny i podnieść się z tej podłogi. Punktów zawsze może ubyć.
Nadzwyczaj szybko troje Gryfonów pozbierało własne mienie, kierując się zaraz w stronę dormitoriów Domu Lwa. Po oddaleniu się na bezpieczną odległość, zwolnili nieco, uspokajając przyspieszone oddechy. Harry już otwierał usta, z zamiarem podsumowania jakże udanej eskapady, lecz ubiegł go wściekły głos.
— Widzę was, Potter.
To wystarczyło, aby Złota Trójca podskoczyła jak oparzona i zniknęła za bezpiecznym wizerunkiem Grubej Damy.
W korytarzu rozległ się jeszcze cichy, tłumiony chichot. Jedno zaklęcie, a korzenie, zdobiące wcześniej zamkowe podłogi, zniknęły, pozostawiając gładką powierzchnię. Taką, na której nawet niezdarny Gryfon nie mógł się potknąć.

****

Damskie dormitorium piątego rocznika w ciemności wyglądało wręcz groteskowo. Z wąskich kolumn łóżek zwisały pierzaste szale, niczym skrzydła ptaka, zrywającego się do lotu. Po podłodze walały się ubrania, przyczajone czarne postaci, w każdej chwili gotowe skoczyć i zagryźć przypadkowego przechodnia. Nad jednym z posłań unosiła się migocząca mgiełka, o zapachu tak słodkim, że aż mdlącym. Lavender Brown odznaczała się wyjątkowo spaczonym gustem — jej szafka nocna, zakryta wszelkiego rodzaju kosmetykami, widniała niczym góra na tle kamiennego nieba. Góra o poważnym zagrożeniem lawinowym.
Do ostatniego wolnego łóżka pod oknem przemykała Hermiona Granger, ostrożnie stawiając kroki na zdradzieckim gruncie. Księżyc, wyłaniający się zza chmur, oświetlił nierozpakowany kufer i torbę Gryfonki. Ta przyklękła i delikatnie uniosła wieko bagażu, modląc się w duchu, aby nie zaskrzypiał. Odgarnęła z czoła niesforne loki, złorzecząc na szampon zwiększający objętość. Nikogo nie obudziła, co nadzwyczaj dobrze wróżyło (pomijając niezbyt udany początek roku, uwieńczony utratą punktów) — czekało na nią już tylko wygodne łóżko. Zagłębiła się w świeżej pościeli i westchnęła cicho. To jednak wystarczyło, aby z prawej dobiegł ją zaspany głos.
— Hermiona?
Odgoniła chęć udawania, że śpi, poprawiając poduszkę.
— Uhm?
— Opowiesz mi?
— Znasz to już na pamięć.
Duże, jasne oczy błysnęły w mroku, prosząco wpatrując się w kasztanowłosą. Kolejne westchnienie najwyraźniej przekonało je o osiągniętym celu, bo zamrugały wesoło, pozbywając się resztek senności. Wyczekująco lustrowały wachlarz loków na poduszce współlokatorki i ruchy kołdry w rytm jej oddechu.
— Zaczęło się tak, jak zwykle się zaczyna. — Cichy, niższy niż zazwyczaj głos, wypełnił pomieszczenie. — Niespodziewanie. Byłam mała, malutka i mieszkałam u cioci. Zachwycała mnie tym, co robiła — latające garnki, samomyjące się talerze. Miotły zamiatały podłogę, chociaż nikt ich nie trzymał, przyprawy doprawiały obiad, ale nikt ich nie sypał. Gdy opowiadałam babci, dlaczego nie muszę zmywać, ona tylko śmiała się i kiwała głową, mrucząc coś o wybujałej wyobraźni. Nie rozumiała mnie i nic w tym dziwnego, w końcu jaki mugol by mi uwierzył? Za to ciocia wiedziała wszystko, nie rozwiewała moich marzeń o jednorożcach czy wróżkach z kolorowymi skrzydłami. Uśmiechała się dziwnie, gdy mówiłam o czymś innym, magicznym. Pierwszy raz usłyszałam od niej o Hogwarcie po małym incydencie w komunikacji miejskiej.
— Incydencie? — Octavia owinęła się ciaśniej kołdrą, zadając odpowiednie pytanie. To, które zadawała za każdym razem, na które Hermiona zawsze odpowiadała tak samo.
— Uważałam siedzenia autobusowe za zbyt twarde, dlatego zdarzyło mi się w nie zapaść. Tak dosłownie. Główka pięcioletniej dziewczynki wystawała z oparcia, nic nadzwyczajnego. Zaciekawiona przyglądałam się ludziom, którym jednocześnie odjęło mowę. Ciocia wyciągnęła mnie i wysiadłyśmy na najbliższym przystanku, odprowadzane zszokowanymi spojrzeniami. Wtedy się dowiedziałam. O wszystkim. Zostałam już nie Hermioną-księżniczką, ale Hermioną-czarownicą. Miałam dostać różdżkę, kociołek i miotłę, a co najważniejsze, pojechać do szkoły dla takich, jak ja. Wyobrażałam sobie Hogwart jako najwspanialsze miejsce na ziemi. Nie zawiodłam się. Ciocia porzuciła wszelkie pozory, zaczynając wychowywać mnie zgodnie z zasadami magicznego świata. Przeniosłyśmy się do najbardziej wypełnionej czarodziejami dzielnicy Londynu, w której, jak się okazało, znajdowało się jej stare mieszkanie. Pokazała mi życie, wcześniej nieznane, ale wymarzone. Powiedziała prawdę o śmierci moich rodziców, zabitych przez śmierciożerców. Nie byli ofiarami celowymi, bardziej… — Hermiona urwała, wbijając wzrok w sufit. — …wypadkiem przy pracy. Tęsknię za nimi, chociaż wcale ich nie znałam. Miałam dziesięć miesięcy, gdy to się stało. Ale koniec końców, zdałam sobie sprawę, jakie mam szczęście, skoro wychowuje mnie Ciocia. Przez duże „C”. Całkowicie mi wystarczała.
Panna Granger wpatrzyła się w krajobraz za oknem. Księżyc, ponownie chowający się wśród chmur. Uśmiechnęła się nieznacznie, mając przed oczami twarz, znaną od małego. Burza czarnych loków, równie ciemne oczy. Czasem były otwartą księgą, pełną pięknych, szczęśliwych wspomnień — wtedy błyszczały. Niekiedy jednak ciemniały jeszcze bardziej, zamknięte i mroczne, nawiedzane wizjami. Hermiona kiedyś myślała, że Ciocia jest wróżbitką, ale nie była. A wizje zawsze wracały.
— Na moje jedenaste urodziny dostałam najwspanialszy prezent, jaki mogłam sobie wymarzyć. List z Hogwartu. Skakałam po całym domu, szczerząc się do wszystkiego, na co padł mój wzrok. Odczytałyśmy treść uroczyście, w salonie, aby zaraz założyć płaszcze i ruszyć na Pokątną. Zakupy same by się nie zrobiły.
Po kilku miesiącach niecierpliwego czekania i przeglądania ksiąg, wreszcie znalazłam się na dworcu. Ciocia odprowadziła mnie pod samo wejście do pociągu, właściwie prawie zostałam do niego zapakowana. Usiadłam w przedziale z Neville’em i Lucy, która teraz jest Krukonką. Wtedy, podczas zwykłej-niezwykłej podróży, podjęłam najważniejszą decyzję, jaką kiedykolwiek przyszło mi podjąć. — Hermiona zawiesiła głos, budując napięcie. Nie zwracała uwagi na to, że i ona, i Octavia znały całą opowieść na pamięć. — Poszłam szukać szczura Neville’a.
Lavender zachrapała głośniej, wiercąc się na wąskim łóżku.
— Szczura? — Padło kolejne pytanie Octavii, zgodnie ze scenariuszem.
— Taki gryzoń. Przechadzałam się między przedziałami, zaglądając to tu, to tam, ale nikt Teodora nie widział. — Hermiona skrzywiła się nieznacznie na wspomnienie mało przyjemnej konfrontacji z grupą starszych Ślizgonów, którzy z miejsca posądzili ją o próbę kradzieży. — Aż trafiłam na dwóch pochłaniających czekoladowe żaby chłopców. Byli obleśni. Ron wzdrygnął się na samą nazwę „szczur” i mocniej przytulił swojego rudego kota, a Harry tylko się śmiał i świecił oczami zza popękanych okularów. Pokochałam ich. Weasley i Potter to nazwiska, które pozostaną ze mną do końca życia. A może nawet dłużej.
Octavia przekręciła się na plecy i zapatrzyła w sufit. Krótkie, jasne włosy okalały jej twarz srebrną aureolą, chłodną w blasku księżyca. Szare oczy, skupione na jednym punkcie, widziały obrazy niedostępne dla żadnych innych, może dlatego tak ważne. Niepowtarzalne.
— Dlaczego? — Hermiona przeczesała palcami długie loki. — Dlaczego zawsze pytasz o tą jedną historię? Nie zaliczyłabym jej do najlepszych… Poza tym, wciąż opowiadam ją tak samo jak na pierwszym roku, słowo w słowo. A wtedy nie byłam zbyt dobrym narratorem.
Octavia wzruszyła ramionami.
— Nie wiem. Dla ciebie to wszystko — Zatoczyła koło ręką. — jest takie niesamowite. Marzenie, które udało ci się spełnić, nie byle jakie marzenie. Ja to widzę jako mój normalny świat. Coś oczywistego. Wydaje mi się, że trochę ci zazdroszczę. Skoro czegoś nie mam, chcę przynajmniej o tym posłuchać.
Hermiona spojrzała na nią przelotnie. Szlachcianka, czystej krwi z potężnego i szanowanego rodu. Ostatnim, co można było o niej powiedzieć, to że czegoś jej brakowało. Miała wszystko — bogactwo, zapewnioną przyszłość, ważnych w świecie magii znajomych. Do tego, natura nie przebierała w środkach, jeśli chodziło o urodę Octavii.
— Zazdrościsz mi?
— Nie dziw się tak. — Panna Malfoy podciągnęła kołdrę pod samą szyję. – Nie każdy idzie szukać szczura, a znajduje przyjaciół.

****

Blaise Zabini był człowiekiem czynu. Pięknym, wymuskanym i perfekcyjnym, o powalającym uśmiechu, ale czynu. Nie miał więc oporów we wspieraniu przyjaciela w chwilach trudnych, pełnych desperacji. Nie przeszkadzało mu również to, że owe chwile nadchodziły dość często, bo codziennie, a właściwie wtedy, gdy na drodze arystokraty stawała jego siostra. Ktoś mógłby powiedzieć o jego sposobie spędzania wolnego czasu jako „nużącym”, ale na pewno by zaprzeczył — każdy chce czasem zaznać trochę rozrywki. Szczególnie, jeśli wprawia go ona w szampański wręcz humor.
— Smoku, powiedz to raz jeszcze, wyraźniej. I nie rzucaj się tak, bardzo lubię tego kwiatka. Doniczkę też.
Dracon Lucjusz Malfoy, z reguły nie okazujący jakichkolwiek silniejszych, a co dopiero skrajnych emocji, rzucił kompanowi spojrzenie spod zmarszczonych brwi. Zaprzestał jednak nerwowego przechadzania się po pokoju, odłożył też porcelanową doniczkę, którą w międzyczasie zdjął z parapetu, żeby zająć czymś ręce, które teraz zatopił w czeluściach kieszeni. Blaise nic sobie nie robił z jego zachowań czy też dziwnych odruchów i siedział na łóżku, machając nogami, niczym mała, zadowolona dziewczynka w teatrze kukiełek. Oraz, zdawałoby się, druga istotka w niej zamknięta, którą zdradzały tylko diabelskie błyski w słodkich oczkach.
— Siedziałem, jak codziennie rano, w pokoju z dwoma idiotami. — Malfoy przerwał, szukając w oczach Blaise’a potwierdzenia, że ten słucha. Skinięcie głową go usatysfakcjonowało, bo kontynuował. — Jak się jednak okazało, stężenie głupoty musiało okazać się niewystarczające, bo, na zasadzie osmozy, odwiedziła mnie Octavia, chwilowo wyrównując je ze stężeniem zewnętrznym. Pewnie przez Weasleya nagle wzrosło. W każdym razie, zapytała, cytuję „Nie miałbyś nic przeciwko wrednemu, małemu sierściuchowi, który pogryzie wszystko, ale przede wszystkim ciebie, jest mi potrzebny jak wrzód na tyłku i zostawi swoje kudły na każdej możliwej powierzchni w naszym domu, prawda?”. Ja, jako osoba…
— Jesteś absolutnie pewny, że użyła takich właśnie określeń? — Po zaciśniętych pięściach Dracona, Blaise domyślił się, że stąpa po cienkim lodzie.
— Nie. Przerywaj. — Dziedzic Slytherinu opadł na łóżko. — Zanim zdążyłem jej to wyperswadować, wybiegła z pokoju, wielce zadowolona. I tak postawi na swoim.
Malfoy przeczesał palcami platynowe włosy, oddychając głęboko. Jak ona go denerwowała. Już mu zwierząt w domu wystarczy, Octavia robiła za całe zoo, jeżeli nie dżunglę. Zabini kiedyś powiedział, że od tego właśnie są siostry, ale jeżeli tak, to po cholerę chcieć jakąś? Była zbędna, całkowicie. Nie dość, że siostra, to jeszcze bliźniaczka. Mały, irytujący sobowtór — wygląda dokładnie jak ty, tyle że innej płci.
— Ona chce szczura.
— Co? — Blondyn oparł się na przedramionach i ziewnął. Niczym platynowy kot, zwinny i zgrabny, o ruchach tancerza.
— Przedtem powiedziałeś, że nie dosłyszałeś, o jakie zwierzę jej chodzi. Chce szczura. — Blaise wstał, zbierając rzeczy potrzebne na dzisiaj. Zarzucił torbę na ramię i spojrzał na współlokatora, który nie był łaskawy ruszyć się z miejsca.
— Ale wcale nie chodzi o to, prawda? Co by cię obchodził jakiś zwierzak, którego sobie kupi i zagłaszcze na śmierć?
Draco leżał przez chwilę bez ruchu, jednak niezadowolenie i zirytowanie zaczęło stopniowo znikać z jego twarzy, zastępowane przez odbicie smutku i żalu, widoczne tylko w stalowych oczach. Usiadł, odwracając głowę w stronę okna.
— Blaise Zabini, jak zwykle nad podziw domyślny — mruknął, nie zaszczycając współlokatora nawet jednym spojrzeniem. — Wysłała list, dlatego przyszła. Zawsze przychodzi, gdy już wyśle. Nie wiem właściwie, czy czuje wtedy wyrzuty sumienia, czy próbuje mnie przekonać, żebym to ja je czuł.
— Do ojca? — Blaise nie pytał, aby znać odpowiedź, niby wypisaną na twarzy Dracona ciemnym tuszem. Znał go wystarczająco długo, żeby poprawnie odczytywać znaki, które inni by zignorowali, na które nawet nie zwróciliby uwagi. Trzeba było patrzeć w oczy.

— Do ojca. — Malfoy skinął głową, chwycił torbę i wyszedł, a Zabini podążył za nim, jak podążał od lat, przyjaciel wierniejszy niż pies.





Witam serdecznie w pierwszym rozdziale!
Żeby się za bardzo nie rozpisywać, dziękuję wszystkim, którzy się już tutaj pojawili. Nie zaszkodzi, jeśli zostawicie po sobie jakiś znak (ekhem komentarz ekhem), nie obrażę się, zapewniam. 
Do następnego

"Moc jest we mnie, a ja jestem silna Mocą"

Vi



20 komentarzy:

  1. Moc jest we mnie, a ja jestem silny mocą. I przypomina się magiczny ślepaczek ze starłorsów :D ale pozmieniałas! Zwierzęta zupełnie na opak. Ale podobało mi się, i to nawet bardzo. Czytam dalej! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. aaa Ola w końcu ruszyła dupę i przeczytała wow. I muszę przyznać, że świetnie piszesz, bardzo mi się podoba i lecę na następne rozdziały

    OdpowiedzUsuń
  3. Uwielbiam oryginalne pomysły na Dramione, naprawdę. Jednak są dwie rzeczy, których w tych opowiadaniach nie lubię. Pierwszą są watki Hermiony Riddle - bo uważam, że to niszczy podstawową magię dramione - przeszkodę czystości krwi. Natomiast drugim wątkiem jest... obdzielenie rodzeństwem, któregoś z naszych bohaterów. Uważam, że fakt, iż obydwoje byli jedynakami trochę ukształtował ich charaktery, dlatego trudno mi wpisać w ich obraz rodzeństwo. Draco, jako troskliwy braciszek totalnie nie przystaje do moich wyobrażeń o tej postaci, nie mniej jednak, każdy ma swoje wyobrażenie ich historii. Pozostaje się cieszyć, że Ty swoje realizujesz :) Znam czytelniczki, które kochają historię o pannie Riddle, albo marzą by pod postacią siostry Malfoya umieścić odbicie samej siebie. To jest właśnie najfajniejsze - to, że ktoś chce być oryginalny i stworzyć coś nowego. Gratuluję Ci, że się odważyłaś :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, wszyscy mają jakieś zastrzeżenia i ja również do tych wszystkich należę. U mnie siostra Malfoya pojawia się głównie dla kontrastu - zmiana przeszłości niesie ze sobą konsekwencje, w różnym znaczeniu tego słowa. Same postaci są inaczej ukształtowane, bo chociaż zastrzeżenia co do czystości krwi gdzieś wciąż pozostały, jej "kult" zginął razem z Czarnym Panem. To trochę ryzykowne przedstawienie sprawy, dlatego rozumiem, że do Ciebie nie przemawia.
      Postaram się poprowadzić je najlepiej, jak umiem, a może kiedyś choć troszkę się przekonasz :D
      Bardzo dziękuję za spostrzeżenia i opinie, dałaś mi do myślenia...

      Usuń
  4. Nieważne ile razy człowiek sobie powtórzy "Żadnych wiecej Dramione! Przeczytałaś juz wszystkie możliwe scenariusze!" - to nigdy nie działa :D Od Dramione chyba po prostu nie da sie uciec jak już raz zasmakujesz.
    Jak ja ci strasznie zazdroszczę umiejetnosci piania opisów! Są naprawdę magiczne i takie niestandardowe. Używasz ciekawych porównań, jak te walajace się ubrania jako czarne postacie. Jak je czytam, to rzeczywiscie wyobrazam sobie miejsce i atmosferę i aż mi sie włos na karku jeży, jak pomyślę o moich wstawkach typu yyy, okej, teraz jesteśmy w takim miejscu. Ma białe ściany."
    Życie jest niesprawiedliwe! :D
    Podoba mi sie, jak pozmieniałaś przeszłosć. A właściwie moze nie samo to, jak została zmieniona, ale jak nam to wyłożyłaś - nie jakoś łopatologicznie tylko ładnie wplotłaś w dialogi i opowieści.
    W góle same dialogi są dobre. Czasem jak czytam blogi, to mam wrażenie, że autorzy nigdy nie mięli okazi posłychać rozmowy dwójki ludzi xd
    No i te pozamieniane zwierzęta i Ron i jego kot <3
    No i troche humoru we fragmencie z Draco i Zabinim, już uwielbiam ich oboje :D
    "blondyn oparł się na przedramionach i ziewnął. Niczym platynowy kot, zwinny i zgrabny, o ruchach tancerza." - no uwielbiam ten fragment!
    Ogólnie zazwyczaj nie lubie dokoptowywania dodzeństwa, ale jak jest to dobrze napisane, to nie mam nic przeciwko :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od dramione nie da się uciec na pewno. Raz zaczniesz, zawsze wracasz. Dziękuję ogromnie za te wszystkie pochlebstwa, mam na twarzy takiego banana, jaki nie pojawił się u mnie przez dobrych kilka dni (chociaż z opuszczoną głową przyznam, że tym moim opisom jeszcze niejednego brakuje). Do Draco i Blaise'a zawsze miałam duży sentyment, głównie przez inne blogi, dlatego nie mogłam ich tu nie umieścić.
      Pozdrawiam serdecznie i informuję, że dałaś mi całkiem mocnego kopa do pisania (ale nie boli bardzo :D )

      Usuń
  5. Hej :3
    Fanka Star Wars :3! Pjona!
    Jak ja kocham fanfictiony o postaciach z książek <3. Całkowicie inna historia, ale z elementami super serii. Zacznijmy od samej fabuły. Początek jest moim ulubionym fragmentem, kiedy trójka dzielnych przyjaciół stawia czoło wściekłemu Snape'owi. Już wyobraźni słyszę jego głos i widzę ten charakterystyczny grymas :').
    Bohaterowie są różni. To jest plusem.
    Oczywiście bardzo spodobał mi się Twój styl pisarki. W świetny sposób opisujesz drobne rzeczy oraz zachowania bohaterów. Opowiedziana historia przez Hermionę była lekka i przyjemnie się ją czytało.
    Lecę nadrabiać.
    Ps. Jak masz ochotę to w spamie zostawiam link do mojego bloga.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pjona! :D
      Dziękuję bardzo za opinię i to tak pochlebną... Z nadzieją, że spodoba Ci się to, co tam dalej nabazgrałam, powiem "Leć!"

      Pozdrawiam serdecznie...
      albo raczej - Niech Moc będzie z Tobą

      Vi

      Usuń
  6. Trochę to trwało, ale zebrałam się w końcu do laptopa, żeby uzupełnić brakujące komentarze. Wybacz, ale nie lubię pisać z telefonu, a w tygodniu innej możliwości nie miałam, toteż postanowiłam zaczekać do soboty. Ewentualnie niedzieli, jeśli się nie wyrobię. Studia, takie życie niestety.

    Pierwszy rozdział czytam już chyba czwarty raz, ale nie rozdrabniajmy się za bardzo. Zaczynając od treści, nie za bardzo potrafię scalić narrację z dialogami; opisy są w porządku, zresztą uwielbiam, gdy poświęca się im dużo uwagi i są dopracowane z użyciem bogatego słownictwa, ale nagle mam nieoczekiwany skok, tak jakby dialogi były pisane jednym stylem, a narracja drugim. To moja spaczona wyobraźnia, więc może mi to nie pasować, co nie znaczy, że masz to zmieniać; jest dobrze, poza tym przekaz na tym nie traci, a to jest prawdopodobnie najważniejsze.

    Wybacz to, co teraz napiszę, ale nie lubię i nigdy nie polubię dodatkowego rodzeństwa Dracona, nie i już; mój umysł po prostu nie akceptuje faktu, że ten narcystyczny chłopak mógłby troszczyć się o kogokolwiek i dzielić się czymkolwiek z kimś innym, niż on sam. Jednakowoż w Twoim opowiadaniu Octavia nie występuje w roli zaginionej córki Lucjusza czy jakie tam inne historie mogły ją spotkać; mamy ją traktować tak, jakby od samego początku istniała, bo zmieniłaś bieg zdarzeń w prologu, dostosowałaś początek do własnych potrzeb, zatem dalsza treść nie płynie już nurtem Rowling, ale Twoim. Dlatego rozumiem pomysł włączenia jej do opowiadania, akceptuję go, ale niestety nie toleruję. Z chęcią jednak dowiem się, jak budujesz jej postać od podstaw.

    Historia opowiadana przez Hermionę, zresztą jej własna, była niczego sobie; niekoniecznie chwyciła mnie za serce czy za cokolwiek, ale to nie znaczy, że była zła. Miałam dziwne skojarzenie z babcią siedzącą w fotelu, która opowiada wnuczce, jak poznała się z dziadkiem. Najbardziej jednak spodobało mi się zakończenie tej sceny, szczególnie wypowiedź Octavii, cytuję: Nie każdy idzie szukać szczura, a znajduje przyjaciół. To fantastyczne zdanie, bardzo zapadło mi w pamięci i za nie pasz duży plus. Co do zamiany zwierząt bohaterów, nie wiem, co ten zabieg miał na celu, ale nie zmienia on faktu, że jest pomysłowy. Tak trzymać.

    Draco tutaj póki co to niby Draco, ale jednak trochę nie Draco, taki Malfoy, ale bez części Malfoya. Czegoś mi w nim brakuje, coś mi w nim umyka; jak się sama dowiem co, to Ci wtedy napiszę. Bo arogancki i samolubny jest, pochwała dla niezmierzonej urody też jest, a jednak... Jakaś linka z jego cechą charakteru nie jest dostatecznie napięta. Ale podoba mi się, przynajmniej jak na razie, szczególnie, że według teorii Malfoya w domu mają prawo przebywać wyłącznie jego psy, a ja mam tak samo, jeśli chodzi o mojego kota.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Idąc dalej nie w sposób nie zatrzymać się przy kilku błędach, których wcześniej (w prolugu) albo nie widziałam, albo nie było, więc poszerzam listę, którą ostatnio Ci zostawiłam.

      Wystający sęk bardzo mnie... zdziwił. Przepraszam, jeśli jestem jakimś ignorantem biologicznym czy dendrologicznym, ale sęk wystawać chyba nie może, a przynajmniej ja się nigdy o niego nie potknęłam. Może jakiś zadzior, odstający fragment, ale sęk? Upewnię się w najbliższym czasie u dziadka, bo mam duży problem.

      Ważna sprawa dotyczy słowa "postać", a raczej jego formy, która raz jest dobrze, a innym razem nie. Na początku rozdziału masz "Uśpione postaci (...)", co jest właściwym zapisem, dalej jednak już jest "(...) wysypały się trzy postacie (...)", co jest zapisem błędnym, przynajmniej według tego, co ja wiem. Słowo "postać" posiada dwie formy w mianowniku liczby mnogiej: postaci, postacie; jeśli występuje w liczebnikami, zawsze używana jest pierwsza forma.

      Odmiana zagranicznych imion największą zmorą osób piszących. Masz "Neville'm", kiedy powinno być "Neville'em"; może zjadłaś literkę, może nie, nie jestem w stanie stwierdzić, mówię o tym, co widzę w opublikowanym tekście. Nie chcę się więcej nad tym rozwodzić, polecam jedynie stronę, na której ów dylemat jest dobrze wyjaśniony: http://www.prorok.pl/fikcja/art-596,0.html
      Jak zaczynałam pisać, to kompletnie nie zwracałam na to uwagi, a potem była rozpacz, bo wszystko było błędnie, a publikowałam już chyba pół roku. Dlatego warto zwrócić na tę kwestię uwagę.

      Rozdział pierwszy podsumowany, teraz idę ponownie do drugiego. Do zobaczenia i pozdrawiam serdecznie,
      Realistka

      Usuń
  7. Jak najbardziej rozumiem wybranie laptopa (a co za tym idzie, przestronnej klawiatury) na pisanie komentarzy, bo sama tak postępuję :D

    Zmusiłaś mnie do refleksji nad moimi dialogami i resztą tekstu, ale mam nadzieję, że to wrażenie rozdwojenia stylów zbytnio nie przeszkadza.

    Octavia pojawia się głównie dla zaznaczenia pewnej kwestii, a mianowicie - zmiany przeszłości. Mogę Cię uspokoić, za często jej nie zobaczymy, choć czasem się gdzieś pojawi.

    Sprawdzę ten cały sęk, trzeba mi go wybaczyć, bo do przyrodników zdecydowanie się nie zaliczam. Dziękuję za zwrócenie uwagi na owe "postaci/e", lecę poprawiać co trzeba. A i świadomość odnośnie poprawnej odmiany zagranicznych imion bynajmniej mi nie zaszkodzi, wreszcie rozwiewając wszelkie wątpliwości.

    Dziękuję serdecznie za tak obszerną i szczegółową opinię, wydaje mi się, że takowe mają ogromne znaczenie, szczególnie dla początkujących. Pozdrawiam wzajemnie, Mocy życząc

    Vi

    OdpowiedzUsuń
  8. Całkiem całkiem Lambert :D

    OdpowiedzUsuń
  9. Mi też pomysł rodzeństwa nigdy nie przypadł do gustu, ale tutaj jest to uzasadnione, więc postaram się do tego przekonać, mam nadzieję, że z biegiem czasu (i rozdziałów) przyzwyczaję się do tego.
    Ale nie powiem, uśmiałam się na początku, podobają mi się niewymuszone, naturalnie wplecione żarty.
    Mocnym punktem jest też opowieść Hermiony, gdzie tak naprawdę nie jest ona do końca mugolaczką i o Hogwarcie wiedziała już wcześniej :)
    Lecę zaraz nadrabiać dalej,
    Mary!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie dziwi mnie to, sama nie jestem zbytnią fanką rodzeństwa, ale tak, Octavia była mi tu potrzebna.
      Muszę przyznać, że pałam niewymuszoną sympatią do osób, które śmieją się z moich żartów, nawet jeśli wychodzą one z innych ust :D

      Leć, leć, nie zatrzymuję i dziękuję serdecznie za komentarz,
      Vi

      Usuń
  10. nie przepadam za Dramione głównie z powodu niecheci do Draco oraz swiadomosci, że bez łamania kanonu nie da się tego dobrze pokazać, chyba że ewentuanie w dalekiej przyszłosci. ale nie lubię tego również przez to,co robia z takich opowiadań ałtorczki. U Ciebie zauważyłam niebezpieczna tendencję do określeń, które działają na mnie jak płachta na byka, cyzli: "Smok", "Złota trójca", traktowanie Malfoya jako wielkiego arystokraty... ale ponadto nie czytalo mi się źle. masz całkiekm niezły styl i własciwie w tym przypadku podobaja mi się aż dwie niekanoniczne sprawy: Octavia jako siostra Malfoya, a jednoczesnie Gryfonka przyjazniąca się z Hermioną, jak również historia Hermiony, choc początek był dosc niemrawy i chyba lepiej byłoby podkreślić wcześńiej, dlaczego Granger o tym opowiada, dać dłuższe wprowadzenie. NA pewno będę czytac dalej, choc chyba nie będę komentowac wszystkich rozdziałów.
    tymczasem zapraszam na Niezależnosć na nowy rozdział, specjalnie z niespodzianką dla Ciebie :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem Twoje podejście do sprawy, bo sama wyznaję podobne poglądy w stosunku do większości fanfiction. Właściwie, nigdy nie zastanawiałam się nad tymi określeniami, jakoś od zawsze siedziały mi w głowie, może to lekkie zboczenie po przeczytaniu tylu Dramione...
      Niewielu podoba się samo istnienie Octavii, więc cieszę się, że zaliczasz się do tych wyjątków, którym to nie przeszkadza. Co do opowieści Hermiony - to ważny motyw, ale jednocześnie pierwszy rozdział, czyli czas, w którym niepewność i brak swego rodzaju komfortu zżerały mnie od środka i od zewnątrz. Zdążyłam się już przyzwyczaić do całej istoty blogowego pisania (bo to mój pierwszy raz) i choć dalej nie wychodzi mi to najlepiej, czuję się o wiele bardziej komfortowo, naturalnie. Osobiście uważam, że ten moment mi "nie wyszedł", dlatego niewykluczone, że wkrótce zostanie zmieniony. Fakt faktem, bardzo dziękuję za uwagi.
      Chyba nie muszę podkreślać, jak ogromnie mi miło, że się zjawiłaś i, jak sama mówisz, zostajesz. Mam tylko nadzieję, że nie zdążę Cię zniechęcić i dotrwasz ze mną do końca.

      Pozdrawiam serdecznie, przeskakując na Niezależność,
      Vi

      Usuń