środa, 25 stycznia 2017

Apasz zadość czyni

Witam serdecznie! 
Oto prolog i zarazem moja pierwsza próbka... czegokolwiek. Jeżeli rzeczywiście to czytasz, mogę powiedzieć, że masz przed oczami słowa jednej z najszczęśliwszych osóbek na świecie (ktoś tu jednak trafił, tak!). Bardzo ważne są dla mnie opinie na temat powyższego, dlatego zapraszam do komentowania.
A teraz kilka spraw rzucających światło na całą sprawę. Kolejne części historii zamierzam dodawać co dwa/trzy tygodnie, chociaż niewykluczone, że pierwszy rozdział pojawi się wcześniej. To moje pierwsze autorskie Dramione i na przemian jestem mega podekscytowana i cała w nerwach.
Ufam, że skoro już tu jesteś, zostaniesz ze mną na troszkę... troszeńkę. 


"Moc jest we mnie, a ja jestem silna Mocą"



Vi



&&&

Kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie.

Czas miał związane ręce.
Ciężkie, mosiężne kajdany nie pozwalały mu ingerować — płynął nieprzerwanie, stałym, spokojnym strumieniem. Wirował tylko na wyższych poziomach pojmowania, istniał od zawsze, ale przed początkiem jeszcze się nie narodził. Był elastyczny, jednak kajdany skutecznie odbierały mu zdolność zmienności, zachowując Harmonię, która nigdy nie powinna zostać zachwiana. Mimo tego nie musiał się martwić tworzeniem sobie okazji na wyswobodzenie, albowiem ludzi nie ograniczały okowy. Wyróżniali się za to nadzwyczajną tendencją do sprowadzania na siebie zagłady.
Ludzie mieli wolne ręce i tworzyli przedmioty, które dawały im szansę na zachwianie przedwieczną Harmonią.  A jaki człowiek nie skorzystałby z szansy?

****

1 lipca 1994

Zimny, niespokojny wiatr trzaskał drewnianymi okiennicami, szarpał zakurzone zasłony, uderzał z całą siłą swojej niematerialnej istoty w wyblakłe witraże, jakby próbując skryć się za murami zamku, schować i ogrzać, a potem najlepiej nie wychylać już więcej. Wciskał się w ledwo widoczne szczeliny, zawodził, przemierzając długie korytarze, ale skoro tylko orientował się, że kamienne wnętrza nie przynosiły mu ukojenia, uciekał, wściekle atakując stojące mu na drodze szyby. Severus Snape starał się nie zwracać większej uwagi na przeciągi, które zdążyły wyssać z niego ostatki ciepła, i owijał się tylko czarnym płaszczem, chowając twarz za wysokim kołnierzem. Pokonywał ocienione przejścia długim, zamaszystym krokiem, zdawał się wręcz uciekać przed otaczającą go ciemnością, ale działanie to mógł z góry uznać za bezcelowe — nie był w stanie skryć się przed mrokiem nocy. Niebo, pozbawione śladu po jakiejkolwiek gwieździe, nie mówiąc już o białej tarczy Luny, w ponurym skłonie chyliło się nad światem, tłumiąc i przytłaczając.
Zatrzymał się przed nagą, piaskową ścianą, aby zaraz przejść obok niej trzy razy i skrzywić się na widok wiszącego naprzeciwko gobelinu — Barnabasz Bzik ze swoją wesołą gromadką trolli prezentował się nad wyraz odpychająco. Porzucił jednak myśli o jego zniekształconym obliczu, gdy na pustej dotychczas ścianie pojawiły się drzwi, rysowane grubymi, czarnymi liniami. Wpadł do Pokoju Życzeń, ciągnąc za sobą zagubioną nić wiatru, która szczęśliwie zdążyła się wydostać z pomieszczenia, zanim zatrzasnął wrota.
— Potter wrócił bezpiecznie i kisi się w starym pokoju swojego mugolskiego kuzyna. Zadowolona?
— Jak najbardziej. — Minerwa McGonagall nawet nie drgnęła na wejście Severusa, nie robiła sobie też nic z jego nerwowego postukiwania nogą. Odsunęła od biurka wysokie krzesło i wstała, zbierając świeżo zapisane zwoje pergaminu i wkładając je do opatrzonej kłódką szuflady. Pokój Życzeń, przeobrażony na wzór wiekowego, bogato wyposażonego gabinetu, zdawał się oddawać pełen niepokoju nastrój Minerwy, przystosowywać do napięcia, wynikającego z decyzji przebywającej w nim dwójki. Świece rzucały przygaszone światło na rzeźbione regały z księgami, mdława, zielona poświata wydostawała się z dogasających płomieni kominka.
— Zaczynajmy już. — Severus rozejrzał się niepewnie. — Tak to ma wyglądać? — Wyobrażał sobie, że do tego typu magicznych zabiegów będą potrzebowali czegoś bardziej… niekonwencjonalnego? Nie spodziewał się widoku zwykłego gabinetu.
— Najwyraźniej. To nie zależało ode mnie. Pokój Życzeń sam się dostosował, moją jedyną prośbą było możliwie jak najskuteczniejsze zapewnienie bezpieczeństwa.
Skinął głową.
— Masz go?
W dłoniach Minerwy pojawił się mały, złoty przedmiot. Klepsydra otoczona dwoma kręgami napawała Severusa nieuzasadnionym popłochem.
— Ile obrotów? — spytał, zbliżając się do profesor McGonagall. Ta narzuciła mu na szyję złoty łańcuszek, którego drugą część miała już na sobie.
— Pięć tysięcy dwa.
— I pół.
Minerwa spojrzała mu w oczy. Jej twarzy, poznaczonej zmarszczkami wieku i doświadczenia, nie sposób było zignorować.
— Zastanawiam się, czy dobrze robimy.
— Nie powinniśmy się teraz wycofać. To może być nasza jedyna szansa. — Po co roztrząsać ten problem wciąż od nowa, raz po raz wałkować już zbyt cienkie ciasto? Czarny Pan się odrodził, ponownie zebrał wierną armię śmierciożerców, a młody Potter, na nieszczęście jedyna nadzieja dogorywającego świata, ledwo uszedł śmierci. Snape mimowolnie podrapał lewe przedramię. Znak jego grzechu nigdy nie zniknie, jednak teraz miał szansę choć po części go odkupić. O tak, potrzebował odkupienia, a kilkanaście lat ukrywania się po podróży w czasie sprawiały wrażenie całkiem sprawiedliwej pokuty. Potrzebował przebaczenia. Czy wreszcie przebaczy sam sobie, gdy ona otworzy oczy? Już raz ją zawiódł, nie mógł tego zrobić ponownie.
— W takim razie zaczynajmy. — Minerwa zacisnęła wargi, chwyciła klepsydrę dwoma palcami i zaczęła odliczać, miarowo przekręcając więżące ją okręgi. Jakie były ich motywy? Zło rozprzestrzeniało się po świecie zbyt brutalnie, zbyt gwałtownie. Setki zabitych, dziesiątki uprowadzonych… Odrodzenie Czarnego Pana przeważyło szalę. Oczywiście, wierzyli w Harry’ego, Wybrańca, pokładali nadzieję w Chłopcu, Który Przeżył. Jednak przestrachem napawał ich fakt, że zdolność Pottera do prowadzenia zwycięskich pojedynków ze śmiercią kiedyś się skończy. Na co mogli liczyć wtedy? Podobno to nadzieja umiera ostatnia. Niewykluczone też, że właśnie ona jest matką głupich. Potrzebowali czegoś pewnego, niepodważalnego, musieli stworzyć okoliczność, której Czarny Pan nie przewidzi, pułapkę, której nie będzie mógł obejść. Kto znalazłby coś bardziej ostatecznego niż morderstwo? Zamierzali pokonać Voldemorta jego własną bronią. Dlaczego nie mieliby się posunąć tak daleko? Czy w ogóle powstrzymanie zła mogło uczynić z nich morderców?
Odliczanie ciągnęło się w nieskończoność. Severus zawiesił rozbiegany wcześniej wzrok na twarzy profesor McGonagall, obserwując ledwo zauważalne ruchy jej ust. Mamrotała pod nosem, całkowicie skupiona na zadaniu. Nie mogła się pomylić, a potem zacząć od nowa. O ile jej uczniowie mieli szansę się zrehabilitować, czas nie uznawał pomyłek, nie dawał drugich szans. Był nieugięty i brutalny. Zawsze stawiał na swoim. Wygrywał, nawet nie podjąwszy walki. Może dlatego wydawał się wszechmogący.
— Pięć tysięcy dwa. — Minerwa podniosła wzrok znad klepsydry.
— I pół — rzekł Severus, dokręcając niepełny obrót, po którym zatrzymał Zmieniacz Czasu w jednej pozycji. Złoty okrąg zabłysnął w blasku świec i zastygł, ściśnięty zimnym palcami czarodzieja.

Widzieli obrazy. Twarze, które stawały się młodsze. Drzewa, chowające się w ziemi. Przedmioty rozbierane na części, a te na jeszcze mniejsze. Zegary, których wskazówki kręciły się w odwrotną stronę. Aż stanęły, odmierzając czas trzynastu lat wstecz.

****

31 października 1981

Noc, ciemna, wietrzna i wilgotna, tabliczka, stara, drewniana i skrzypiąca. „Dolina Godryka”, zdawała się mówić, co potwierdzał krzywy napis na jej powierzchni. Coś wisiało w powietrzu. Coś ciemnego i kleistego, szczerzącego białe zęby w krzywym uśmiechu. Skradało się, huśtało na ulicznych latarniach, chowało pod ławkami na rogach ulic. Było małe i przebiegłe, jednocześnie wszędzie i nigdzie. Niemożliwe do złapania.
A do tego cuchnęło. Zupełnie jak strach.
Czerwone dachy wydawały się nie na miejscu, biorąc pod uwagę okoliczności. Czerwony był radosnym kolorem, gryfońskim kolorem. Nic dziwnego, że tu mieszkali — Lily i ten idiota, Potter. Wystarczyłaby nieco większa ostrożność, a Severus nie musiałby teraz stać przed domem o czerwonym dachu.
Czerwonym jak krew.
Dlaczego mu uwierzyli? Wystarczyło spojrzeć na Petera Pettigrew, a człowiek od razu chwytał za różdżkę. Dlaczego głupota Pottera nie zmniejszyła się z wiekiem nawet o krztynę? Severus nie był w stanie znaleźć odpowiedzi, miał jednak zamiar dać temu durniowi jeszcze jedną szansę. James powinien się cieszyć — nie każdy dostawał taką okazję. Właściwie, zwykle nie zostawało się wskrzeszonym przez mężczyznę, który od najmłodszych lat kochał twoją żonę. Głupi ma zawsze szczęście.
 — Severusie… — McGonagall odchrząknęła, całkowicie wyrywając towarzysza z rozmyślań. — Nie powinniśmy tego zrobić razem?
Profesor Snape odwrócił głowę, przyglądając się jednym konkretnym drzwiom, które już za kilka godzin miały zostać wyważone. On musiał rzucić zaklęcie, jego zadaniem było uratowanie jej. Nie chciał wyjść na bohatera — potrzebował odkupienia. Był wdzięczny, że McGonagall tu z nim przybyła, o wiele łatwiej dźwigać ciężar decyzji, jeśli nie podejmuje się jej samemu. Prawie poczuł, jak samotna łza spływała mu po policzku, jednak żadna się nie pojawiła. Lata praktyki.
— Rozmawialiśmy już o tym.
— Ale gdybyś wolał…
— Nie — syknął ze zwyczajnym dla siebie chłodem.

****

„Oto nadchodzi ten, który ma moc, pokonania Czarnego Pana… Zrodzony z tych, którzy trzykrotnie mu się oparli, a narodzi się, gdy siódmy miesiąc dobiegnie końca… A choć Czarny Pan naznaczy go jako równego sobie, będzie miał moc, jakiej Czarny Pan nie zna… I jeden z nich musi zginąć z ręki drugiego, bo żaden nie może żyć, gdy drugi przeżyje… Ten, który ma moc pokonania Czarnego Pana narodzi się gdy siódmy miesiąc dobiegnie końca…”
  
Widział ich przerażone twarze. Łzy na drgających policzkach. Rozczochrane włosy, podarte ubrania. Krew, sącząca się powoli na podłogę, tworzyła na niej zawiłe wzory. Czasem z takowej wróżył. Była najbardziej wiarygodna, a on lubił wiarygodne rzeczy.
Oblizał wąskie wargi, raniąc język o ostre zęby. Przejechał dłonią po głowie. Ze złością opuścił ją w dół, co zaowocowało jeszcze głośniejszym wybuchem płaczu i krzykami w obronie dziecka. Nienawidził tych swoich odruchów. Kiedyś przeczesywał palcami gęste włosy i uśmiechał się zadziornie, co bynajmniej nie wywoływało błagań o litość. Skarcił się w duchu. O czym on myślał? Powinien skupić się na planie, powinien nacieszyć się cierpieniem, tak wyczuwalnym, że mógłby go dotknąć. To wszystko było konieczne, aby zapewnić mu wieczną władzę i potęgę. Konieczne do osiągnięcia tego, do czego tak usilnie dążył, stworzenia nowego, lepszego świata. Patrzył na nich, na czarodziei, którzy w swojej niewinności i niewiedzy mogli mu zaszkodzić. Gdyby zdawali sobie sprawę, że ich syn kiedyś dorówna samemu Czarnemu Panu... cóż, albo ukryliby go lepiej, albo spętali jego magiczną moc, może nawet całkiem pozbawiliby zdolności. Wszystko, żeby uratować jedyne dziecko. Teraz stawiali bezsensowny opór, jednocześnie wiedząc o niedorzeczności podobnych działań. Chociaż musiał przyznać, że gdyby ta walka przebiegała gładko, nie byłoby w niej tyle zabawy.
Już nie czuł złości. Jedynie poczucie zwycięstwa.
Tak smakowała potęga.
Podniósł różdżkę, już trochę znudzony. Odczuwał zmęczenie, potworne wyczerpanie w ciele i w duszy. Zaśmiał się. Przecież on nie miał duszy.
Spojrzał na leżącą przed nim kobietę, zasłaniającą własnym ciałem małego bachora. Obezwładnił i rozbroił ją wcześniej, teraz mogła już tylko krzyczeć. Ciekawił go fakt, że była gotowa umrzeć za stworzenie, którego tak naprawdę nie znała. Co mogła wiedzieć o Harry’m? Zajmowała się nim i chroniła go, a przynajmniej tak jej się wydawało, ale dlaczego? Przypomniał sobie, tak. Miłość. Żałośni oszuści. Okłamywali wszystkich wokoło, łącznie z sobą.
Zastanawiał się przez chwilę, czy wykrzyczeć jej Avadę prosto w twarz, czy też zrobić to, nie zniżając się do jej poziomu. Pewnie nawet nie opanowała zaklęć niewerbalnych. Zatrzymał te przemyślenia dla siebie i przewrócił oczami.
— Raz, a dobrze — syknął.
Przeraźliwy wrzask wypełnił pomieszczenie. Avra, avra, avra… powtarzało echo. Tak, raz może rzucić zaklęcie głośno, dla dodatkowego efektu.
Ciało upadło na podłogę z głuchym odgłosem. Dziecko przestało płakać, patrząc na pewną rękę, dzierżącą różdżkę. Czarny Pan zamknął wyblakłe oczy.
Martwy.


12 komentarzy:

  1. Hej!
    Styl mnie zaskoczył, bardzo na plus. Podobają mi się porównania i określenia, jakich używasz - bardzo oryginalne i wprowadzające specyficzną atmosferę. Przez chwilę stałam z nimi na tej podłodze, w której czasem odbijają się gwiazdy :) Nie jestem jeszcze do końca przekonana co do pomysłu, ale po to są dalsze rozdziały, by mnie przekonać, prawda? Czytam dalej :)
    Pozdrawiam
    Venetiia

    OdpowiedzUsuń
  2. Aż cieżko sobie wyobrazic te pięć tysięcy obrotów oO
    Masz bardzo specyficzną narrację, które wprowadzaja ciekawą, lepką i wyraźną atmosferę. Mam nadzieję, ze będzie to nadal utrzymanę, a nie tylko w prologu, bo mnie strasznie mnie to kupuje ;p
    Masz fajny pomysł, choć będzie on naprawdę trudny do poprowadzenia. Co z horkruksami i wgl ze wszstkim?
    Ogólna naturalność, zarówno w dialogach jak i opisach (zwłaszcza emocji) zrobiła na mnie duże wrażenie ;p

    OdpowiedzUsuń
  3. Już się boję co to za Dramione, które zaczyna się od śmierci Potterów! Wprawdzie nie lubię tego paringu, ale chyba zrobię wyjątek i przeczytam, bo strasznie mnie zaciekawiłaś!
    A teraz ta gorsza część komentarza. Nie chcę się czepiać i w sumie nie musisz trzymać się kanonu - twoja sprawa - ale! Voldemort w chwili swojej śmierci miał włosy, po prostu odrodził się bez nich oraz bez większej części nosa.. nie! tak naprawdę bardziej razi mnie to co twój Voldengad myślał o czystości krwi. Przecież sam był półkrwi nie mógł wierzyć w to co głosił i o co ,,walczył''. Nienawidził mugoli to fakt, ale z innych powodów. Czystość krwi to jedynie pretekst by zaskarbić sobie potężnych sojuszników.
    Tak myślę. Mam nadzieję, że cię nie obraziłam. Lecę czytać!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie obrazisz się za ten komentarz, prawda?

      Usuń
    2. Oczywiście, że się nie obrażę :D Dziękuję za Twój komentarz, bo wcześniej właściwie nie poświęciłam zbyt wiele czasu na zapoznanie się bliżej z osobą Voldemorta i jego motywami. Nie mogę powiedzieć, że zaliczam się do tych bardzo w świecie potterowskim zapoznanych. Fakt, biorąc pod uwagę Twoje spostrzeżenia, pewnie Voldemort "oryginalny" by tak nie pomyślał... Bardzo się cieszę, że zwróciłaś na to uwagę.
      Leć czytać, a ja czekam na kolejne spostrzeżenia

      Pozdrawiam serdecznie

      Vi

      Usuń
  4. Hej, hej! :)
    W końcu zebrałam się za przeczytanie tutaj prologu...
    I nie żałuję. :D Naprawdę mi się podoba. Kurczę, bardzo fajny pomysł. Sama jakoś nigdy się nie zastanawiałam, co by było, gdyby Voldek został zabity... Masz +10 punktów dla ... (tutaj wstaw nazwę swojego domu xD). xD
    Podobało mi się, jak O pisywalas rozmowy Snape'a i McGonagall. :) Najbardziej z niewiadomych przyczyn utkwiło mi w pamięci, jak ulożyła zgrabny stosik kartek. ;D Nie wiem dlaczego, po prostu jakoś tak. :P
    Jejku, jak ja nie lubię Snape'a... -.-Tutaj niby nie przedstawilas go tak źle, w sensie chodzi mi o jego charakter (nie że Ty coś źle napisałaś ;)), ale i tak to nie lubię. :
    Masz fajny styl, podoba mi się. :)
    Jedyne do czego mogę się przyczepić to kilka błędów. W sumie to nie wylapalam ich dużo i nie trzeba się domyślać, o co chodzi, więc jest dobrze. :)
    Aha, czytam na wersji na telefon, i w tekście nie ma wziąć akapitowych. Trochę mi się to źle czyta. :/ Nie wiem, czy jest też tak w wersji komputerowej, ale jak coś to polecam to zrobić. ;)
    Jutro postaram się przeczytać kolejne rozdziały.
    Aha, z góry przepraszam za dziwne przeinaczenia, ale piszę z telefonu i autokorekta... Ech, chyba rozumiesz. ;)
    Pozdrawiam i weny życzę! <3

    OdpowiedzUsuń
  5. Dla Gryffindoru, oczywiście :D
    Fakt, że te powyższe wymysły przypadły Ci do gustu, jest jak miód na moje zbolałe serce. Błędy, o których mówisz, postaram się wyłapać, a i na wcięcia zwrócę uwagę.
    Co do autokorekty, oto jak najbardziej zrozumiałe problemy XXI wieku...

    Pozdrawiam wzajemnie

    Vi

    OdpowiedzUsuń
  6. Dobra, to teraz kolej na na mnie i na moje przemyślenia, bo przecież Ci to obiecałam, prawda? :)

    Zacznę może od najistotniejszego, czyli własnej głupoty. Zabrałam się za Twoje opowiadanie bodajże w poniedziałek, za pierwszy rozdział, potem za drugi, i nagle miałam takie: ale co tu się w ogóle dzieje, bo ja nic nie kumam. Uwierz mi, że nawet na zajęciach z łaciny nie mam tak zdezorientowanej twarzy, jaką miałam przy czytaniu Twojej historii. I mówię w końcu "dość, ja nie jestem w stanie się w tym połapać", ale spokojnie, bo jak to w życiu blondynki bywa, zaczęłam lekturę bez przeczytania prologu. I nagle wszystko zaczęło stawać się jasne, a ja mogłam zakopać się pod kołdrą z totalnego wstydu i pożałowania nad własną głupotą. Także wszystko wróciło do normy, jestem na właściwym torze, a teraz, a teraz... A teraz zabieramy się za to, co mi siedzi w głowie, a troszkę tego jest ;)

    Tak na marginesie, nie przerobiłam jeszcze wszystkich rozdziałów, które już zostały opublikowane, stąd będę wstawiać komentarze pod każdą notką, nie jedną, dużą pod ostatnim opublikowanym rozdziałem, jak mam w zwyczaju. Mam nadzieję, że nie będzie to problemem, ale gdyby było, to się w przyszłości poprawię.

    Zawsze dzielę komentarz na dwie części: opinia o samym pomyśle i prowadzonej fabule, tekst sam w sobie, czyli błędy, edycja, generalnie estetyka. Z pierwszą częścią jest zazwyczaj łatwiej, więc zacznę od niej.

    Voldemort ginie, Minerva i Severus ratują świat, a Potter przestaje być bohaterem. Ciężko mi wyobrazić sobie pole, w którym znajdzie się miejsce dla Hermiony i Draco, nie mówiąc już o ich miłości, jednak to tylko pierwsze odczucie. Pomysł wydaje mi się w miarę możliwości oryginalny, bo jednak usunęłaś postać Voldemorta już na samym początku, a przecież historia dzieje się w latach szkolnych naszych bohaterów; jakby w ogóle nie istniał, a to jest poważna ingerencja w kanon, do czego jestem specyficznie nastawiona, bo teraz pytanie, a raczej kilka; co z przeznaczeniem Pottera? Będzie zwykłym chłopkiem roztropkiem bez szans na zaistnienie w świecie czarodziejów? A horkruksy? A wszystkie magiczne przygody naszej Złotej Trójcy? Trochę raziło jednak w oczy, jak opisałaś Lorda w Dolinie Godryka, bo jednak wtedy mógł się z dumą chwalić lśniącą grzywą i nie narzekać na brak nosa, ale już ktoś Ci o tym wspomniał, więc tylko podbijam temat. Takie usterki się zdarzają, zamroczy człowieka, zatem można to jakoś wybaczyć. Zrodziła się we mnie taka myśl, że w historii zostanie wszystko sprowadzone do parteru i bardzo ograniczone. I już mówię, że to błędne stwierdzenie, bo jestem po kilku dalszych rozdziałach i zaczyna się dziać, więc jak się okazuje nie każde pierwsze wrażenie jest ostateczne. Siedzi ono jednak w głowie do końca historii i czai się, żeby jednak wypłynąć na wierzch, a skoro już się we mnie trochę zagościło, to ciężka praca przed Tobą, żeby na dobre je we mnie uśpić, a nawet pogrzebać. Reasumując, koncepcja obiecująca, ma potencjał, zatem sił, wiary i weny, by została odpowiednio doprowadzona do końca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Część druga to głównie błędy pojawiające się w tekście, jak już wcześniej wspomniałam. U Ciebie nie rzuciły mi się w oczy jakieś karygodne kulfony, jednak kilka rzeczy jest do poprawki. Spokojnie, to wszystko da się wypracować, a masz bardzo dobrą świadomość literacką, więc kilka następnych notek i dojdziesz do wprawy.

      Po pierwsze, chyba najistotniejsze, zapis dialogów kuleje, a zaraz zacznie jechać na wózku inwalidzkim. Kropki gdzieś w nich zginęły, przepadły, a jak się pojawiają, to też w wybiórczych miejscach. Nie każdy dialog można kończyć bez tego ważnego znaku interpunkcyjnego, gdy po myślniku opisujesz zachowania bohaterów, jest deskrypcja pomieszczenia czy nawet wygląd twarzy, wtedy po wypowiedzi (przed myślnikiem) jest kropka. Nie wypiszę wszystkich zasad, z pewnością znajdziesz jakieś dobre strony, gdzie jest to wytłumaczone; na pocieszenie powiem, że ja praktycznie przez całe opowiadanie źle zapisywałam dialogi, aż pokazano mi różnicę, dlatego bez spiny i do pracy, bo bez tego się nie obejdzie.

      Będąc przy znakach interpunkcyjnych, przecinek albo Cię kocha, albo nienawidzi. On jest na dobrą sprawę wszędzie, w niektórych momentach postawiony profilaktycznie, tak dla zasady, bo tak mówili w szkole. Jednak nie można nim szastać na prawo i lewo, bo czasem zdanie nie brzmi z nim dobrze. Są żelazne zasady, których się nie zmienia, ale są również bardziej elastyczne, a te wymagają już albo wprawy, albo wiedzy. Poczytaj, dowiedz się, a na pewno w dalszych rozdziałach będziesz bardziej oszczędna, jeśli chodzi o używanie przecinka. To nie jest jakiś karygodny błąd, jednak czasem zaburza on nieco treść, a z pewnością wygląd zdania. Praktyka czyni mistrza, pamiętaj ;)

      Wiesz czym są błędy językowe? To te paskudne zwroty, które zakorzeniły się w mowie, niestety nie są ani trochę akceptowane, ani tym bardziej estetyczne. Ja wyłapałam u Ciebie "okres czasu"; czy "akwen wodny" brzmi dobrze? Albo "kartka papieru" czy "w dniu dzisiejszym"? Nie? No nie. I tak samo jest z "okresem czasu". Dużo jest takich błędów, ale ja mam na to sposób; lista najpowszechniejszych obok laptopa i sprawdzamy, kiedy mamy wątpliwość. To pomaga, a też nauczysz się pracować z tekstem dopiero z czasem, gdy czytelnicy zaczną Cię uświadamiać, więc bez strachu; im wcześniej się pewne rzeczy ogarnie, tym łatwiej jest potem pisać cokolwiek.

      Literówki to standard, nie zawsze można się ich pozbyć, nawet jeśli bardzo skrupulatnie koryguje się tekst. Ja na to nie zwracam uwagi, chyba że się od nich roi, ale u Ciebie jest tylko jedna, a przynajmniej ja tylko tę zauważyłam, bodajże na samym początku prologu. Także tym się nie przejmuj, bo nawet najlepsi zgubią gdzieś literkę, ewentualnie autokorekta się na nas uweźmie ;)

      Póki co nie mam więcej zastrzeżeń do prologu, jak i ogólnego wrażenia, jakie robi opowiadanie. Wybacz, ale o kolorystyce bloga, tle i innych rzeczach nie lubię pisać, bo każdy ma swój gust i zamysł, a mnie nic do tego, zresztą sporadycznie zwracam na takie sprawy uwagę. W końcu i tak się każdemu nie dogodzi. W każdym razie pomysł jest nietuzinkowy i trzymam kciuki, żeby został z Tobą do końca, bo masz talent, tylko jeszcze nieoszlifowany; odrobina pracy i chęci, a znajdziesz się na najwyższym poziomie :)

      Pozdrawiam serdecznie i do zobaczenia w kolejnych komentarzach,
      Realistka

      Usuń
  7. Cieszę się ogromnie, że to powyższe się pojawiło :D I bynajmniej nie mam problemu z komentarzem pod każdą notką.

    Brak Voldemorta zapewne wziął się z nieopuszczającej mnie myśli "A co by było gdyby?". Jak najbardziej rozumiem Twoje rozterki i wątpliwości, ale postaram się je rozwiać w miarę możliwości, a może nawet kiedyś obrócą się w proch.

    Dziękuję za zwrócenie uwagi na mój sposób zapisywania dialogów, bo jakoś nigdy nie byłam pewna, czy kropka ma być i gdzie. Postaram się to wszystko wyłapać, literówkom i przecinkom też się przyjrzę. Czuję się trochę bardziej uświadomiona, za co jestem niezmiernie wdzięczna.

    Pozdrawiam z nadzieją, że dość szybko zakopię owo ograniczenie i parter, bo osobiście wolę budowle piętrowe,

    Vi

    OdpowiedzUsuń
  8. Hej :3
    Trafiłam, przeczytałam prolog, podoba mi się. W dramione siedzę już kilka dobrych lat, więc z czystym sumieniem konesera mogę napisać, że to zaczyna się dobrze! :D Narracja jest prowadzona w ciekawy sposób, temat nie jest oklepany, zostaje! Dzięki Tobie będe miała co robić jutro w pracy!
    Mary :3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Panie i panowie, oto zwycięzca poniedziałkowego (a to nie byle wyzwanie) konkursu na rozmiar uśmiechu Vi po przeczytaniu komentarza!
      Jest mi niezmiernie miło i równie niezmiernie się cieszę, że zostajesz. Chyba muszę tylko życzyć udanego dnia w pracy :D

      Pozdrawiam serdecznie,
      Vi

      Usuń

Template by Elmo