środa, 19 kwietnia 2017

7. Przestań rżeć, Potter


Tylko w milczeniu słowo,
tylko w ciemności światło,
tylko w umieraniu życie:
na pustym niebie
jasny jest lot sokoła.*

  
    Beztroska.
    Oto, co im dali. Bezpieczeństwo również, oczywiście. Kilkanaście, może kilkadziesiąt dodatkowych lat życia. Pokazali im świat w jego pokojowym wymiarze, otworzyli przed nimi drzwi, których w innym wypadku nawet by nie zobaczyli – a oni nie widzieli w tym nic dziwnego.
    Oni.
    Oni wszyscy.
    Nie brakowało mu uznania. Sama świadomość tego, do czego doprowadził całkiem wystarczała. Było jej aż nadto. Myślał o tym, co by się stało, gdyby ktoś się dowiedział – czy zostałby uznany za bohatera? Nie miał pewności, czy zamiast orderu nie przypięto by mu łatki szaleńca. Ba, nie miał pewności – był o owym fakcie przekonany.
    Podrapał się po lewym przedramieniu. Minerwa pytała o Znak, wątpliwości kiełkowały w jej zalęknionym sercu. U niej przynajmniej miały gdzie kiełkować. Od razu rozwiał wszelkie przypuszczenia – Czarny Pan nie mógł powrócić. Wraz z jego śmiercią Znak zblakł, jakby utożsamiał się ze swoim twórcą. Jakby też umarł. A mimo to wciąż palił.
    Chociaż Severus wiedział, że nie był to prawdziwy płomień.
    Wciąż czuł odpływ energii z lewego przedramienia, gdy zakutana w czarną szatę postać upadała na podłogę. Paznokcie wbijające się w wewnętrzną stronę dłoni, kropelki krwi kapiące na podłogę. Wstydził się, że nie podołał. Wstydził się, że zrzucił swoje brzemię na ramiona Minerwy.
    Brzemię mordercy.
    W stojącym przed nim pucharze dostrzegł ciemne spojrzenie. Czarne oczy, zwykle wyprane z emocji, zamknięte, teraz otwierały się niby pod wpływem zaklęcia. Nie chciał widzieć w nich tego wyrazu – nie chciał widzieć histerycznego cierpienia. Pod postacią smolistej substancji zalewało ciemne tęczówki, spływało po rzęsach, znaczyło policzki trwałymi śladami. Ale to nie były łzy.
Wystarczyło, że przymknął powieki – miał przed sobą wszystko, o czym tak usilnie próbował zapomnieć, choćby na chwilę. Wiedział jednak, że ktoś musi strzec tajemnicy. Ktoś musi ją dźwigać, ulżyć innym. Wierzył w wysiłek. Każdy ma swój osobisty krzyż – każdy musi sobie z nim radzić sam.
    Przeklinał własne przekonania. Nie uważał ich za błędne, to on był błędem. Bo Minerwa, poza własnym, dźwigała też jego krzyż.
    Ciekawiło go, jak to jest być bohaterem. Dostrzegać w oczach wszystkich naokoło te błyski podziwu i szacunku. Jak to jest czuć, że robi się dokładnie to, co właściwe? Że, pomimo wszelkich przeciwności, nawet niepowodzeń, wciąż zostanie się uznanym za wybawiciela? Co to znaczy nie bać się swojego spojrzenia? Chciałby z podniesioną głową zajrzeć w głąb własnych oczu i nie mieć się czego wstydzić.
Kiedyś znalazłby wielu, których mógłby spytać. Wielu… Było ich kilku, ale to i tak dużo, a już na pewno wystarczająco. Niewykluczone, że odpowiedzieliby mu. Rozwialiby wątpliwości, zaspokoili ciekawość, podnieśli na duchu. W życiu by się do tego nie przyznał, ale jako pierwszego zapytałby Pottera.
    Te myśli odczuwał, jak powoli wbijane gwoździe do trumny. Sam podawał je grabarzowi, zachęcając go do szybszego załatwienia sprawy. Kiedyś zapytałby Pottera, bo on by wiedział.
    Odebrał mu tę wiedzę.

****

    Gdy słońce wzeszło nad podwaliny świata, utworzyło cienie. To w nocy, pośród nieprzeniknionego mroku, rozbłysło pierwsze światło.
    Może właśnie dlatego tak kochała ciemność - tylko w jej czarnych ramionach była w stanie dostrzec wyraźniej blask gwiazd. Opierała się o ciemny tors, spoglądając w niebo. Oglądała promienie, jak usilnie wierzyła, promienie samego stworzenia. One były jedyną stałą w jej życiu. Bo wszystkie inne światła mogły zgasnąć, ale te niebiańskie wciąż będą świecić tak samo. Chciała kiedyś znaleźć się  wśród nich.
    Przemknęła przez ciche korytarze, nie zważając na chłód kłujący bose stopy. Ciemny szlafrok w iglastym odcieniu zieleni łopotał za nią na wzór peleryny. Uśpiony zamek nie był straszny – po prostu w nocy z kątów wychodziły tajemnice, które bały się wychylić za dnia. Minęła zamknięte drzwi sal, stare okiennice skrzypiały na wietrze. Portretowe postaci opierały się o ramy obrazów, śpiąc w wyjątkowo wymyślnych pozycjach, które najwyraźniej im nie przeszkadzały. Ciekawe, czy kiedyś na tych murach zawiśnie jej portret.
    Dotarła na obrzeża zamku, do jednej z najrzadziej odwiedzanych części. Zwolniła nieco kroku, wiedząc, że na nikogo się tu nie natknie. Odgarnęła z twarzy kilka zagubionych loków, założyła niesforne pasma za uszy. Uśmiechnęła się pod nosem, wpatrując w jakiś punkt przed sobą – jej okno znajdowało się na swoim miejscu. Usiadła we wgłębieniu w kamiennym parapecie, opierając się o fragment ściany przy szybie. Podciągnęła kolana pod brodę, oplatając je rękami. Patrzyła.
    Błyszczały tak, jak zwykle. I chociaż zawsze przychodziła jej do głowy podobna myśl, wiedziała, że nigdy nie świecą w identyczny sposób. Pulsowały, raz jaśniejąc, raz ciemniejąc. Zmieniały barwę. Srebro stawało się błękitne, aby potem przejść w biel i na odwrót. Zawierały w sobie nienazwane jeszcze odcienie wielu z kolorów, ale tylko szlachetnych kolorów. Bo gwiazdy były arystokratami nieba. Niektóre z nich całkiem gasły, aby już nigdy nie rozświetlić mroku nocy. W zamian dokonywały czegoś o wiele piękniejszego – to w umierających z nich rodziły się anioły. Były jak błędne ogniki na ametystowym firmamencie. Od tych ziemskich różniły się jednym – podążając za gwiazdą, nigdy nie można się zgubić.

    Taką ją zobaczył. Kasztanowe włosy nierównymi splotami opadały jej na plecy, otulały głowę falującą aureolą. Pod wyraźnie zaznaczonymi kościami policzkowymi utworzyły się cienie, nadając twarzy drapieżności, wyostrzając kontury. Smukłe dłonie obejmowały kolana, bose stopy oparła o parapet przed sobą. Zielony szlafrok otulał jej ciało, jego końce zwisały w kierunku podłogi. Wydawała się taka inna, wręcz nieludzka. Nie widział w oczach nikogo innego tyle blasku – nie wiedział, że jakiekolwiek mogą odbijać w swojej powierzchni tyle gwiazd. Jedynie JEJ oczy zasługiwały na miano zwierciadeł. Przypomniał sobie, jak matka czytała mu opowieści o magicznych stworzeniach, nie z tego świata. Jak czytała mu o elfach, istotach niewyobrażalnie pięknych, choć niebezpiecznych. Najmądrzejszych ze wszystkich kiedykolwiek istniejących ras stworzeń. Ona, niby jedna z nich, przybrawszy na twarz wyraz niezmierzonego zamyślenia i zachwytu, spoglądała w tylko sobie znanym kierunku. Wydawała się taka…
    Nieosiągalna.
    Podobno każdemu z nas jest ofiarowany jeden cudowny obraz, który może zobaczyć. Jeden cud. Trzeba zachować go potem w pamięci i karmić się nim w chwilach zwątpienia. Musi wystarczyć na całe życie.
    Draco swój cud zobaczył mając niecałe szesnaście lat.
    Zwróciła na niego błyszczące oczy. Zatonął w ich barwie, pochłonęła go głębia, światło. Zanurzał się w zmiennych odcieniach, pokonywał nieskończone fale barw, rozświetlone tysiącami ogników. Czuł się jak żeglarz, kuszony syrenim śpiewem – nie miał żadnych oporów przed poddaniem się mu. Miał wrażenie, jakby pokonywał setki mil, jednocześnie nie ruszając się z miejsca. Wznosił się, opadał, tonął, aby zaraz się wynurzyć, łapczywie połykając powietrze. Rodził się, umierał w tym spojrzeniu. I, co niezwykle go zdziwiło, dostrzegł w nim własny błyszczący wzrok. Jaśniejszy niż ten, którego zawsze zazdrościł Potterowi.

 Oczy Pottera błyszczały, dostrzegał w nich iskierki podekscytowania i zachwytu. One żyły. Zazdrościł mu tych oczu. Zazdrościł mu, że może nimi oglądać o wiele lepsze rzeczy.

  Teraz sam widział te rzeczy. I nie dziwił się, że Harry tak usilnie ich strzegł.
- Draco? – do tej pory nikt tak pięknie nie wypowiedział jego imienia. Nie Malfoy, nie Ślizgon. Draco.
- Hermiona. – uśmiechnął się. Widział jak zadrżała. Przesunęła się, robiąc mu miejsce na parapecie.
  Usiadł, jedną nogę opierając przy oknie. Srebro tańczyło w jego platynowych włosach.
- Często tu przychodzisz?
  Pokręciła głową, kilka loków wysunęło się zza ucha, opadając po bokach twarzy.
- Czasami. Nie zawsze mam szansę.
- Filch zazwyczaj kręci się po niższych piętrach. – szepnął – Dlatego tak trudno wyrwać się z lochów.
    Odważyła się spojrzeć na jego oblicze, zwrócone w stronę okna. Stalowe spojrzenie zmiękło. Kto by pomyślał, że metal może przybierać tyle odcieni między szarością a srebrem.
- Niektórzy Gryfoni mają nieprzyjemny zwyczaj przesiadywania w Pokoju Wspólnym do rana.
- Nie doceniacie błogosławieństwa snu. Ślizgoni nie popełniają takich błędów. – uśmiechnęła się nieznacznie. Zerknął na jej pełne usta.
- Co tu robisz? Zakładam, że wędrówka z lochów aż na siódme piętro nie była bezcelowym spacerem.
    Przymknął oczy.
- O wiele łatwiej myśli się ponad poziomem Slytherinu. Stęchlizna przyćmiewa obraz.
  Dziedzic Slytherinu mówiący o stęchliźnie Domu Węża?
  Zaśmiał się.
- Dziwne, prawda? To nie tak, że stworzyliśmy tam jakąś sektę. Harry zabrał mnie kiedyś do Wieży Gryffindoru… - widząc uniesioną brew Hermiony, dodał – pod peleryną niewidką. Widziałem was, Gryfonów,  i  chociaż wy nie widzieliście mnie, promieniowaliście takim dziwnym ciepłem… Czasem żałuję, że to zobaczyłem. Poczułem. Nie miałbym na co narzekać, do czego tęsknić. Kto raz zapłonie, już nigdy nie chce zgasnąć.
    Spojrzała na niego.
- Ślizgoni nie wydają się zbyt przyjaźni, ale tylko jeśli chodzi o inne Domy. Na pewno sami dla siebie nie jesteście tacy źli.
- To miał być komplement?
  Wzruszyła ramionami.
- Możesz to tak traktować. Zwykła obserwacja. Przecież nikt nie jest do końca zły, tak jak nikt nie jest całkowicie dobry.
- Hermiona Granger, nie dość, że podręczna encyklopedia, to jeszcze skarbnica cytatów. – oparł głowę o ścianę za sobą, patrząc na Gryfonkę spod półprzymkniętych powiek.
- To zdecydowanie był komplement.
  Uśmiechnął się. Znowu. Nawet gdy siedziała, zmiękły jej kolana.
- Ja już tak mam. Gdzie nie pójdę, sypię komplementami z każdego rękawa. Kiedyś mi nawet z nogawki wypadł.
- Będziesz mógł się popisać swoją uprzejmością jutro, gdy to moje nazwisko wyrzuci Czara.
- Chcesz całą chwałę i sławę zatrzymać dla siebie? – uniósł brew – Zapewniam, że już prędzej Potterowi się uda. Właściwie, to dość prawdopodobne, znając moje szczęście.
- Nie mogę się nie zgodzić. Czara musiałaby mieć niestrawność, aby wyrzucić karteczkę z niechlujnym „Malfoy”.
  Draco prychnął cicho.
- Pasowałoby, żeby najpierw ten cały pokręcony plan się udał. Nie mamy pewności, co do skuteczności zaklęcia.
- Ja mam pewność. – Hermiona założyła ręce na piersi.
- O, a to coś nowego. – przewróciła oczami.
- To MÓJ plan, więc musi się udać.
- Skromna, jak zwykle.
- Powiedział Malfoy.
    Znowu spojrzała na gwiazdy. Czekał na to, żeby móc bez skrępowania przyglądać się jej obliczu. Jego matka, samo uosobienie piękna, zwykła mówić, że najpiękniejsze twarze nie zdają sobie sprawy z własnej urody. Hermiona zdecydowanie nie zdawała sobie sprawy.
- Draco? – ciarki przebiegły mu po plecach. Nie można tak na kogoś działać, jedynie wypowiadając jego imię.
- Tak?
- O czym chciałeś myśleć poza „stęchlizną Slytherinu”?
  Westchnął, opierając drugą nogę na parapecie.
- O wszystkim. W lochach myślenie przychodzi nadzwyczaj trudno, Zabini ma monopol na rozsiewanie głupoty. Zazwyczaj się temu opieram, ale to zaawansowany przypadek.
- A o czym myślałeś dzisiaj?
  O tobie.
- O Dafne Greengrass.
 Świetnie, pacanie. A teraz idź i wal swoim tlenionym łbem w mur.
- Niezła jest, nie? – Hermiona uśmiechnęła się znacząco.
- Co? – powalasz elokwencją, stary, nie ma co.
  Uśmiech panny Granger powiększył się. Powinni wprowadzić zakaz uśmiechania się w ten sposób. Takimi ustami… Znaczy, usta jak usta.
- Żartuję przecież, zupełnie nie w moim typie.
- A jakakolwiek inna… dziewczyna… jest w twoim typie? – powiedz „nie”, powiedz „nie”, powiedz „nie”…
  Pokręciła głową.
- Nie wiem, czy ktokolwiek może być w moim typie…
  Malfoy uniósł brew, tak, jak to tylko on potrafi.
  Machnęła ręką.
- Bo widzisz, żeby ktokolwiek był w twoim typie, ty musisz być w czyimś typie. Poza tym, chyba nie wierzę w typy. Jak spotkasz tego kogoś, po prostu będziesz wiedział. O ile to w ogóle możliwe.
  Oj, zapewniam, jesteś w moim typie… Pottera. W typie Pottera.
  Zamilkli, wpatrując się w siebie. A gwiazdy wpatrywały się w nich.
- A ty? Dlaczego tu przychodzisz?
  Uśmiechnęła się. Jeszcze nie widział takiego uśmiechu.
- Lubię oglądać noc.
    Zamknęła oczy, jej usta poruszały się nieznacznie, gdy mówiła. Zastanawiał się, czy w dotyku były takie miękkie, na jakie wyglądały.
- Wtedy wszystko jest jaśniejsze. Wtedy wszystko się odkrywa. Można zobaczyć świat inaczej, bo pod osłoną mroku nie czuje się tak widoczny, jak w świetle dnia.
  Miał wrażenie, że nie chodziło jej tylko o „świat”.
- Chyba pierwszy raz normalnie rozmawialiśmy. – otworzyła oczy.
- Ciesz się, póki możesz.
- Mów za siebie.
  Mówił.

****


    Pokój Życzeń wyglądał inaczej – zamszone mury ustąpiły miejsca lustrzanym ścianom, stoły zniknęły, pozostawiając po sobie jedynie pustą przestrzeń. Jasne, niebieskawe światło okryło ciepłą płachtą wnętrze pomieszczenia, ni to opiekuńczo, ni obojętnie. Wsunęło się w każdy kąt, wygoniło cienie, a jasność, którą ze sobą niosło, oślepiła dwójkę Gryfonów, ostrożnie zamykających za sobą drzwi. Malfoy już na nich czekał, wyprostowany, władczy. Rzucił im to spojrzenie, nazywane przez nich nie inaczej, jak „arystokratycznym”. Ale nie odważyliby się wypowiedzieć owego określenia na głos – spojrzenie skutecznie im to uniemożliwiało.
- Wy, Gryfoni, niezwykle cenicie sobie punktualność.
- Niektórzy są momentami zajęci, Malfoy. – panna Granger odłożyła wypakowaną torbę pod ścianę – Może kiedyś też będziesz mógł się w ten sposób określić.
- A Hagrid zgoli brodę. – zauważył Harry, podchodząc do Ślizgona.
- Żeby jeszcze bardziej odsłonić tą, pożal się Boże, mordę? Broń Merlinie. – Draco wsunął ręce do kieszeni – Chyba musieliby zawiesić zajęcia z Opieki Nad Magicznymi Stworzeniami na czas jej odrastania.
- Jemu by przynajmniej odrosła. – Hermiona spojrzała na dolną część twarzy Malfoya, co, już po chwili, uznała za bardzo nieostrożne. Z ociąganiem odwróciła wzrok, skupiając go na Harry’m. Nie przegapiła przy tym uśmieszku Dracona, głoszącego wszem i wobec swoje egocentryczne znaczenie.
- Ja nie wyznaję zasady „lepsza taka niż żadna”. Myślisz, że pasowałaby mi podobna szczecina? – tym pytaniem zmusił ją do ponownego zerknięcia na jego twarz. Nie opierała się długo.
- W twoim przypadku nic nie może być „podobne”. Jakbyś przyjmował tylko to, co się wyróżnia. – Hermiona szybko zamknęła usta, zdając sobie sprawę, że za dużo powiedziała. Harry rzucił jej dziwne spojrzenie, a Malfoy uśmiechnął się nieznacznie.
    Nie był w jej myślach jedynie zarozumiałym Ślizgonem. Utwierdził się w tym przekonaniu, dostrzegając delikatny rumieniec, wypełzający na policzki panny Granger. Widział przy tym te niegasnące błyski w ciemnych oczach i ogarnął go żal, że dopiero teraz zdarzyła się okazja, żeby oglądać je z bliższej odległości. Przekładał różdżkę między palcami, marszcząc brwi. Zabini wmawiał mu, że się zakochał – to nie była prawda. Szczerze mówiąc, nie do końca wierzył w miłość. Wiedział jednak, że wymaga czasu. Pokaźnej ilości czasu. Jak na razie, Hermiona go fascynowała, a i dla niej najwyraźniej nie był obojętny. I nawet jeśli miałoby się okazać, że to tylko przelotna znajomość, nie żałowałby ani chwili spędzonej w towarzystwie ciemnookiej Gryfonki. Niektórych raz poznanych ludzi, wspomina się całe życie. Nawiedziła go niepokojąca świadomość faktu, że nie zdawał sobie sprawy z tego, co czuł. Nie rozumiał dziwnej radości i nieniknącej chęci droczenia się z panną Granger. Oglądania jej zarumienionych policzków czy groźnych błysków w oczach. Uśmiech na bladej twarzy powiększył się, gdy Draco przypomniał sobie wczorajsze spotkanie. Musiał przyznać, że było całkiem… całkiem miłe, wcale nie nieprzyjemne. Tylko przez moment wzbraniał się przed tą myślą, aby zaraz przyjąć ją z niespodziewanym spokojem. Spotkanie czy też nie, nic wielkiego przecież nie znaczyło. Nic a nic.
    Zorientował się, że Gryfoni właśnie przerwali wcześniej prowadzoną wymianę zdań i spoglądają na niego wyczekująco. Ustawili się w ustalony sposób, w ciasnym okręgu, twarzami do siebie. Prawie stykali się ramionami, dmuchając sobie w twarze podczas wydechów. Hermiona rzuciła towarzyszom przelotne spojrzenia, ściskając różdżkę w długich palcach. Słowa okazały się zbędne, poszczególne punkty plany powtarzali tyle razy, że mogli je recytować w nocy o północy, nawet na kacu. Nie zmieniało to jednak faktu, że wszyscy byli w jakiś sposób poruszeni, mniej (rozumiane jako Malfoy) lub bardziej (Harry). Panna Granger, o dziwo, nie zdradzała szczególnych oznak niepokoju albo potrafiła je dobrze ukryć. Było to o tyle zaskakujące, że w ciągu ostatnich kilku dni powtarzała im bezustannie, jakie konsekwencje niesie ze sobą zarówno eliksir, jak i zaklęcie. Uspokajali ją, poili wszelkiego rodzaju herbatkami, zmusili nawet do krótkiej medytacji – nic nie pomogło. Hermiona o wiele lepiej przyjmowała do świadomości już rozpoczętą akcję, niż dłużące się oczekiwanie, co właśnie udowadniała.
    Skierowali różdżki do środka okręgu, ich końce niemal się stykały. Zaklęcie, jedna krótka formuła i będzie po wszystkim. Nie, tak właściwie to nie – pomyślał Malfoy – Wtedy dopiero się zacznie. Nie zdążył rozwinąć kiełkujących wątpliwości, bo panna Granger dała znak. Odgonił nieprzyjemne myśli i skupił się na prawidłowym rzuceniu czaru. Trzy wąskie promienie zderzyły się, przenikając wzajemnie. Niby błękitnawe wiązki elektryczne, rozpoczęły szalony taniec, skacząc pomiędzy różdżkami, zwijając się, aby zaraz się rozwinąć. Oplatały magiczne atrybuty, niczym skrzące liany mocy. Wszystko to trwało zaledwie ułamek sekundy, a promienie, wspinając się po drewienkach różdżek, zagłębiły się w dłoniach je trzymających.
    Przeraźliwie jasne światło poraziło Dracona, który momentalnie zacisnął powieki. Kolorowe kropki tańczyły my przed zamkniętymi oczami, rozpraszając uwagę i irytując. Blask przygasł, w Pokoju rozchodziła się tylko delikatna poświata. Zamrugał, z nieprzyjemną świadomością, że coś jest nie tak, jak trzeba. Miał wrażenie, jakby jego klatka piersiowa nagle się powiększyła, czuł się ciasno we wcześniej luźnej koszuli, szczególnie w jej górnych partiach. Zamglonym wzrokiem lustrował pomieszczenie, rozmazane kształty toreb i ubrania Gryfonów, porzucone na podłodze. Zniknęli. Coś ścisnęło go w gardle, gdy sobie to uświadomił. Mogli to przewidzieć, mogli… No właśnie, co mogli zrobić? Skąd niby mieliby wiedzieć, że coś pójdzie nie tak? A co jeśli… co jeśli on ich pochłonął? Przekazali mu swój wiek, czyniąc go starszym, ale sami przy tym zginęli. Ale dlaczego nie było tu ciał? Ani w czasie rzucania zaklęcia, ani później, podczas nagłej jasności, nie słyszał żadnych krzyków, wołania o pomoc, czegokolwiek. Jakichkolwiek oznak, że…
    Usłyszał i to dość wyraźnie. Głos odbijał się echem w jego głowie, wywołując uciążliwy ból. Jednak wydawał się przy tym jego własnymi myślami… tylko brzmiały inaczej. Bardziej jak…
Malfoy, bądź łaskawy założyć moje okulary, bo nic nie widzę. – głośny syk Harry’ego zadzwonił mu w uszach. Malfoy!
- Cicho! To boli. Uspokój się, już je znajdę. Gdzie ty jesteś, Potter? Przestań się bawić i zakładaj gacie, nie mam zamiaru oglądać cię w całej okazałości.
Jesteś pewny? Mógłbyś się nieźle zaskoczyć. Jak chcesz, sprawdzimy, tylko muszę stąd wyjść.
- Oszczędź sobie dzikich fantazji, Potter, i chodź tu, odwrócę się. Zaraz, Granger też się tam chowa? Gryfoni to porąbani zboczeńcy, z kim ja się zadaję…
Wyjąłeś mi to z ust, Malfoy. – panna Granger zaśmiała się cicho.
- Czyli jednak jesteś! A ja już się bałem, że podobają ci się dziewczyny… Wyłaźcie stamtąd. Gdziekolwiek was poniosło.
Problem polega na tym, że to stanie się możliwe dopiero za dwie godziny. A zapewniam cię, chętnie bym opuściła to siedlisko grzechu i rozpusty, jakim jest…
- Za dwie godziny?! Wtedy przestanie działać czar! Przestańcie sobie ze mną pogrywać, to nie było śmieszne nawet na początku.
Nie no, trochę było. – wtrącił Harry
Racja, było. – usłyszał Hermionę.
- Gdzie wy, do cholery, jesteście?! – Draco zanurzył palce we włosach, ciągnąc je lekko. Był prawie pewny, że w jego głowie rozbrzmiał śmiech. Wyjątkowo irytujący, wyjątkowo gryfoński śmiech.
Przestań się rzucać, to ci wszystko wytłumaczymy. Trochę trzęsie. – jakby poczuł, jak panna Granger przewraca oczami.
I boli. Przestań ciągnąć. – Harry rozmasował głowę.
    Malfoy otworzył szerzej oczy. On. To. Czuł. Czuł, jak się ruszają. Czuł to, co normalnie by widział. A ich nie widział. Zaklęcie musiało być mocno przekręcone, zaczynał mieć omamy… wzrokowe i słuchowe. Zmysł odczuwania do wymiany, przydałaby się jeszcze wizyta u psychomaga, góra dwie. Trzeba do tego podejść na spokojnie… Słyszy głosy zmarłych, to nic takiego. Zaraz, jakich zmarłych? Przecież oni żyją. Schowali się, cholernicy. To ich spaczone poczucie humoru kiedyś go wykończy, Merlin temu świadkiem. Umrze w męczarniach, a na nagrobku mu napiszą „Zginął w mężnej walce przeciwko niedorozwojowi Gryfonów”. Tak, od razu lepiej.
Malfoy!
Ignoruj to, ignoruj…
Malfoy, idioto, nie rób z siebie ofiary i posłuchaj!
- Jakiej ofiary?! Co wy odwalacie?! – wziął głęboki wdech – To mi się tylko wydaje. Nie jest prawdziwe. Ojciec też tak ma… ale on jest w Azkabanie. Cholera.
Malfoy, jesteśmy w twojej głowie. Rozumiesz? W twojej głowie.
- Darujcie sobie i tak wam nie uwierzę. Dracon Lucjusz, oaza spokoju i opanowania, nie dla mnie takie gierki.
Malfoy, udało się. Zaklęcie działa, połączyło nas… albo raczej nasze świadomości…
- Chyba zapiszę się na yogę…
Jesteśmy w twojej głowie!
Nie drzyj się Harry, jego to boli!
Sama się drzesz!
Racja, przepraszam Draco.
- Matka mówiła, że pomaga, tylko trzeba się wczuć… Zaraz, Draco? – zastygł w bezruchu – Wy serio tam jesteście, co?
Poczuł, jak kiwają głowami.
- Chyba dam radę się przyzwyczaić. Chociaż Granger i Potter w mojej głowie… Nie, nie, nie, to wszystko mi się śni, prawda? Wiedziałem, że Hermiona by się w życiu nie zgodziła…
Malfoy…
- Nie rozmawiałaby ze mną. W końcu ja to taki wstrętny Ślizgon… tylko Potter mi został. A co jeżeli on też jest wyobrażeniem mojego schorowanego umysłu? Ja nie chcę zostań tylko z Blaise’m…
Malfoy…
- W końcu to Diabeł, zaciągnie mnie do jakiegoś kotła i będzie jadł popcorn, patrząc, jak się smażę…
Malfoy…
- Ja nigdy nie mówię do siebie per „Malfoy”! Przestań!
Uspokój się! – wrzask dwóch głosów otrzeźwił go na tyle, że zamilkł.
Plan, pamiętasz? – Hermiona powoli i dokładnie wymawiała każde słowo – Zaklęcie łączące. Udało się. Połączyło nas, a nie wiedzieliśmy dokładnie, jak to będzie wyglądać. Teraz ja i Harry siedzimy sobie w twojej głowie. Czujemy to, co ty, widzimy to, co ty… czyli na razie nie wiele, bo nie masz okularów…
- A od kiedy ja noszę okulary?
Od teraz, z racji tego, że jestem w twojej głowie!
Ciszej!
Racja, wybacz. – Harry spuścił głowę.
Poza naszymi świadomościami, połączyłeś się też z cząstkami naszych… materialnych osobowości. Zakładam, że z tym, do czego było ci najdalej, tak jak do problemów ze wzrokiem.
- Czyli że wy jesteście teraz w mojej głowie… wasze świadomości… i wasze ciała też. Dlatego mogę odczuwać ruchy waszej materialności, jak kiwnięcia głową…
Mówiłem, że to nie taki idiota, za jakiego go masz.
Pfff…
- Jednak twój plan się powiódł, Granger, możesz być dumna. Ten jeden raz zwracam honor.
Czuję się zaszczycona, Malfoy.
- Ale… - Draco zmarszczył brwi – Jaka cząstka ciebie przeszła na mnie?
Usłyszał powstrzymywany śmiech Harry’ego, który wywołał w nim jak najbardziej uzasadniony niepokój.
- Granger?
Cóż
- Potter, przestań rżeć!
A czujesz się… - Hermiona miała wyraźne problemy z wyartykułowaniem, o co jej chodzi. Promieniowało od niej dziwne wrażenie, jakby… zawstydzenia?
… inaczej? Poza wzrokiem i naszymi głosami, oczywiście – dodała szybko.
- Eeee… - przypomniał sobie o tym rozszerzeniu klatki piersiowej i spojrzał w dół.
    Sekunda ciągnęła się za sekundą, całe jego piętnaście lat życia zdawało się minąć szybciej niż te parę ostatnich chwil. Wpatrywał się w swoją koszulę z mieszaniną niedowierzania i strachu, powoli wypieraną przez, oczywiście, niepożądaną, satysfakcję. Biała połać materiału, wcześniej płaska, wybrzuszyła się. Wprawdzie, nie było to duże wybrzuszenie, jakie widział u niektórych dziewczyn, ale zawsze wybrzuszenie. Znajdowało się na wysokości klatki piersiowej, w miejscu charakterystycznym dla przedstawicielek płci pięknej. Chwilowa satysfakcja ustępowała pod wpływem, tym razem rosnącego, przerażenia.
- Granger? – Draco zamknął oczy – Ja mam piersi.
Harry, przestań rechotać!
- Ja mam piersi… na Salazara… piersi…
Już się tak nie ekscytuj.
- Nie żeby coś Granger, ale jakby były one z całym twoim ciałem, nie miałbym nic przeciwko… Ale same piersi? Normalnie zachowywałbym się bardziej jak zachwycony, trzeba jednak zauważyć, że to raczej dziwne, tak nagle wchodzę do komnaty z Czarą, wrzucam karteczki i wychodzę, machając tymi tu na prawo i lewo…
    Zaczął chodził w kółko po pokoju, co jakiś czas zerkając w otaczające go lustra. Natrafił przy okazji na okulary Harry’ego, które zaraz założył, krzywiąc się lekko. Zamazane kontury wyostrzyły się, wyraźniej dostrzegał poszczególne kształty. I chociaż nadal nie widział wszystkiego perfekcyjnie, było o niebo lepiej, a to robiło jednak jakąś różnicę. Znowu spojrzał w jedną z lustrzanych tafli. Idealny od stóp do głów. Wypastowane buty, spodnie z kantką, koszula bielsza niż śnieg… piersi… dalej jasna szyja, nieskazitelnie piękna twarz, srebrne oczy i platynowe sploty włosów, opadające na czoło. Niestety, punktu pomiędzy koszulą a szyją nie można było nie zauważyć.
- Zabini zamęczy mnie tym…. A na pogrzebie zaśpiewa balladę o moich… moich…
Piersiach – dobrodusznie podpowiedział Harry, którego Malfoy zapewne zgromiłby właśnie wzrokiem, gdyby tylko mógł na niego spojrzeć.
- Ale, Granger?
Hm?
- One są twoje?
Malfoy, nie utrudniaj tego.
- Ale są?
No są.
- Na słodkiego Salazara…
    Miał na sobie piersi Granger. Na sobie… W każdym razie, miał. Przerażało go to. Ale zarazem wywoływało poczucie zadowolenia, które bardzo, bardzo chciał odgonić. Niestety, słaba ślizgońska wola, bo zaraz zaprzestał prób pozbycia się owego poczucia i skupiał na tym, żeby trzymać ręce w kieszeniach spodni.
Ani się waż, Malfoy.
- O co ty mnie oskarżasz, kobieto? Mnie? Uosobienie niewinności?
Już ty dobrze wiesz, o co.
- Nie, najwyraźniej brak mi tego czegoś. Byłabyś tak miła i oświeciła błądzącego we mgle?
Malfoy… Harry, przestań rechotać!
Wybacz, Hermiono… To jest silniejsze ode mnie… Też byś się śmiała, jakby on miał moje..
Twoje co?
Eeee…
No co?
Nie, tak właściwie to nic. Nic, co byłoby śmieszne. Albo czego by już nie miał.
Harry!
- Uspokójcie się, jeśli łaska. Co ja z wami mam…
Ty z nami? A kto przez ostatnie dziesięć minut darł się, jak baba na targu i zapisywał na yogę?
- Jaką znowu yogę? Tak mi się powiedziało, nic zobowiązującego.
Ale przyznaj, jakbyśmy ci nie wytłumaczyli, co się stało, to być się zapisał.
- Nie przesadzajmy, nie byłem aż tak zdesperowany, żeby…
Nie?
- Dobra, byłem. Możemy to zostawić? Czas ucieka, a jeszcze nie wymyśliliśmy, jak dostać się do Czary, zachowując przy tym moją godność i nieskalaną reputację.
Nie musimy wymyślać, bo nie ma czego zachowywać.
- Granger, waż słowa.
Bo co?
- Oj, ty już dobrze wiesz co… - Draco uśmiechnął się perfidnie.
Nie zrobiłbyś tego!
- Zbieram zakłady! Ile dajesz, Potter?
Pięć galeonów na „zrobiłbyś”.
- Granger?
Palanci. Ogarnijcie się lepiej. Chyba wystarczy, jak założysz grubą szatę… o, albo wyczaruj gorset i na to szatę, wystarczy zwykła.
- Gorset?
Nie wiesz, co to jest gorset?
- Za kogo ty mnie masz? Oczywiście, że wiem!
Mam odpowiadać na to pytanie?
- Oszczędź sobie.
    Draco odetchnął raz i drugi, mruknął coś o niezrównoważonych Gryfonach i rzucił zaklęcie. Jego klatkę piersiową ścisnęła konstrukcja z twardego materiału, związanego na plecach. Pokonał przemożną chęć zdarcia tego z siebie, przyzwyczajając się do zawężonego pola manewru oddechowego. Spojrzał w dół, z satysfakcją zauważając prawie całkiem płaską powierzchnię.
- Jakiegoś szczególnego powodu do dumy to ty nie masz, Granger… Patrz, całkiem zniknęły.
Mi osobiście takie odpowiadają, nawet mogłyby być mniejsze.
- Wolałabyś całkowity brak? – poczuł mrożący chłód jej spojrzenia – Ej, ej, spokojnie. Lepiej już pójdę… pójdziemy.
Pierwsze sensowne słowa, jakie dzisiaj powiedziałeś.
- Twoje cudne komentarze są jak miód na moje zbolałe serce.
Zawsze do usług.
- A ty, Potter, co tak cicho?
Nic. Każdy czasem potrzebuje milczenia.
- Potter…
Mam niestrawność…
- Spokojnie, Potter opuści cię za niecałe dwie godziny. Ze swoimi bólami głowy, niestrawnością i wszystkimi innymi problemami Chłopca, Który Przeżył… Tylko nie waż mi się zwracać obiadu, Potter!
Łatwo ci mówić…
Dlaczego mówisz do siebie w drugiej osobie, Malfoy?
    Zignorował to zdecydowanie kurtuazyjne pytanie panny Granger, narzucił szatę Slytherinu na nowiutki gorset i ostrożnie otworzył drzwi Pokoju Życzeń. Wyjrzał na korytarz, mrugając szybko, siódme piętro otulone ciepłym półmrokiem było o wiele ciemniejsze od Przychodź – Wychodź. Szybko opuścił zdradziecki próg, zamykając za sobą wejście, rozpływające się na kamiennej ścianie. Wyprostowany, dumnie uniósł głowę i rozpoczął swój niecodzienny marsz na niższe piętra, aż do pomieszczenia z Czarą.
    Przemierzał długie korytarze, napotykając na swojej drodze nad wyraz mało uczniów. Raz natknął się na jakiegoś zbłąkanego Krukona, to znowu zdążył łagodnie wytłumaczyć jednemu z pierwszorocznych Ślizgonów, kto tak naprawdę jest „Księciem Slytherinu”. Uznałby całą przechadzkę za znośną, gdyby nie głosy dwójki Gryfonów, komentujących dosłownie każdy jego krok i każdą przypadkową myśl, którą zdążył się z nimi podzielić. Odkrył w ten sposób inną drogę komunikacji, więc teraz, zamiast drzeć się na Harry’ego „Potter!” (czym pewnie zarobiłby opinię dziwaka wśród świadków owych wrzasków), darł się „Potter!” w myślach, co za to niezwykle irytowało pannę Granger. Usatysfakcjonowany, uznał, że zachowując się tak rażąco dojrzale, upiekł dwie pieczenie na jednym ogniu – wyładowywał swoje znużenie i nużył Hermionę. Czego chcieć więcej?
    Zbiegł na docelowe piętro, gwałtownie skręcił w prawo i ze spokojem, znamionującym ludzi z poczuciem w pełni spełnionego obowiązku, skierował się do najbliższych drzwi. Gorset już go tak nie uciskał, mógł oddychać właściwie swobodnie, nawet głosy w głowie najwyraźniej się znudziły, bo zaprzestały bezsensownych rozmów. Już miał chwycić za klamkę i pchnąć wrota, gdy te otwarły się przed nim, ukazując zdumioną twarz madame Maxime w otoczeniu kilku uczennic Beauxbatons. Ubrane w lekkie, błękitne stroje i czapeczki, które określić można jedynie jako „francuskie”, uśmiechały się nieśmiało, zauważając przed sobą wcale niebrzydką postać Malfoya. Ten cofnął się, nagle zbity z tropu, ale zaraz się otrząsnął, przybierając na twarz znany wszystkim ślizgoński, nieco kpiący wyraz. Nie odstraszył tym jednak napotkanych dam, a wywołał jedynie mrugnięcia i skrywane za długimi rzęsami spojrzenia.
- Witam drogie panie. – skłonił się lekko, zarzucając szatą. Usłyszał przy tym spodziewane prychnięcie.
Pozer.
- Pą Malfą, czy się nię mylę? – z twarzy madame Maxime wyparowało pierwsze zdumienie, zastąpione przez nadzwyczaj przychylny wyraz, jaki nie pojawił się na niej od czasu trafionych sugestii Blaise’a.
- Ależ skąd. Czuję się zaszczycony, zapamiętała pani moją skromną osobę wśród całej społeczności Hogwartu. – bawił się znakomicie, obserwując lekki rumieniec na policzkach dyrektorki, gdy odsłonił zęby w uśmiechu numer siedem, który nazywał „smyczą na białogłowy”.
Białogłowy? Malfoy, co ty tu jeszcze robisz? Średniowiecze skończyło się już jakiś czas temu.
- Nie czepiaj się, Granger. – mruknął.
- Cą proszą?
- Przeciągi. – widząc skonsternowanie wymalowane na obliczach francuskich gości, dodał, gwałtownie machając rękami – Wieją.
- Racją, u was, w Hogwartą, straszne zimną. – madame Maxime wzdrygnęła się, poruszyła lekko dłonią i opuściła pomieszczenie. Malfoy zatrzymał idącą na końcu uczennicę, którą uznał za najładniejszą z nich.
- Ale takie damy, jak ty, rozgrzewają nawet najbardziej zmarznięte serca. – szepnął, całując ją w wyperfumowaną dłoń. Dziewczyna zachichotała i odbiegła, doganiając oddalającą się powoli grupkę. Wyraźnie wyczuł złość panny Granger, uśmiechając się zwycięsko,
Nie wyobrażaj sobie nie wiadomo czego, Malfoy, po prostu opóźniasz wykonanie planu.
Uważaj, bo ci uwierzę.
Harry!
No co?
    Draco, ignorując kłócących się Gryfonów, wszedł do sali, zamykając za sobą drzwi. Odetchnął na widok pustego wnętrza i płonącej równomiernie Czary w samym jego środku. Przeszedł kilka kroków do przodu, przystanął, kolejne kilka kroków.
To nie marsz weselny, ruszaj się, Malfoy.
- To nie wyścig, zamknij się, Granger.
    Prychnęła, ale nie odezwała się ponownie.
    Dotarł wreszcie pod sam postument i spojrzał na niebieskie płomienie. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że przekroczył linię wieku, narysowaną przez Dumbledore’a. Miał ochotę podskoczyć z radości, ale przecież Gryfoni patrzyli… byli w nim… po prostu byli świadkami.
Ależ skacz, Malfoy, nikt ci nie broni.
    Przewrócił oczami, wkładając rękę do kieszeni. Wymacał trzy złożone karteczki. Zrobili to, naprawdę to zrobili. Jeszcze tylko trochę szczęścia i jedno z nich zostanie najmłodszym uczestnikiem Turnieju w historii Hogwartu. Podekscytowanie mieszało się z wątpliwościami, Draco zdawał sobie sprawę, że to raczej nie jego nazwisko wybierze Czara. Oczywiście, nie zamierzał się do owego faktu przyznać, ale nie oszukujmy się – to na niego mówią Malfoy. Jego ród zbyt dobrą sławą się nie okrył, a syn Lucjusza zapewne nie był godny zaszczytnego miana reprezentanta szkoły. Przymknął oczy, starając się oczyścić umysł. Będzie jak będzie, przemknęło mu przez myśl, zanim karteczki zniknęły w niebieskich płomieniach.
    Odwrócił się, względnie zadowolony, gdy uświadomił sobie dwie rzeczy – po pierwsze, pękł mu gorset; po drugie, znajomy głos zawołał z końca pomieszczenia:
- Draco?

****

 
    Brak snu oznaczał brak koszmarów, ale widok krwi uparcie pozostawał. Krwiste spojrzenie. Zakrwawione ofiary. Okryte czerwienią dłonie.
    Krzyk.
    Przeraźliwy, niemożliwy do stłumienia krzyk.
    Wrzask własnego sumienia.






Witam powielkanocno!
Za dużo do powiedzenia o rozdziale nie mam, więc skupię się na życzeniu Wam, aby zderzenie z poświąteczną rzeczywistością było możliwie jak najmniej bolesne. A wszystkim piszącym egzaminy - Niech Moc będzie z Wami...

Pozdrawiam, ufając, że rozdzialik przypadnie Wam do gustu

Vi


*cytat z "Czarnoksiężnika z Archipelagu" Ursuli K. Le Guin, jednej z lepszych powieści fantasy, jakie poznał świat





wtorek, 4 kwietnia 2017

6. Do dna, panowie

  
    Światło pochodni go oślepiało. Zmrużył krwiste oczka, marszcząc nos. Szponiastymi łapkami wyszukiwał zagłębienia w ścianach, starając się znaleźć dobre punkty podporu. Poruszał się szybko, lekko zygzakowatym ruchem, na wzór jaszczurki. Chropowata, szarawa skóra, zgrubiała od upływu Czasu, stapiała się z powierzchnią kamiennych bloków.
    Odbił się i przeskoczył na przeciwległą ścianę. Opuścił się na poziom podłogi, krzywiąc szpetną mordkę. Węszył. Sunął zrogowaciałym tułowiem po płytach posadzki, łapiąc coraz to nowsze wonie. Były ich setki, niektóre całkiem przyjemne, inne rażąco odpychające. Prychnął. Odpychające jak on sam. Nawet Czas to przyznał.
    Coś ogłuszająco zawyło. Dziesiątki rozwrzeszczanych istot wysypały się na korytarz. Podskakiwał w rytm ich kroków, zbyt słaby by utrzymać się przy podłodze. Wonie przybrały na sile, wachlarz zapachów potu przeplatał się z mgiełką perfum. Zawył z bólu, gdy jakaś wyjątkowo niezdarna stopa nadepnęła mu na ogon, zaraz się przewracając. Odczuł przynajmniej cień satysfakcji, widząc zaskoczoną twarz radośnie witającą podłoże. Cień.
    Jak on sam.
    Ledwo wyczuwalna woń łaskotała go w nos. Parsknął, skupiając się na jej pochodzeniu. Czuł, czuł coraz wyraźniej. Odwagę, była tam. Szczęście, cuchnące szczęście. Przeznaczenie, ostre, gryzące. Oszukane przeznaczenie.
    Na co decyduje się myśliwy, gdy wytropi swoją zwierzynę?
    Trzeba rozpocząć łowy.

****

- Harry, wszystko w porządku?
- Tak, tylko trochę boli mnie głowa. – Gryfon dotknął palcami rozgrzanej skóry na czole. Paliła go, pulsowała. Co dziwne, ból skupiał się jedynie po prawej stronie, zaraz pod grzywką. Nierównomierny, wręcz liniowy, kształtny. Miał wrażenie, jakby już kiedyś go odczuwał, ale nie przypominał sobie tego. Może coś mu się przyśniło?
- Jesteś pewny? Nie wyglądasz najlepiej. Jak chcesz, zaprowadzę cię do Skrzydła… - Hermiona zmarszczyła brwi, odbicie troski zabłysło w jej orzechowych oczach.
- Nic mi nie jest, to pewnie zaraz przejdzie…
- Panie Potter, chce nam pan coś powiedzieć? – ociekający zaciekawieniem głos profesor McGonagall dotarł do uszu Wybrańca. Minerwa odwróciła się od tablicy, odkładając kredę na biurko. Zmarszczyła brwi, widząc skrzywioną twarz ucznia i rękę Hermiony, która błyskawicznie wystrzeliła w górę. Harry uraczył przyjaciółkę bynajmniej nieprzypadkowym kopniakiem w goleń, na co ta jednak nie zareagowała.
- Tak, panno Granger?
- Pani profesor… - Gryfonka przesunęła się lekko – Harry’ego boli głowa. Czy mogłabym go zaprowadzić do Skrzydła Szpitalnego?
  Zmarszczone brwi zawsze można zmarszczyć bardziej, a żywym dowodem tego była Minerwa McGonagall.
- Nie jest pan w stanie uczestniczyć w lekcji, pani Potter?
- Nic mi ni…
- Nie jest w stanie, pani profesor. – Hermiona rzuciła Wybrańcowi karcące spojrzenie, którego ten nie zauważył, dotykając czoła w kolejnym przypływie bólu.
    Czoła.
    Minerwa znała ten ruch, wiedziała, co oznaczał. Swego czasu był wręcz naturalny, częsty, niezaskakujący. Ale nie w tym świecie. Nie miał prawa, ba, możliwości się pojawić. Taki ból wywoływała obecność tylko jednej osoby. A, jakby nie było, owa osoba nie żyła już od dobrych piętnastu lat. To przeczyło wszelkim zasadom – On nie mógł powstać z martwych, nie mógł cofnąć wyroku śmierci…
Tak? – szepnął cichy głosik w jej głowie – A ty mogłaś cofnąć Czas?
    Jednak dobrze się stało, mówiła sobie. Tłumaczyła, przekonywała, musiała wierzyć, że to było jedyne wyjście, że nie znalazłaby lepszej drogi. Teraz pojawiły się wątpliwości, nie pierwsze, ale jak najbardziej namacalne.
- Dobrze, panno Granger, proszę zaprowadzić Harry’ego do Skrzydła…
  A co jeżeli…? Nie, nie, to niemożliwe. On nie powstał, Severus by wiedział, jego Znak by wiedział. Paliłby. On nie miał do kogo wracać – wszyscy śmierciożercy albo nie żyli, albo się go wyparli. Bez grona wyznawców byłby bezradny, bezsilny. Przecież został pokonany. Minerwa znała moc własnych zaklęć, a Avady nie można rzucić tylko „w połowie”. Skoro nie On, co innego? Jedno wykluczyła od razu – bolące czoło Pottera, w tym konkretnym miejscu, na pewno nie było przypadkiem. W życiu Wybrańca takowe się nie zdarzały. Nie ma potrzeby od razu zakładać najgorszego, powiedziałby Albus. Ale zakładając najgorsze, trudno się potem rozczarować.
- I z nim zostać. – dodała, gdy dwójka uczniów zamykała za sobą drzwi. Hermiona tylko skinęła głową.
    Oczywiście, profesor McGonagall panikę uznawała za wysoce niewskazaną. Może ból minie, może to przemęczenie. Nie mogła od razu podrywać na nogi całego magicznego świata, twierdząc, że Czarny Pan wrócił. Nawet on nie posiadł mocy wystarczającej do zmartwychwstania. Żyła po nim tylko pamięć… prawda? Pozostało jej trzymać się tej myśli i wrócić do zajęć. Rozszerzone źrenice u siedzących przed nią Gryfonów uparcie jej o tym przypominały. A zaraz po dzwonku porozmawia z Severusem.
    Zapyta go, czy czegoś nie wyczuł, nie zauważył. Przezorny zawsze ubezpieczony, czyż nie? Musiała samą siebie jeszcze przekonać, że wcale nie wykazuje oznak paranoi. Ale co mogła zrobić?
    Przyznać się?
    Zakłóciła bieg zdarzeń, złamała jedno z najważniejszych praw. Obiecała nieprzyjemnemu głosikowi, który coś mruczał z tyłu głowy, że powie to swojemu lustrzanemu odbiciu, jak tylko wróci do komnaty. Wiedziała, że wyznanie zapoczątkuje przełom – nie miała pojęcia, czy aby na pewno w dobrą stronę.
    Co innego myśleć o znaczeniu, konsekwencjach własnych czynów. Co innego przyznać to na głos. Przed samym sobą.

****

    Skrzydło Szpitalne nie należało do najprzytulniejszych miejsc w Hogwarcie – białe i sterylne, surowe. Rzędy metalowych łóżek ciągnęły się pod nagimi ścianami, gdzieniegdzie urozmaiconymi przez średniej wielkości okna. Nikomu jednak nie przyszłoby do głowy, że w tym świętym przybytku pani Pomfrey nie poradziłaby sobie nawet z najbardziej zaawansowanymi urazami. Każdy podświadomie czuł, że gdyby mu odpadła głowa, nieznająca granic swoich medycznych zdolności Poppy, umiejscowiłaby ją z powrotem we właściwym miejscu. Harry nie wyróżniał się w tym wypadku spośród „wszystkich”, dlatego nie zdziwił się, że sam dotyk ciepłej dłoni pielęgniarki podziałał kojąco na jego obolałe czoło.
    Przełknął kilka eliksirów, dziesięć razy zapewnił, że czuje się całkiem dobrze i wymógł na pani Pomfrey możliwość odwiedzin, gdy wyraziła absolutny zakaz opuszczania przez niego łóżka. Przestał się zastanawiać nad powodem wcześniejszego bólu, przypuszczając, że był on skutkiem małej ilości snu. Ostatnio koszmary nawiedzały go coraz częściej – dziwne koszmary, niezrozumiałe, ale pełne wręcz monstrualnego przerażenia. Odczuwał w nich nieznaną dotąd tęsknotę, wymieszaną z ogromem samotności i smutku, którego doświadczają jedynie ludzie, znający pojęcie „strata”. Miał przed oczami krwawy blask śmiercionośnego zaklęcia, słyszał głuchy odgłos ciała, upadającego na posadzkę. Pokrzywiona w nieludzkim wyrazie twarz na dobre wyryła się w jego pamięci, dopełniając koszmarnych wizji zimnym śmiechem. Wyraźnie odróżniał w nich nuty wściekłości, brzmienie obrzydzenia. Miał wrażenie, że krwiste oczy przyglądają mu się, gdy śpi, raz przekazując nieposkromioną wściekłość, to znowu bezradność. Czując na sobie rażący czerwienią wzrok, gwałtownie zrywał się, tłumiąc wrzask, a jedynym świadkiem jego niepokoju była blada powierzchnia księżyca.
    Przeglądał właśnie książkę o quidditchu, którą dostał od Hermiony, gdy próg Skrzydła przekroczyła ognistowłosa postać Ginny Weasley.
- Harry! – jej pełen wyrzutu głos rozniósł się po pomieszczeniu – Wszystko w porządku?
  Przysunęła sobie stołek, niepewnie wpatrując się w czoło przyjaciela. Rude pasma założyła za uszy, które barwą coraz bardziej przypominały dojrzałe truskawki.
- Wiesz, jak się martwiłam? Każdy przekazuje inną wersję zdarzeń, a co jedna, to gorsza.
- To było chwilowe… Zwykły ból głowy. – przerwało mu ciche skrzypienie drzwi. Wybraniec zerknął na wejście, z którego wyłoniła się platynowa czupryna Malfoya i, czyżby go Godryk zmylił, Blaise Zabini. Ginny odwróciła się na odgłos kroków i wyprostowała gwałtownie, dostrzegając drugiego z odwiedzających. Jej uszy poczerwieniały jeszcze bardziej, cała sylwetka nienaturalnie napięła.
- Ładnie to tak mdleć na transmutacji, Potter, ty symulancie? – Malfoy zaskakująco szybko znalazł się przy łóżku Gryfona – Wyobraziłeś sobie, że już więcej mnie nie zobaczysz i cię zamroczyło? Oszczędź sobie tak makabrycznych wizji, wiem, że to byłby cios.
  Głowa otoczona wachlarzem kasztanowych loków zaglądnęła do środka pomieszczenia.
- I przyszło moje słońce. - Hermiona zamknęła drzwi Skrzydła. Obojętnie zlustrowała sylwetkę Dracona, zagłuszając irracjonalną chęć zatopienia palców w jego platynowych włosach – Lepiej ci, Harry?
    Wybraniec zawiesił na niej wcześniej rozbiegany wzrok, powoli skinając głową. Nieco zdziwiła go wizyta tylu znamienitych osobistości i to w tym samym czasie, ale nie mógł powiedzieć, że zamierzał na powyższy fakt narzekać.
- Więcej was matka nie miała? – syknęła Ginny, nienawistnie wpatrując się w wyprostowane sylwetki Ślizgonów.
- O to samo mógłbym zapytać ciebie, Weasley, więc siedź cicho i daj mi się zająć Potterem. – Draco zaczął oglądać poszczególne butelki, stojące na szafce przy łóżku. Co jakiś czas kiwał głową, mrucząc „analgeticum, no tak” albo „nootropicum, prawidłowo”.
- Jak ty się nim zajmiesz, to nigdy stąd nie wyjdzie. – Hermiona przysiadła przy nogach Harry’ego.
- Mam tu coś dla ciebie od… kogoś. – podała mu pudełko Czekoladowych Żab.
- Podziękuj komuś. – Gryfon uśmiechnął się nieznacznie, majstrując przy opakowaniu.
- Nie ma sprawy. – zapewnił Malfoy, biorąc do ręki następną fiolkę. Ruch, choć nieznaczny, uspokajał go. Blaise opowiedział o „wypadku” Pottera w tak makabryczny sposób, że Draco nie miał pewności, czy zastanie w Skrzydle cokolwiek poza krwawą papką. Zabini natomiast zmarkotniał nieco, widząc, że poszkodowanemu nic nie jest i, co więcej, odwiedza go panna Weasley. Pocieszał się faktem, że Harry bardziej skupiał się na Czekoladowych Żabach i Hermionie niż kimkolwiek innym. To z kolei sprawiło, że Malfoy był wyraźnie niepocieszony.
- Może zwróciłaby Wasza Wysokość uwagę na swego najwierniejszego towarzysza? – Draco założył blade ręce na piersi – Rozumiem, że plebs również trzeba obdarzać zainteresowaniem dla zachowania pozorów, ale bez przesady.
- Zapamiętam sobie. – Harry kiwnął głową, którą zaraz zanurzył w pudełku z Żabami, starając się znaleźć tą jedyną. Widząc uniesioną brew Malfoya, dodał – Właśnie wcielam w życie twoje słowa.
    Odgryzł czekoladową głowę, podsuwając pudełko Hermionie, która nieznacznie pokręciła głową. Spojrzała na obrażonego Ślizgona, znowu zajmującego się kolorowymi fiolkami. Pojawił się tu, przyszedł, choć nikt go o to nie prosił. Jego zachowanie świadczyło o jednym – przyjaźń z Harry’m traktował na poważnie i najwyraźniej martwił się o Wybrańca, jak zwykle chowając uczucia za kpiącymi odzywkami. Podziwiała ostro zarysowaną szczękę Malfoya, platynowe sploty włosów rozwichrzone na głowie. Stal przejmowała kontrolę nad błękitem w jasnych oczach, które raz po raz zerkały na Wybrańca, pochłaniającego Żaby. Szata Slytherinu leżała idealnie na jego lekko umięśnionym, szczupłym ciele. Każdy, nawet najmniejszy ruch wydawał się wyważony, pełen niewystępującej u nikogo innego gracji. Uznała, że sprawdziłby się świetnie jako tancerz. Może nawet już się sprawdzał, kto go tam wie? Długie palce, subtelne i delikatne, przekładały fiolki z lekarstwami. Nigdy nie widziała go w stanie nieogarnięcia, zawsze perfekcyjny, dystyngowany. Zgrabny w ruchach, odważny w słowach, koci. A do tego wcale niegłupi.
    Zerknęła na starte trampki, zdobiące jej stopy, przeczesała lekko potargane włosy. Czy ktoś taki, jak Malfoy, zwróciłby uwagę na osobę jej pokroju? Ani urodzenie, ani uroda nie wyróżniały panny Granger spośród innych. Zwykle siedziała w otoczeniu swoich nieodłącznych kompanów – grupki starych przyjaciół i stert książek. Właściwie, jakie to miało znaczenie? Był Ślizgonem, zarozumiałym i aroganckim, przecież nie zwracała na niego większej uwagi. On na nią też nie.
    Ale akurat ta myśl wywoływała nieprzyjemne drapanie gdzieś w środku.
    Zamyśloną ciszę, panującą w Skrzydle, przerywała tylko niezobowiązująca rozmowa Harry’ego z Ginny, która za wszelką cenę starała się nie zwracać uwagi na czarnoskórego osobnika, czającego się gdzieś za nią. Co niespotykane u Zabiniego, nie odezwał się on ani razu od swojego przybycia. Szczerze wątpiła, czy kiedykolwiek zdarzyło mu się powstrzymać od wydawania jakichkolwiek dźwięków na czas tak długi, jak, uwaga, pełne dziesięć minut. Nie dziwiła się Malfoy’owi czy Hermionie, którzy, z tego, co wiedziała, nierzadko wpadali w stan milczącego zamyślenia, szczególnie w ostatnich czasach, ale Blaise? Nie mogła wymyślić żadnego sensownego powodu jego obecności w Skrzydle, a jedyny, jaki jej przychodził do głowy, starała się usilnie z niej wyrzucić. Owe próby przychodziły jednak z marnym skutkiem, powodując pogłębienie się czerwieni, która zdążyła już całkiem ogarnąć uszy panny Weasley. To tylko moje chore wymysły – powtarzała nieustannie, starając się uspokoić pędzące myśli. Nie chciała się przyznać, że „wymysły” powinna raczej zamienić na „nadzieje”.
  - Szanowni zgromadzeni… - niski głos, na dźwięk którego Ginny aż podskoczyła, rozniósł się po pomieszczeniu – Czy wasze gryfońskie zwyczaje nakazują wam siedzieć w takiej męczącej ciszy? A może podjęliście się słownego celibatu?
  Nie dostawszy żadnej odpowiedzi, kontynuował.
- To miało oznaczać „nie”? Doprawdy, nie rozumiem, Dracze, co ty w nich widzisz.
- Diable… - Malfoy nad wyraz powoli dobierał słowa – Zakładam, że to twoje milczenie zaskoczyło wszystkich tu obecnych, wliczając mnie.
- A co w tym takiego dziwnego?
    Wszyscy jak jeden mąż wspomnieli nieustraszonego Blaise’a, który zawsze miał coś do powiedzenia. Niezależnie od tego, czy akurat trwała szkolna uroczystość, wizytacja z ministerstwa, powitanie delegacji uczniów – każdemu doniosłemu wydarzeniu towarzyszyły ciche komentarze albo nucone pod nosem piosenki. Dla przykładu, Madame Maxime z Akademii Magii Beauxbatons niezbyt radośnie zareagowała na przytyki odnośnie jej wzrostu i cierpliwe wskazówki, w którym miejscu zoo zazwyczaj znajdują się wybiegi żyraf. Karkarow natomiast, dostąpił zaszczytu wysłuchania zapierającego dech w piersiach wykładu na temat zalet zgolenia kilkuletniego zarostu. Zabini nie omieszkał zauważyć, że dyrektor Durmstrangu pewnie urodził się z brodą i spytał, czy bardzo łaskotała jego matkę podczas porodu. To wystarczyło, aby zrazić wyżej wymienione persony z zagranicznych instytucji magicznych, dlatego zaraz po otwarciu Turnieju Trójmagicznego w roku bieżącym, zamknęli się w gościnnych komnatach Hogwartu, które opuszczali jedynie z uczniami, chcącymi wrzucić karteczki z nazwiskami do Czary.
- Nic. – wymamrotał Harry, rozgryzając ostatnią Żabę – Absolutnie nic.

****

    Siedzieli pod jedną ze ścian Pokoju Życzeń, z niepokojem wpatrując się w dymiącą miksturę. Niebieskawe macki dymu nieśmiało łaskotały ich napięte oczekiwaniem policzki. Oplatały nogi, zagłębiały się w skrzywienia szat. Niepewnie zbliżały się do herbów poszczególnych Domów, naszytych na ciemnych szatach. Lew Gryffindoru dumnie spoglądał na niegroźną mgłę, ślizgoński wąż zmrażał ją spojrzeniem. Byli zjednoczeni – czerwień przy zieleni, ogień przy wodzie, odwaga przy sprycie. Byli niewinni. Tuż obok siebie.
    Ciemne oczy panny Granger nerwowo spoglądały na zegarek, odliczając mijające sekundy. Stalowe spojrzenie skupiło się na pochylonej sylwetce Gryfonki, korzystając z faktu, że go nie zauważa. Natomiast ręka Wybrańca spoczywała na jego brzuchu, który dawał właścicielowi jasno do zrozumienia, że Czekoladowe Żaby postanowiły trochę w nim poskakać. Chłopiec, Który Przeżył wysyłał pod adresem owego „kogoś”, od kogo otrzymał smakołyk, litanię przekleństw, jakiej nie powstydziłby się żaden Ślizgon.
- Hermiono… to na pewno dzisiaj? – cichy szept Harry’ego zakłócił niezmąconą dotąd ciszę. Gryfon powstrzymywał się przy tym od głośnego beknięcia, które wydawało się mało stosowne, biorąc pod uwagę powagę sytuacji.
- Nie pomyliłabym się. – odparła panna Granger, uparcie wpatrując się w tykające wskazówki.
- Zdążyłem już zauważyć, że raczej w to wątpię? – Malfoy założył ręce za głowę, przeciągając się rozkosznie. Hermiona starała się nie zauważać, jak jego koszula podjechała w górę, odsłaniając część płaskiego brzucha i wyraźnie zarysowaną literę V.
- Jakoś sobie nie przypominam. – mruknęła, ignorując nagłe gorąco, które ją ogarnęło – No, może poza tymi dziesięcioma razami w ciągu ostatnich dwóch minut.
- Dziesięcioma? Jestem przekonany, że było ich co najmniej piętnaście.
- Licząc poprzednie dwie minuty, owszem. – Hermiona wsunęła kilka loków za ucho, odsłaniając bok twarzy, już po chwili ponownie zakryty przez niesforne pasma. Ręka Dracona drgnęła, chętna do ich odgarnięcia.
- Głupia. – mruknął, przyciskając ją mocniej do ściany.
- Co proszę? – panna Granger pierwszy raz od wejścia do Pokoju podniosła wzrok znad tarczy zegarka. Harry tylko westchnął, mając dziwne przeczucie, że na to pytanie nie ma dobrej odpowiedzi.
- Opary znikają. – Malfoy uśmiechnął się szeroko, zwycięsko wychodząc z sytuacji.
  Rzeczywiście, niebieskawe pasma mgły cofały się, rozwiewały, gotowy już eliksir przestał dymić. Przychodź – Wychodź, wyglądający przez ostatnie tygodnie jak sauna parowa, wreszcie powrócił do swego pierwotnego stanu, w jakim wyobraziła go sobie Hermiona. Widzieli wyraźnie tytuły książek na najbliższej półce, drewniane stoły przestały przywodzić na myśl otoczone oparami potworne sylwetki. Nagła przejrzystość aż ich poraziła, bo przez dobre trzydzieści sekund nikt nie ruszył się z miejsca.
- To znaczy, że już? – zagadnął Harry, chcąc się upewnić, że obraz przed jego oczami to nie przywidzenia, spowodowane niezadowalającą kondycją brzucha.
    Hermiona skinęła głową, podnosząc się z kamiennej posadzki. Zaglądnęła do kociołka i odchyliła się z zadowoleniem, obserwując szarawą, mętną ciecz, wciąż nieznacznie falującą. Ostatni raz otworzyła księgę, sprawdziła, czy niczego nie pomyliła (chociaż, oczywiście, nie miała co do tego wątpliwości, to Malfoy ze swoimi nieuzasadnionymi przypuszczeniami pewnie by podobnego zachowania oczekiwał) i srebrną chochlą nalała płyn do stojących nieopodal kubków.
- Mam wam wysłać zaproszenie? – prychnęła, wskazując na naczynia – Przez posła czy sowa wystarczy?
- Jakbyś była łaskawa osobiście. – Ślizgon podniósł się z podłogi, nieufnie podchodząc do szklanic napełnionych eliksirem. Zaraz za nim kuśtykał Harry, zastanawiając się, jak zareaguje jego żołądek na kolejną dawkę magicznych substancji.
- To jest konieczne, prawda? – Gryfon skrzywił się, gdy do jego nozdrzy dotarł wątpliwej jakości zapach mikstury.
- Bez niego zaklęcie nie zadziała. A już na pewno nie utrzyma się wystarczająco długo. – Wybraniec skinął głową.
- Nie ma odwrotu, Potter. – mruknął Draco, z nieodgadnionym wyrazem twarzy wpatrując się w mętny płyn – Za daleko zaszliśmy, żeby teraz się wycofać.
- Jeśli się uda, już za dwa dni jedno z nas zostanie przedstawicielem szkoły. – Hermiona wzięła kubek do ręki, skupiając się na wszystkim poza wonią eliksiru. I Malfoy’em.
- To się wydawało takie nierealne jeszcze miesiąc temu. – Harry zapomniał o swoich dolegliwościach, ściskając w dłoni ciepłą szklankę.
- Ale przyznajcie, że wiecie, które nazwisko wybierze Czara? – Ślizgon uśmiechnął się nieznacznie – Na jedyną godną tego personę wołacie „Malfoy”.
- Ja bym się za wiele nie spodziewała na twoim miejscu, jeszcze się rozczarujesz. – panna Granger nieopatrznie spojrzała prosto w stalowe tęczówki, które bynajmniej nie zamierzały przerywać tego rzadkiego kontaktu.
- Oj, zapewniam cię, Granger, ja się bardzo rzadko rozczarowuję. Czuję w trzewiach, że tym razem również się nie zawiodę. Na razie WIDZĘ same plusy.
    Hermiona spuściła wzrok, modląc się, żeby gorąco na twarzy nie oznaczało zarumienienia.
- Do dna, panowie. – podniosła kubek, kiwając im głową.
- Do dna.

****

  Szaleńcze krzyki.
  Śmiech.
  Pogarda.
  Wyższość.
  Ciało kuzyna znikające w ramionach śmierci.


    Z drgających ust wydostał się niechciany jęk. Wychudłe dłonie zakryły ciało wcześniej odrzuconą kołdrą. Sen. To był tylko sen.
    Ale lewa ręka nosiła na sobie niezmywalne znamię kiedyś popełnionych grzechów.






 Z powyższego specjalnie zadowolona nie jestem, wena ma kaca, a Moc poszła się paść. W każdym razie ostateczną ocenę pozostawiam tym, którzy tu wpadną. Jakiś znak na dowód Waszej obecności bynajmniej mi nie zaszkodzi, żeby nie było wątpliwości :D
  Udanej reszty tygodnia, ludziki, niezależnie od tego, w którym jesteście Domu

Vi

sobota, 25 marca 2017

5. "Ręko..."

 Z dedykacją dla Coffe Sugar. Twoje komentarze jako pierwsze rozjaśniły mroki tego bloga, a wirtualne kopniaki są nadal odczuwalne.

****

- No, jak tam ręko? A może jeszcze za wcześnie pytać?*

    Siedziała w drugiej ławce. Długie włosy łagodnymi falami opadały jej na plecy, kasztanowy wodospad loków. Co jakiś czas zakładała niesforne pasma za uszy i pochylała się bardziej nad książką. Pewnie marszczyła wtedy brwi, zastanawiając się nad jakąś niezrozumiałą kwestią. Szaty opinały szczupłą linię pleców, smukłe nogi odbywały powolną wędrówkę pod ławką, jakby chciały znaleźć najwygodniejszą z możliwych pozycji. Odwracała głowę, słysząc głupie żarty Weasley’a i uśmiechała się. Widział te jasne błyski w jej oczach, malinowe usta odsłaniały białe kształty zębów. Chciał, żeby kiedyś obdarzyła go takim uśmiechem. Żeby obdarzała go nim codziennie.
    Rozparł się na twardym krześle, właściwie prawie półleżał. Zanurzył dłonie w kieszeniach spodni, z nieodgadnionym wyrazem twarzy lustrując Her… Granger. Przyglądał się Granger. To chyba nic dziwnego w związku z tym, że znajdowali się teraz w jednej drużynie? Czara, Turniej, czysto profesjonalna relacja.
- Nie za wygodnie panu, panie Malfoy? – kpiący ton nauczyciela powinien zwrócić jego uwagę, ale nawet nie zarejestrował, że Snape się odezwał.
    Severus przyozdobił twarz tym charakterystycznym wyrazem, na widok którego każdy mimowolnie drżał. Nawet profesor McGonagall. Tyle że ona z marnym skutkiem powstrzymywała wtedy śmiech.
- Ma pan problemy słuchowe, panie Malfoy? – zagadnął uprzejmie – Z chęcią wezwę szanownego Filcha, żeby przeczyścił panu uszy jedną ze swoich szczotek.
    Łokieć Zabiniego niezbyt delikatnie powitał żebra Dracona.
- Powaliło cię? – Ślizgon syknął, zauważając wpatrzone w siebie oczy. Powoli przesunął wzrokiem po twarzy Mistrza Eliksirów i skrzywił się.
- A może się pan zamyślił? Oznaczałoby to, że cuda jednak się zdarzają. – Severus wykrzywił usta w kształt, który miał zapewne przypominać uśmiech – Brawa dla kolegi.
    Kilku Gryfonów z Ronem na czele zaczęło gwałtownie klaskać i wiwatować, za co zaraz odebrano im punkty. Nikt się tym jednak specjalnie nie przejął – w końcu opiekun Slytherinu jeżdżący po Malfoyu, niczym Schumacher po torze to zdecydowanie niecodzienny widok.
- Właśnie się zastanawiałem, panie profesorze, nad pozytywnym wpływem środków czyszczących, o potocznej nazwie „szampony”, na włosy. – Draco pokręcił głową ze zrezygnowaniem – Jednak nie mogę poprzeć moich wniosków na osobach grona pedagogicznego. A przecież, biorąc pod uwagę to – przeczesał palcami lśniące pasma na własnej głowie – chyba warto owych środków używać.
- Mam przez to rozumieć, że pan dopiero zaczął? Wyjaśniałoby to żelowatą konstrukcję pańskiej fryzury we wcześniejszych latach. - Snape oparł się o biurko za sobą, z zadowoleniem obserwując ucznia. Kiedyś byłby delikatniejszy, w innych okolicznościach. Teraz jednak takich okoliczności nie było – nie musiał chronić Dracona. Mógł mu, jak każdemu innemu, troszeńkę zajść za skórę. Mógł zachowywać się normalnie, nie uciekając przed wiecznym niebezpieczeństwem. Mógł żyć bez strachu, nie czując zimnego oddechu Czarnego Pana na karku. Wydawało mu się to wręcz bezcenne. Bezpieczeństwo. Piękne słowo, które piętnaście lat temu na stałe wróciło do użycia.
    Zawsze musiał wyciągać Malfoya z wszelkich rodzajów bagien, od tych ledwo błotnistych po głębokosadzawkowe. Współczuł mu wtedy. Los przygotował dla niego nad wyraz okrutną drogę - rodziny się nie wybiera, a Lucjusza do najlepszych rodziców zaliczyć nie można. Pamiętał swoje odwiedziny w Malfoy Manor. Pamiętał tłumione krzyki Dracona, gdy ojciec go „hartował”. Cruciatus było przygotowaniem – tak normalnym, jak uczenie syna pewnego utrzymania się na miotle. W Hogwarcie Severus uspokajał małego, przestraszonego chłopca, co noc zmagającego się z koszmarami. Podawał mu haftowaną chusteczkę od matki, żeby otarł łzy, których tak się wstydził.
Jednak dobrze się stało, prawda? Po zmianie przeszłości, po śmierci Voldemorta, w tym życiu, młody Malfoy nigdy nie płakał. A jego rodziciel grzecznie siedział w Azkabanie. Sam Merlin musiałby zejść na ziemię, gdyby kiedyś Lucjusza wypuścili.
    Mimo wszystko, miał po prostu dziwną satysfakcję, że może utrzeć młodemu nosa. To już nie był ten zalękniony chłopiec, skrywający pod maską arogancji dziecięce cierpienie. Był… szczęśliwszy?
    Spojrzał w dół, na bladą rękę, naznaczoną Mrocznym Znakiem. Na rękę, która miała zgładzić twórcę owego Znaku. Która, w ostatecznym rozrachunku, okazała się za słaba.
    Gardził tą ręką.
- Ja praktykuję sztuki higieniczne już od najmłodszych lat, profesorze. I nie zdarzyło mi się jeszcze pomylić szamponu z sadzą. – Draco znacząco spojrzał na ciemne włosy Mistrza Eliksirów.
- W takim razie, nie ma się pan czego obawiać w trakcie czyszczenia kominków w lochach, panie Malfoy. Może nawet profesor Sprout pożyczy panu czepek, jeśli pan ładnie poprosi. – Severus obszedł biurko i zajął swoje zwyczajowe miejsce przy krześle – O osiemnastej pod moim gabinetem. Odbierze pan wszelkie niezbędne „środki czyszczące”.
    Zabini czknął od długo powstrzymywanego śmiechu i  posłał przyjacielowi niezwykle pokrzepiające spojrzenie o treści „wujaszek Blaise weźmie sobie popcorn i powspiera Dracusia duchowo”. A ten miał temu podobną pomoc głęboko w… głębinie.
    Pomyśleć, że to wszystko przez cholerną Granger.

****

    Gęste opary unosiły się znad kociołka, aby zaraz nieprzerwaną falą zalać zastawiony fiolkami i ingrediencjami stół. Przyjemnie łaskotały dłonie, które mieszały mętny eliksir czy dosypywały do niego kolejne składniki. Zsuwały się z blatu, powoli opadając na podłogę i zakrywając obute w ciemne pantofle stopy. Praktykowały takie zachowania już od półtora tygodnia, cierpliwie ogarniając powierzchnię Pokoju Życzeń swoją mglistą egzystencją. Przy tym wcale nie wyglądały, jakby miały się kiedyś znudzić podobnymi zabiegami.
    Panna Granger powoli zamieszała zawartość kociołka w prawo, potem dwa szybkie obroty w lewo. Teraz kolejny dzień samego wrzenia, ostatni składnik i jeszcze kilka dni do przeczekania, aby dać eliksirowi czas na „dojrzenie”.
    Jej uwagę zwróciło nieciche kichnięcie – nieomylny znak, że szanowny Malfoy zaszczycił Przychodź –Wychodź swoją wybitną obecnością. Już od początku alergicznie reagował na szarawe opary z kociołka, kichał na potęgę i jeszcze bardziej kojarzył się Hermionie z kotem. Tak śmiesznie przekrzywiał głowę, marszcząc nos.
- Co ty tu robisz, Malfoy? Nie miałeś przypadkiem przyjść dopiero jutro? – Gryfonka odłożyła chochlę i wytarła ręce w kraciastą ściereczkę.
- Też cię miło widzieć, Granger. – Draco rzucił torbę pod ścianę, o którą zaraz się oparł – Musiałem się upewnić, że nie zaniedbujesz swoich obowiązków. I że wypełniasz je w odpowiednim stopniu dokładnie.
- A miałeś co do tego jakieś wątpliwości?
- Biorąc pod uwagę McLagena, który swoimi nieudolnymi zalotami mógł cię nieco rozproszyć, to tak. – przysunął sobie krzesło, które zaklepał już pierwszego dnia w Pokoju. Podpisał je nawet, żeby nikt nie miał wątpliwości co do właściciela. Mebel, bardziej przypominający przypadkowy zlepek desek niż cokolwiek innego, zdobił teraz wdzięczny napis „D.M.”. Harry, jak zobaczył go pierwszy raz, nie mógł zrozumieć, dlaczego Malfoy nazwał krzesło i to swoimi inicjałami. Od tego czasu, gdy dwójka Gryfonów mówiła o „Draconie” miała na myśli owo krzesło. A Malfoy to po prostu Malfoy.
   Hermiona zarumieniła się lekko.
- Jakimi zalotami? Co ty sobie znowu ubzdurałeś?
- Nie mówiąc już o tym… no, jak mu tam… Szymusie? Naprawdę, te sztuczki z zaklęciami były tak żałosne i do tego nieudane, że aż śmieszne. Formułka na mokrość? Wydawałoby się, że to dość wyraźna sugestia, bezpośredni gość, nie ma co.
- Seamusie…
- No przecież mówię. – Malfoy odchylił się do tyłu, przykładając ręce do głowy – I ten… no wiesz… Co za długo na budowie przebywał i mu cegły łeb zabarwiły…
- Ron?
- Właśnie! Jakbym też musiał tyle jeść, to bym się raczej nie chwalił. Nie mówiąc już o podrywie na łakomstwo. Jak to w ogóle brzmi?
- Malfoy? – Hermiona zakasłała cichutko – Zdajesz sobie sprawę, że oni tak robią codziennie? Niezależnie od tego, kto akurat siedzi przy stole?
  Ślizgon pokręcił głową z niedowierzaniem.
- Starają się zwrócić twoją uwagę, nawet gdy cię nie ma… To niedorzeczne.
- Oni nie starają się zwrócić żadnej uw…
- Ja już swoje wiem.
    Gryfonka westchnęła, a bezradność w tym geście wyczuł nawet Draco, bo zaprzestał swojego wywodu.
- A jeśli masz rację, to co? – założyła ręce na piersi – Nic ci do tego.
- Moim jedynym celem było uświadomienie cię. Masz wyjątkowo niebezpieczne życie z takimi typami w sąsiedztwie.
- O ile masz na myśli siebie, zgadzam się całkowicie. Wystarczy, że zobaczę ten nienaturalnie jasny blond, a grozi mi ślepota.
- Nienaturalnie jasny blond? – Ślizgon rzucił Hermionie oburzone spojrzenie, na co ta poważnie pokiwała głową – Z takim się urodziłem. To zasługa niebyle jakich genów, koleżanko, z żadną farbą nie osiągniesz podobnego efektu, nie wspominając już o identycznym.
- Tak mi się też wydawało. Jakiego zaklęcia używasz? Musi w sobie zawierać coś z Lumos, inaczej by tak nie raziło.
- Dobre sobie. – nikt nie prychał tak, jak Malfoy, nawet Malfoy wersja żeńska 2.0 – Mówię ci, geny, nic innego. No, może odrobina osobistej niezwykłości, ale nie lubię się nią chwalić.
- Zdążyłam zauważyć. W takim razie, żadna ilość wody nie poskromi tej platyny?
- Umyj mi włosy, stopniowo wybierając wodę z Pacyfiku, a jak na dnie zostanie sam piasek, będą tak samo jasne.
    Gryfonka powoli wyjęła swój magiczny atrybut z tylnej kieszeni szaty.
- Aquamenti! – z różdżki panny Granger wytrysnął pokaźny strumień wody, trafiając w przerażoną twarz Malfoya i jego idealnie rozwichrzone włosy. Hermiona uśmiechnęła się szeroko, widząc zmokniętego Dracona, który patrzył na nią z żądzą, powiedzmy, mordu w stalowych oczach.
- Tak się chcesz bawić? Proszę cię bardzo.
  Już po chwili wnętrze Pokoju Życzeń rozbłysło od rzucanych w nim zaklęć i uroków. Kilkucentymetrowa warstwa wody pokrywała kamienną podłogę, na ścianach wykwitła nadzwyczaj bujna roślinność, gdzie indziej wyrosło poroże. Buchały płomienie, powietrze przecinały czerwone błyskawice, mech urósł, formując się na wzór pokrzywionej sylwetki Filcha. Pomimo niemałych umiejętności obu walczących, żadne zaklęcie nie osiągnęło swego głównego celu – osoby przeciwnika.
    Najbardziej w całym starciu ucierpiał Harry, który wybrał sobie na tyle dobry moment na wejście do Pokoju, że oberwał Densaugeo i jego przednie zęby sięgały dalej niż broda. Hermiona, z której to różdżki wytrysnął nieszczęsny promień, próbowała cofnąć urok, jednak z marnym skutkiem.
- Harry, tak strasznie cię przepraszam… - szeptała, starając się zmniejszyć przyjacielowi uzębienie. Co jakiś czas rzucała gniewne spojrzenie Malfoyowi, który zaśmiewał się w kącie.
- Spokojnie, Hermiono, każdemu mogło się zdarzyć… - Wybraniec machnął ręką i próbował się uśmiechnąć, ale przeszkadzał mu w tym jeden, dość znaczny, szczegół.
- Będziemy musieli iść do skrzydła… Wytłumaczę wszystko pani Pomfrey, już dość namieszałam..
- Powiemy, że to był wypadek, co z resztą jest prawdą.
- Dodaj jeszcze, że niezrównoważona Gryfonka w morderczych zapędach nie była w stanie trafić w obiekt swoich westchnień, dlatego zmieniła tor zaklęcia, na którego drodze się pojawiłeś, Potter. – Dziedzic Slytherinu dorzucił swoje trzy grosze.
- A widzisz tu gdzieś McLagena albo Szymusa, Malfoy? – warknęła panna Granger. Niejaki Malfoy zdobył się tylko na otwarcie ust.
    Harry zmarszczył brwi z niezrozumieniem w zielonych oczach.
- Jakiego Szymusa?

****

    Blaise Zabini był człowiekiem słownym. Jak sam rozgłaszał, pięknym, jak często przypominał, wymuskanym, ale słownym. Dlatego, gdy raz coś powiedział, słowa dotrzymywał. Nieczęsto też rozwijał dane obietnice dla dodatkowego efektu i dowodu zaangażowania. Nie zamierzał zrezygnować z własnych zwyczajów w przypadku szlabanu Dracona. Chciał też dowieść, że naprawdę pragnie wspierać przyjaciela. A, co wiedzą wszyscy jak Blaise skromny i skryty, nic tak nie pomaga, jak dwójka pewnych słuszności własnych działań Ślizgonów.
    Zabini, wyposażony w popcorn i towarzysza w opanowanej osobie Teodora Notta, ruszył na podbój lochów. Szare, kamienne bloki ścienne z każdym krokiem stawały się ciemniejsze, mech porastał wszelkie zakrzywienia, wdzierał się w szczeliny. Wilgoć zdawała się być cięższa i bardziej wyczuwalna, Nott miał wrażenie, że dałoby się ją kroić nożem. Owymi spostrzeżeniami podzielił się z Blaisem, który nie omieszkał sprawdzić słuszności jego słów. O dziwno, nie odkroił nawet kawałka. Był tym faktem tak zawiedziony, że Teodor musiał przypomnieć mu o popcornie, który, co wiedzą wszyscy, nadzwyczaj szybko skleja złamane serca.
    Poza wilgocią, korytarze otulał coraz większy mrok. Między pochodniami, rozstawionymi w kilkumetrowych odstępach, tworzyły się głębokie cienie, nieprzeniknione i niepokojące, bardziej niż czarne oczy Snape’a. O ile lekki chłód nikomu nie dokuczał, wszechogarniające poczucie grozy wdzierało się nawet do najodważniejszych umysłów. Jakby w starych częściach lochów kryło się coś pradawnego, stworzonego za czasów, gdy czarnej i białej magii nie dzieliła żadna granica. Blaise odwracał się często, przysięgając na wszystko, co mu tylko do głowy wpadło, że coś się za nim skrada. Teodor puszczał takie uwagi mimo uszu i zbywał je prychnięciami, ale musiał przyznać, że działały na jego wyobraźnię. Raz nawet zauważył cień, przyćmiewający światło pochodni i zaraz wnikający w ścianę. A może tylko mu się wydawało.
    Dotarli na sam koniec mrocznego korytarza, do którego nigdy nie zapuścił się żaden Gryfon (nie licząc Pottera, ale ten był niezrównoważony) i z ulgą przekroczyli próg najgłębiej położonej hogwarckiej sali. Oślepiło ich nikłe światło, sączące się przez zakurzone okna przy suficie. Pomieszczenie nie zachwycało swoim rozmiarem, ale sprawiało o wiele przytulniejsze wrażenie niż korytarz. Nawet zakryte płachtami stoły, z kształtu przypominające zgarbionych dementorów, dodawały mu uroku. Tam, z zadowoleniem wymalowanym na pokrzywionej twarzy, czekał na nich towarzysz Malfoy.
    Kucał przed obsydianowymi płytami kominka, miarowo poruszając ręką w górę i w dół. Szczoteczka do zębów zostawiała za sobą spieniony ślad środka czyszczącego, w żaden inny sposób nie zmieniając konsystencji zaschniętej na kamieniach sadzy. Czarna szata była zakurzona i pokryta popiołem, wypolerowane wcześniej buty zmatowiały. Obrazu nędzy i rozpaczy dopełniał kwiecisty czepek, utrzymany we wszystkich możliwych odcieniach różu, który zakrywał platynowe dzieło na głowie Dracona.
- Ani słowa. – wściekły syk ledwo wydostał się spomiędzy ściśniętych warg Ślizgona.
- Kto by pomyślał, że cię tu spotkamy! – zawołał Diabeł, który, jak sam utrzymywał, miewał sporadyczne problemy ze słuchem i rozumieniem tekstu mówionego. Teodor przewrócił oczami.
- Daj spokój, Blaise, poza mną nikt tu nie wykazuje żadnych funkcji myślowych. – zauważył, rozsiadając się na jednej z ławek i wpychając w siebie pokaźną porcję popcornu. Czasem zastanawiał się, co go właściwie podkusiło, żeby zadawać się z tymi idiotami. Odpowiedź, o dziwo, przychodziła stosunkowo szybko – ciągnie swój do swego.
- Przynajmniej ty być się zlitował, Teo. – Malfoy jęknął, przyciskając mocniej szczoteczkę do czyszczonej powierzchni.
- Oj, Dracze, Dracze, daj chłopakowi trochę rozrywki. – westchnął Zabini, zanurzając rękę głęboko w pudełku z popcornem – Zazwyczaj siedzi biedny, zawalony książkami na stercie z zaległych wypracowań i się męczy.
    Teodor parsknął, nawet Malfoy uśmiechnął się lekko. Zaległe wypracowania to ostatnie, o co można by Notta posądzić. Odrabiał je bardzo skrupulatnie i na długo przed terminem, a jedynym męczącym w tym czynnikiem były zawodzenia Blaise’a, który za nic nie pojmował takiego podejścia do nauki. Uznał też, że musi równoważyć poziom obowiązkowości w ich dormitorium, dlatego prace oddawał tylko wtedy, gdy wściekły Snape latał za nim z siekierką.
- A tak swoją drogą, co cię tak rozproszyło na eliksirach? – kolejna porcja popcornu wylądowała w ustach Teodora.
    Draco spiął się lekko.
- Zapatrzyłem się po prostu.
- Zafascynowała cię szata nietoperza? Chyba ostatnio ją wyprał, bo te kilkuletnie plamy z kawy wreszcie zniknęły.
    Blaise szturchnął Notta i szepnął teatralnie.
- Zakochał się chłoptaś…
- Waż słowa, przyjacielu. Nikt nie zauważy plamy po twojej czarnej mordzie na tej sadzy. – Malfoy uśmiechnął się lekko, jakby właśnie wyraził uprzejmą uwagę odnośnie stanu angielskiej pogody.
- Nie wiedziałem, że Potter tak na ciebie działa… a podobno to taki przykładny uczeń.
- Jeżeli przykładnymi nazywasz tych, którzy złamali wszystkie zasady regulaminu, i te spisane, i te niespisane… i te do tej pory niewymyślone… – dodał Nott, odwracając puste pudełko do góry dnem, jakby liczył, że coś z niego jeszcze wypadnie.
- No właśnie! Dracze lubi niegrzecznych chłopców, co? – Zabini mrugnął porozumiewawczo – Muszę się trochę postarać, a może na mnie też zwrócisz uwagę. Niewiele mi brakuje.
    Przeciągłe westchnięcie poruszyło ciemne płachty na stołach, jakby wywołując w nich współczucie.
- Ile razy mam ci tłumaczyć, że nie jestem tobą zaineresowany, Diable? Nie kręci mnie czarne, a już czarne i debilne… Znajdź sobie jakiegoś Weasleya, może cię wreszcie przegoni w głupocie.
    Cisza, która nastała po tych słowach, wywołała lekkie uczucie niepokoju w sercach Notta i Malfoya. Wprawdzie, dopiero kiełkujące, ale zdolne do osiągnięcia monumentalnych rozmiarów.
- Diable, czy my o czymś nie wiemy? – zagadnął Teodor, przekrzywiając głowę w prawo.
- Ah, pieprzyć was! Pieprzyć was, Snape’a i tego cholernika Pottera! – Zabini zerwał się ze stołu i zaczął krążyć po sali – Pewnie się zastanawiacie, co? Co ja sobie wyobrażam w ogóle, Ślizgon z Gryfonką? Powiem wam. Jeszcze mi się uda, a wy będziecie zdychać w kawalerskiej samotności. Nie rozumiecie, to jasne. Ale nie wszystko musi być proste. A ja… cóż, nie chcę się żenić, nie chcę mieć dzieci, ale chcę… z resztą, nieważne. Nie rozumiecie.
    Ale Draco rozumiał.

****

  Czarnomagiczne zaklęcia, rzucane w szale wściekłości.
  Ofiary. Niewinne ofiary.
  Krew. Krew na własnych rękach.
  Żniwo.
  Żniwo śmierci.
  I śmiech. Zmrażający zmysły śmiech.

    Ciężki oddech wydobył się z piersi. Drgająca ręka zakryła oczy. Sen. To był tylko sen. Ale dłonie pokryte potem wydawały się być umazane w niewinnej krwi.





Dzisiaj jeden z ostatnich rozdziałów, wprowadzających wszelkie potrzebne początkowe wątki. Może nawet ostatni? Spodziewajcie się niespodziewanego.

"Moc jest we mnie, a ja jestem silna Mocą"

Vi


*fragment z książki "Stary człowiek i morze", szczerze polecam