sobota, 13 stycznia 2018

15. Ta, Która Niemal Zatonęła (Początek)

Drodzy moi... wieczór dobry...
Chyba trochę się popsułam, dlatego dzisiaj powtórka z rozrywki: tylko kawałek rozdziału. Kontynuacja pojawi się za tydzień/góra dwa, co zależeć będzie bezpośrednio od mojego tempa pracy. Nie będę się długo rozpisywać, powiem tylko, że wszelkie opóźnienia wynikają z dwóch, powiedzmy, projektów, które są dla mnie w tym roku wręcz monstrualnie ważne i po części od nich zależy najbliższa przyszłość mojej osoby. Nie całkowicie, to fakt, ale ich wkład, o ile by w ogóle nastąpił, poskutkuje, w taki czy inny sposób.Tak, wszystko to bardzo zagmatwane i niejasne, co ważniejsze jednak, owe "projekty" mają miejsce w dniach najbliższych i kończę z nimi już dwudziestego drugiego stycznia, więc kto ma, niech trzyma kciuki. A teraz, drodzy moi, zapraszam do lektury (tego ułamka ułameczka) i jej następnej części... Już za niedługo. Mam nadzieję, że po zakończeniu projektów już nic mi w regularności i całkowitym wywiązywaniu się z terminów nie przeszkodzi...
Enjoy,
Vi

&&&


— Co myśmy zrobili… — jęczący, zawodzący szept. — Co… myśmy… zrobili…
Twarz ukryta w dłoniach.
— Co… zrobiliśmy…
Drżała, drżała całym ciałem.
— Co… co zrobiliśmy?!
Minerwa McGonagall klęczała w pokoju skrytym w półmroku, czekając, aż zjawi się odpowiedź na jej wołania. Nie przyszła.
Co to znaczy uratować świat? Kiedyś wydawało jej się, że znała odpowiedź — to znaczy w milczeniu dokładać kamienie do jego fundamentów, znosić cierpienie wynikające z ciężaru bohaterstwa i milczeć, gdy ktoś w uniesieniu wzniosłości zaoferuje order niewiadomemu. Zdała sobie jednak sprawę, jak bardzo się myliła, albo raczej, że nigdy nie wiedziała. Co sobie myślała wtedy, przed piętnastu laty, biorąc na własne barki brzemię należne Wybrańcowi? Nie pamiętała, czy rozpierała ją duma, czy ogarnęło przekonanie, że w tej roli sprawdzi się lepiej niż Chłopiec, O Którym Mówiła Przepowiednia — nie pamiętała, czy chciała coś komukolwiek przez to udowodnić, czy zależało jej jedynie na losie świata. Może bała się pamiętać, bo odkrycia wynikające ze wspomnień przeraziłby ją bardziej niż strumienie krwi, pokrywające zamkowe mury, przysłaniające czarodziejskie dusze, ale wreszcie zrozumiała, na co wystarczyło jej tylko półtorej dekady, że nie miała prawa. Nie powinna była, nie mogła naruszyć harmonii istnienia, zachwiać podwalinami środowiska, poruszyć kamienia, który wywołał lawinę. Nie miała prawa przyczynić się do wydania wyroku na wszystko, co znane, do skazania świata na najgorszą z kar.
Bo jeżeli można by zrzucić na kogokolwiek winę za krwawiące niebo, wskazać jednego sprawcę, zasługującego na zniewagę i potępienie, ona znalazłaby się na szczycie spisu grzeszników — ona poniosłaby odpowiedzialność. Fakt faktem, w nieszczęsnym przedsięwzięciu uczestniczył też męczennik współczesności, Severus Snape… ale to ona wypowiedziała niewybaczalne słowa, jej ręce splamiła krew. To jedno oszustwo, czyn, który nie mógł zostać dokonany, okazał się największą zbrodnią ludzkości, a Minerwa McGonagall stała się królową wśród zbrodniarzy. Nie w jej interesie było rozporządzać życiem, niezależnie od tego, jak dobrze czy źle służyłoby światu — nie ona miała skazywać, skoro sama kiedyś skazaną zostanie.
Minerwa McGonagall nie miała prawa zadecydować o losie wszechistnienia.
Minerwa McGonagall nie miała prawa zadecydować o jego zagładzie.
Nikt nie mógł jej pomóc. Jednak jak mogła myśleć o własnym cierpieniu, gdy wszystko inne zaczynało konać z upływu krwi? Bo nie miała wątpliwości, czyja posoka spływała z nieba, plamiąc naturę wszechrzeczy, naruszając jeszcze bardziej harmonię egzystencji, będąc dowodem na niewybaczalną zbrodnię, której dopuścił się człowiek. Coś, nieznane i potężniejsze niż najwięksi tego świata, postanowiło przeprowadzić częściową dyfuzję, nie zastępując jednak pobieranej cieczy żadną inną — to coś dzierżyło moc wystarczającą, by zgładzić wszelką świadomość, by zdusić pojmowanie, spętać rozproszone dusze. Z każdą chciwie zagarniętą kroplą rosło w siłę, niezmierzoną miarami ludzkiego zrozumienia, niemal niepokonaną, było jednak ograniczone czymś na tyle mocarnym i nieopanowanym, że nie zdołało przejąć całkowitej władzy, jakby nie mogło znaleźć sposobu na pełną, niepowstrzymaną ingerencję. Pod nosem Minerwy jawiły się dwie niewiadome — niszczycielska potęga i skuwające ją kajdany, obie niezrozumiałe i dotąd niepoznane. Siły, z jakimi ludzkość od wieków nie miała do czynienia, co więc dziwnego z tym, że profesor McGonagall nie dostrzegała ich prawdziwej natury, nie pojmowała ich zamierzeń, nie znała planów, nie widziała celów.
Nagle jednak w deszczu żalu i zamieci upadku rozbłysnął płomień, pozwalający jej podjąć ostatnią, kluczową decyzję — Minerwa McGonagall raz jeszcze podejmie próbę uratowania wszechświata. Za to tym razem to nie ona zostanie Cichym Bohaterem — ba, ten bohater zjawi się wśród fanfar sławy i chwały, dźwigając na młodych ramionach własne i wszelkie przeznaczenie. Dobrze wiedziała, kto zasługiwał na takie wyróżnienie, kto był na tyle silny, by podołać zadaniu, przynajmniej do pewnego momentu. Znała go przecież, nazywała się świadkiem jego rozwoju, po części sama go wychowywała.
Minerwa McGonagall mianuje prawowitego Wybrańca.
Po takim postanowieniu pozwoliła sobie szczerze zapłakać. Pierwszy raz od długich piętnastu lat.

****

Panika.
Tak, tego słowa użyłby Blaise Zabini, gdyby ktoś zapytał go o aktualnie panujące w Hogwarcie nastroje. Oczywiście, każdy starał się na swój własny, jak i podpatrzony sposób sprawiać pozory opanowania — jadał śniadanie w Wielkiej Sali, uczęszczał na zajęcia, przyglądał się turniejowym reprezentantom, rozsiewając o nich mniej lub bardziej nieprawdziwe plotki, spał w dormitorium swojego Domu i lekko denerwował się takimi czy innymi egzaminami. Potem jednak zamykał się w opustoszałej łazience, opierał ręce na umywalce i zaglądał głęboko w swoje lustrzane odbicie, obserwował rozszerzone ze strachu oczy i panicznie drżące usta, mówiąc sobie, że przecież nie ma się czego bać. Parę litrów krwawych opadów w tę czy w tę, żadna różnica. Bo kogo właściwie obchodzi, co sobie spadnie z nieba? Może to tylko nad wyraz nieprzemyślany żart Merlina? Każdemu zdarza się od czasu do czasu nabyć w nadmiarze czerwonej farby albo obrabować punkt krwiodawców, ot, błędy młodości. W pewnym wymiarze Blaise uznałby podobne myśli za całkiem zabawne (teraz śmiał się z nich tylko trochę), gdyby nie przeszkadzała mu świadomość raczej niepokojącego zjawiska.
Otóż Blaise Zabini bał się.
Jak cholera.
Nieczęsto mu się to zdarzało, a zazwyczaj jego roczny wykres strachu składał się tylko z dwóch punktów, oznaczających kolejno — powrót do domu na święta; coroczny zjazd angielskich rodów czystej krwi. Pomijając więc te dwa momenty bezgranicznego przerażenia, Blaise Zabini omijał strach we wszelkich maściach, kształtach i postaciach, nie dostrzegał bowiem żadnych powodów do jego odczuwania. Żył i starał się robić to najlepiej, jak umiał, co niekoniecznie zawsze mu wychodziło, gdyż niekiedy nękały go nieposkromione napady lenistwa i bezsensu jakiegokolwiek działania — starał się, napędzany usilnie pielęgnowanymi chęciami. Niestety, jak wiadomo, to piekło jest nimi wybrukowane. Blaise Zabini AKA Diabeł czuł się więc jak w domu.
Był czwartek. W czwartki Blaise Zabini odwiedzał kobietę wariatkę.
W swoim pogmatwanym rozumieniu dostosowania się do otoczenia postanowił zachować pozory normalności — jak zwykle każdego czwartego dnia tygodnia wspinał się na jedną z najwyższych hogwarckich wież, aby złożyć wizytę niezrównoważonej profesor Sybilli Trelawney. Bezpośrednio po ostatnim spotkaniu wątpił, czy jeszcze kiedykolwiek choćby zawita w pobliżu jej „gabinetu”, jednak przepowiednia zwiastująca śmierć przyjaciela wydawała się niczym w porównaniu ze strugami krwi, zalewającymi Hogwart niby ulewny zimowy deszcz, jak to normalnie w okolicy bywa.
Oto nadszedł ten, który miał moc zatrzymania Czarnego Pana...
Był czwartek. Blaise Zabini zaczął się zastanawiać, jak to robił codziennie od tamtego czwartku, co, na wielebnego Salazara, ta cała gadanina miała znaczyć. Nie był pewien, czy przejąłby się napadem profesor Trelawney gdyby nie stary, dobry Dumbledore, który zawsze wiedział, kiedy i gdzie się zjawić, żeby nadać sytuacji trochę dramatyzmu. Ten człowiek nawet wizycie w Mungu przypisałby pozory zorganizowanej krucjaty przeciwko niewiernym pastafarianom, a niech Merlin strzeże każdego, kto odważyłby się mu nie uwierzyć. Mniejsza jednak o Albusa, zawsze trafi się taki, co podłogę myli z sufitem, a oba ma nierówne — prawdziwie ważną kwestią było znaczenie przepowiedni, na tyle makabryczne, żeby wstrząsnąć samym wyżej wymienionym.
Zrodzony z tego, którego nie wybrała różdżka…
Słowa wydawały się proste, ich przekaz wręcz oczywisty, ale chociaż Blaise był przekonany, że przynajmniej jego część odgadł poprawnie, nie miał pojęcia, kogo mógł dotyczyć początek.
A narodził się zmieszany i zmieszaniem się zajął...
Znał treść proroctwa na pamięć, powtarzał je niby mantrę i wtedy, gdy próbował zasnąć, i gdy sen starał się odpędzić, co ostatnimi czasy okazało się mało problematyczne. Hipotetyczna bezsenność nie miała jednak nic wspólnego z równie hipotetycznymi anomaliami pogodowymi ani z zapowiedziami czyjejś bliskiej śmierci, co to, to nie. Jak mogłaby?
Wspiął się już na trzecie piętro i skręcił w prawo, kierując się ku następnej kondygnacji schodów, gdy zobaczył Tą, Która Niemal Zatonęła. A niepokojący był to widok.
Nigdy nie rozumiał, co takiego widział w niej Draco i właściwie cała szkoła — bo Blaise doskonale zdawał sobie sprawę z niepojętej fascynacji przyjaciela i niejednokrotnie słyszał o „prawdopodobnie najmądrzejszej czarownicy swojego pokolenia”. Czy do zasłużenia sobie na taki tytuł wystarczały same Wybitne w wynikach końcowo rocznych? Nie przypominał sobie bowiem, żeby panna Granger okazała swoją wyższość w jakichkolwiek innych działaniach — nie chciał oceniać jej zbyt krytycznie, koniec końców znał ją tylko z widzenia, dręczyły go jednak wątpliwości, niezrozumienie i zalążki trochę niepewnej złości. Kim ona była, żeby nagle, ni z tego, ni z owego, znaleźć się w centrum wszystkich hogwarckich wydarzeń? Turniej Trójmagiczny, Bal Bożonarodzeniowy, rozmyślania młodego Malfoya… Nie zbyt dużo jak na jedną, niepozorną czarownicę?
Stała teraz, oparta o ścianę w załamaniu korytarza, stosunkowo dobrze ukryta przez niepożądanym czy też nieuważnym wzrokiem — jednak kto jak kto, ale Blaise Zabini był ponadprzeciętnym obserwatorem. Zawsze widział.
Dużo widział.
Dlatego zobaczył skuloną, dość wysoką postać, wychudzoną, za co najprawdopodobniej odpowiadały ostatnie przeżycia. Biała piżama Skrzydła Szpitalnego wisiała na kościstych ramionach, zapadała się tam, gdzie powinna płasko opinać brzuch, szerokie nogawki spływały na bose stopy, zakrywając je niemal w całości. Długie, kościste palce prawej ręki powolnym ruchem gładziły lewą dłoń, oczy miała przymknięte, usta lekko rozchylone, poruszające się ledwo zauważalnie w niemo wypowiadanym monologu, może modlitwie. Blada, niby chora, ale zaskakująco spokojna i, jakby nie patrzeć, zmieniona. Kto, niech wspominany będzie Salazar, ukradł jej włosy? Długie, kasztanowe loki zniknęły, zastąpione przez nieuporządkowaną, kilkucentymetrową fryzurę, która swoją drogą wyglądała całkiem nieźle, lecz nie w tym rzecz — w Blaisie Zabinim zrodziła się niespodziewana myśl.
Hermiona Granger musiała odznaczać się niesamowitą siłą.
A choć Czarny Pan naznaczył go jako swego, miał on moc, jakiej Czarny Pan nie znał...
— Granger..? — skarcił się w duchu, uznając decyzję rozpoczęcia rozmowy za wyjątkowo głupią. Bo co właściwie mógłby jej powiedzieć? „Dobra robota, Granger, ja bym się tak szybko nie pozbierał, gdybym prawie zatonął w opadach krwi. Twarda z ciebie sztuka, nie ma co.”
Otworzyła oczy, a Blaise’a ogarnęło niezrozumiałe pragnienie odkrycia, co oznaczał ten dziwny błysk w jej spojrzeniu.
— Blaise? — spytała, opuszczając ręce wzdłuż tułowia i drżąc lekko, najpewniej z zimna.
Czy to normalne, że odczuł idiotyczne zawstydzenie, bo zwrócił się do niej po nazwisku?
— Jak się masz, Granger?
Oto część następna z cyklu „Dlaczego Blaise Diabeł powinien nazywać się Wesley”.
Przyglądała mu się przez chwilę, zanim odpowiedziała:
— Wręcz kwitnąco, mimo że ciąży teraz nade mną klątwa pani Pomfrey, bo uciekłam ze Skrzydła. — Wygładziła piżamę. — Chciałam poczuć się trochę normalniej… wśród ludzi. Ale zapomniałam o lekcjach.
— I że nic już nie jest normalnie. — Blaise uśmiechnął się blado. — Wy, Gryfoni, zawsze musicie wszystko spieprzyć.
— Ach tak? — Hermiona skrzyżowała ręce na piersi, unosząc brew w wysokim powątpiewaniu. — To nie nasza wina, że ślizgońska masa obdarza otoczenie takimi pokładami paniki. Chociaż trudno nie panikować, widząc tuż obok takich padalców.
               — Waż słowa, koleżanko. Niby czarny, lecz nie marny.
               — Malfoy…
               — Tak zawsze mówi. — Blaise podrapał się po głowie, skinając głową w stronę schodów. — Chyba moim obywatelskim obowiązkiem jest odprowadzić panienkę za bezpieczne wrota Skrzydła Szpitalnego.
               Hermiona uśmiechnęła się pod nosem.
               — Ależ z pana przykładny obywatel, panie Zabini, aż dziw, żeś pan w Slytherinie.
               Co oznaczał ten uśmiech? Co przekazywały te oczy?
I teraz jeden zginie, aby wyrównać rachunki…
— A czy do Gryffindoru nie powinny należeć jednostki okazujące sponiewieranym osobnikom choć cień sympatii?
— Nie mam pojęcia. Może lepiej nie roztkliwiać się nad tym dłużej, bo dojdziemy do mało zadowalających wniosków.
Hermiona rozglądnęła się niepewnie.
— Ale ja już rzeczywiście powinnam… — Wykonała niekreślony ruch ręką, zapewne mający wskazywać planowany kierunek dalszej wędrówki.
Minęła Zabiniego i odeszła parę kroków, żeby jednak zaraz się zatrzymać.
— Dziękuję — szepnęła, nie odwracając się — za twoje słowa.
Była już w połowie schodów na drugie piętro, gdy dobiegło ją z góry niezdecydowane wołanie.
— Granger… — Zabini wyłonił się zza barierki. — Chcesz ze mną odwiedzić kobietę?
Bo ten zaciągnął dług u samej śmierci.


****
Template by Elmo