środa, 20 września 2017

Miniaturka I

Witam wszystkich wciąż wiernych!
Przybywam do Was po długiej przerwie, ale z notką nie tak długą i nie rozdziałową. Przedstawiam pierwszą część pierwszej miniaturki w moim wykonaniu, trzeba ją więc czytać z pewną rezerwą zapasowych punktów karnych. W najbliższym czasie powinna się pojawić kontynuacja, obiecuję też, że do rozdziału nam bliżej niż dalej, ostatnio jednak bardzo ciężko mi się zebrać, a wstrętne choróbsko nie pomaga. Mam nadzieję, że przyjmiecie poniższe przynajmniej z nutką zadowolenia.

Niech Moc będzie z Wami i ze mną. Chociaż teraz bardziej przydałaby się Wena...
Vi


&&&

Kolekcjoner
cz, I


— Co pan, sądzi, doktorze? Jak się panu podoba moja kolekcja?
                — O co tak naprawdę chce mnie pan spytać, sir?
                — Mam już wszystkie, doktorze?
                — Ma pan wiele, sir. Gromadzi je pan latami, ale mógłby pan prowadzić swoją kolekcję przez całą wieczność, a i tak znalazłby się okaz, którego pan nie jeszcze nie zdobył. Nigdy nie zbierze pan wszystkich, sir. Zawsze będzie następny, którego pan jeszcze nie ma.


****

                Praca w Ministerstwie Magii łączyła się z wieloma nieprzyjemnościami. Krzesła albo bardziej przypominały wyjątkowo toporną skałę, albo zdawały się ewoluować ku przyjęciu struktury bliższej wypełnionego grochem workowi i w żadnym z obu przypadków nie sposób było na nich usiąść, jakkolwiek by się człowiek nie nagimnastykował. Stoły zdawały się szydzić ze zwierząt czworonożnych, uparcie i z nadzwyczajną skutecznością pozbywając się zbędnych, jak zapewne uznawały, nóg, w swoich preferencjach skłaniając się raczej ku trzem, a najlepiej dwóm kończynom. W najbardziej ekstremistycznych przypadkach pozostawiały sobie zaledwie jedną, wtedy jednak nawet przez swoich współbraci zostawały określane jako jednostki o poglądach skrajnie radykalnych i absolutnie nieakceptowalnych przez społeczeństwo, znajdowało się więc niewiele takich, które rzeczywiście były gotowe wybić się z obowiązujących norm i odstawać od ogółu. Doniczki, porozstawiane na każdej możliwej przyokiennej przestrzeni, okazały się niewiele lepsze — nie dość, że wyrobiły sobie nawyk zsuwania się w najmniej odpowiednich momentach, gdy człowiek, dla przykładu, opuszczał spokojne zacisze siedmioosobowego gabinetu, aby oddać się czynności jakże trywialnej i zdecydowanie potępianej przez szefostwo, jaką mniej obeznani ważyli się nazywać jedzeniem, i krył się w korytarzowych kątach, zapychając usta dwoma kanapkami, jedną w roli śniadania, drugą obiadu, to jeszcze pochłaniały całą wodę, mającą z założeniu służyć kwiatkom, tak że żadne okazy zielone nie występowały na ministerialnych korytarzach, jedynie ziemia w zachłannych pojemnikach zdawała się nieśmiało przypominać, co właściwie powinno w niej rosnąć. Lampy, zasilanie przecież magiczną odmianą mugolskiego prądu, za nic miały potrzeby korzystających z nich czarodziejów, świecąc najjaśniej w godzinach południowych, a oddając się zasłużonemu odpoczynkowi dokładnie od osiemnastej do piątej nad ranem. Wysłużone panele podłogowe skrzypiały zarówno tam, gdzie człowiek nie stawiał stopy, jak i tam, gdzie zdecydował się ją postawić, więc w okresie tygodniowym przeciętny pracownik Ministerstwa tracił trzy godziny na zdecydowanie, w którym miejscu stąpnąć, a, co ważniejsze, w którym nie. W ogólnym podsumowaniu i zestawieniu ministerialnych standardów, każdorazowa wizyta w pracy przypominała raczej wyjątkowo nużący pokaz cyrkowy, w którym nieszczęsny widz musi uczestniczyć, wyciągnięty przez czerwononosego klauna na środek areny, siłą oderwany od ukochanego popcornu i również siłą zmuszony do odegrania swojej roli — a, ktokolwiek i gdziekolwiek by został wyciągnięty, w każdym jednym przypadku grał ofiarę. I każdego jednego dnia załamywał ręce, zastanawiając się, czy jego moralna granica została już przekroczona tylko o krok czy raczej dwa i czy ktokolwiek będzie miał mu za złe wystąpienie do Departamentu Prawa z pozwem o molestowanie. Ale czy można wytoczyć sprawę podłodze?
                Życie w Ministerstwie było więc życiem pełnym niebezpieczeństw, ale Hermiona Granger do standardowej listy zażaleń mogła dopisać coś jeszcze, a gnębiło to tylko ją, ją na wyłączność — gazety. Ginny, zajmująca ciasną biurową klitkę tuż obok jej klitki, upodobała sobie gwałtowne skoki adrenaliny, które najwyraźniej stosowała zamiennie z kawą, gdy panna Granger decydowała się ciskać w nią przekleństwami, klątwami i nogami od stołu. Młoda Weasley, dorabiając sobie w Ministerstwie jako sekretarka podczas swojej nieodpłatnej praktyki w jednej z drugoligowych drużyn Quidditcha, w praktyce zajmowała stanowisko „tej od kawy” i codziennie odwiedzała stacjonującą tuż obok Hermionę, racząc ją zarówno wspomnianą kawą, jak i nowinkami ze świata zewnętrznego. A tak się dziwnie złożyło, że za świat zewnętrzny uznawała ekosystem tzw. mag-fashion, będący odpowiednikiem mugolskiego high-fashion, i, co jeszcze dziwniejsze i zarówno jeszcze bardziej kluczowe, na okładkach najbardziej rozpoznawalnych, czyt. wpływowych, modowych magazynów gościła twarz przez Hermionę szczerze uwielbiana, co więcej, od lat adorowana. Jej skrywana miłość.
                Draco Malfoy.
                Niezależnie od tego, czy trafiłaby na Mague, M Magazine czy Magity Fair, on był wszędzie. Okładka za okładką, wywiad za wywiadem, a Ginny najwyraźniej zdecydowała udowadniać jej każdego dnia, że osoba Malfoya nie może się znudzić publice, wciąż afiszując swoją ślizgońską mordę zarówno wszędzie, gdzie sobie tylko umyśli, jak i w miejscach, o których nawet w życiu nie słyszał. A nie słyszał zapewne o niewielkim pomieszczeniu kuchennym, z rozmiaru bardziej przypominającym szafę, które znajdowało się na „zapleczu” gabinetu panny Granger i w którym Ginny nie tylko pracowała, cierpliwie parząc kawę za kawą, ale które zdążyła poobwieszać podobiznami Malfoya wszędzie, gdzie tylko zdołała je przylepić. I doczepiała kolejne, po uprzednim okazaniu ich Hermionie. Po jakimś czasie nauczyła się też, że w tej akurat pracy szeroko zaopatrzona apteczka może okazać się bardziej przydatna od różdżki. Właściwie, przekonywała się o tym codziennie, mniej więcej w godzinach porannych.
                — Miona! — Nie, nie proszę, nie dzisiaj, nie dzisiaj… – Miona, otwórz te drzwi!
                — Nie mogę, Gin, jestem zajęta. — Panna Granger w silnym postanowieniu nie podnosiła głowy znad leżącego na biurku raportu, jednocześnie podtrzymując lewy bok tegoż biurka, w przeciwnym razie bliżej by mu było do podłogi niż jej nosa.
                — Miona! Masz gościa! — Gwałtowne, lekko zalatujące desperacją pukanie wstrząsnęło futryną drzwi, powodując spodziewane opady pyłu ściennego na już zasypaną podłogę.
                — Nikt nie był umówiony. — Jednym okiem zerknęła na prawo, do otwartego kajetu, upewniając się co do słuszności własnego stwierdzenia. Nie mogła się rozpraszać przy tym raporcie, miał w końcu zadecydować o jej dalszej karierze w Biurze Aurorów, a właściwie kierunku tejże kariery.
                — On nie musi być umówiony! — Rozpaczliwe westchnienie przełamało coś w Hermionie, która po chwili niechętnie machnęła ręką, wywołując skrzypienie otwieranych drzwi.
                – Szybko i na temat, Gin. Mam dużo roboty. — Pochyliła się jeszcze niżej nad teczką, analizując cyfra po cyfrze zapisaną liczbę.
                — Przyszedł tu… — Ginny zatrzymała się tuż przed biurkiem, chroniącym pannę Granger przed bezpośrednią napaścią niby mur. — … i pewnie słyszał tę idiotyczną rozmowę. Już po niego idę, nie wiem dokładnie, w jakiej sprawie tu jest. Nie zamykaj drzwi.
                Zdołała się wycofać do połowy gabinetu, co, biorąc pod uwagę jego rozmiary, właściwie nie wymagało od niej ruchu, gdy zatrzymał ją pewny swego głos Hermiony, wciąż niewzruszenie skupionej na poprawianym raporcie.
                — Nikt nie był umówiony — stwierdziła, z przyczyn oczywistych uznając dyskusję za skończoną. Miała nieprzyjemne przeczcie, że wie, kim był niespodziewany wizytator i, o ile nie myliła się co do jego tożsamości, wolałaby teraz gościć u siebie trolla górskiego z małżonką. Zniosłaby nawet małe trolliki.
                — Mówię ci przecież, że on nie musi być umówiony. Człowiek specjalnych względów, tak go nazwijmy. — Doczekując się w odpowiedzi tylko uniesionej brwi, Ginny postanowiła wyjawić tajemnicę. — Ucieszysz się, to…
                — Stop. — Hermiona zaszurała krzesłem o podłogę, dokładając do widniejącego już kompletu rys dwie kolejne, i oparła się na biurku przed sobą, co okazało się bardziej lekkomyślne, niż mogłoby się wydawać. Blat wytrzymał tylko kilka sekund, zatrząsł się w ostatnim przejawie uciekającego życia i wyzionął ducha, pozostawiając swoje trzy dotychczasowe nogi bez woli do utrzymania się w pionie. Opadł bezwładnie na zakurzone deski podłogi, a panna Granger razem z nim, witając się z zaschniętymi plamami po kawie tak blisko, jak nigdy dotąd. Przesądziło to jednak o łagodności słów, które zdecydowała się wypowiedzieć, a oniemiałej Ginny nawet nie przyszło na myśl, żeby jej przerwać.
                — Jeżeli on rzeczywiście tu przyszedł, co wydawałoby się wysoko wątpliwe, ale przy kim innym byś się tak ekscytowała…  — Zdołała już doprowadzić się do względnego porządku, a przynajmniej do pozycji stojącej, wyraźnie rozemocjonowana i raczej mało zadowolona z domniemanej osoby gościa. — Jeżeli on rzeczywiście tu przyszedł, chociaż nie mam pojęcia, jaki diabeł go tu przygnał, przekaż mu proszę, że zajmuję się czymś zgoła ważniejszym niż jego mały, upierdliwy, arystokratyczny tyłek i nie mam zamiaru wysłuchiwać peanów na cześć jego nieistniejącego narządu mózgowego, ani tym bardziej się do nich dołączać. — Nerwowo otrzepywała wymiętą spódnicę, jednocześnie ciągnąc poły garsonki w dół. — Możesz też zaprowadzić Pana-Większy-Śrót-Niż-Fiut do sanktuarium na zapleczu, gdzie na każdej przestrzeni materialnej poobwieszałaś podobizny jego świńskiej mordy, razem sobie pokontemplujecie. Z chęcią pograłabym tam w Darta, celując przede wszystkim w zęby, tyle że brak mi czasu, bo, w przeciwieństwie do niektórych, zajmuję się czymś zgoła bardziej produktywnym niż wgapianie się w obiektyw magparatu. Swoją drogą, zastanawiam się, czy te jego zęby na żywo też są tak wypolerowane, że można się w nich przeglądać… A jeśli chodzi o wątpliwy wyższy cel jego wizyty, przestałam się użerać z jego godnymi pożałowania pomysłami już lata temu i nie mam zamiaru do te…
                — Nie wiedziałam, że tak dawno spisała mnie pani na straty, panno Granger. — Artelius Bauch, szef Biura Aurorów w Departamencie Przestrzegania Prawa, zerknął na kieszonkowy zegarek, który zaraz ponownie schował w połaciach płaszcza. Stał w otwartych drzwiach gabinetu panny Granger, uśmiechając się krzywo, ale w jego oczach błyszczały iskierki zawodu. — Ma pani dokładnie dwie godziny, ani minuty dłużej, aby opuścić tą tak znienawidzoną przez panią posadę, żegnając się z uwłaczającą karierą aurora, co zapewne uczyni pani z niemałą satysfakcją. — Uśmiechnął się szerzej, co przypominało bardziej powiększenie wcześniej przywdzianego grymasu, i wyszedł, zaraz jednak ruda głowa pojawiła się z powrotem w otworze drzwiowym. — Radziłbym zamykać drzwi, jeżeli niekoniecznie chce się pani dzielić z całym Ministerstwem tematami pani rozmów. Ah, zaraz, teraz już nie musi się pani tym przejmować. Do zobaczenia, panno Wealsey.
                Zniknął, zamykając za sobą nieszczęsne drzwi, za którymi pozostawił jedynie ciszę i szeroko rozwarte usta panny Granger. Odebrała Ginny możliwość oglądania swojego otworu gębowego dopiero, gdy ta popukała ją w podbródek, wciąż nie wydusiła z siebie jednak ani słowa, wpatrując się na przemian w prawie skończony raport i zamknięte drzwi.
                — To się właśnie nie stało — powiedziała, co nieco uspokoiło pannę Weasley, udowadniając, że Hermiona jeszcze kontaktuje ze światem zewnętrznym. Panna Granger za to nie była pewna, czy nie lepiej byłoby na jakiś czas zaprzestać kontaktowania. — Nie stało się.
                Ginny, nie bardzo wiedząc, jakiej reakcji oczekiwała od niej przyjaciółka, poklepała ją tylko po ramieniu, pospiesznie próbując znaleźć właściwie słowa. Ale cóż takiego mogła powiedzieć? Że panna Granger przez kilka nieostrożnych słów zaprzepaściła wszystkie możliwe szanse na zajęcie ciepłej jeszcze posady po Edmundzie Wrightcie, który cztery dni temu przeszedł na emeryturę?
                — Miona?
                — Co ja sobie takiego myślałam, tak? — Panna Granger opadła na rozchybotane krzesło, oparła łokcie na kolanach i zwiesiła głowę, którą zaraz zamknęła w ciasnym uścisku splecionych dłoni. — O Malfoyu myślałam, Ginny. Myślałam… Nie, byłam przekonana, że jakimś nieuzasadnionym zrządzeniem losu postanowił zawitać w Biurze Aurorów i to na poziomie dla rekrutów. Błyskotliwy wniosek, nieprawdaż? Jak najbardziej prawdopodobny. Nawet mi do głowy nie przyszło, że Bauch…
                — Nie powinnaś teraz za nim biec i spróbować się tłumaczyć? — Ginny westchnęła, odgarnęła włosy z ramion, zrzucając je na plecy, gdzie ulokowały się rozwichrzoną, rudą falą i przykucnęła przy krześle panny Granger, którego siedzenie zdążyło odsunąć się nieco od blatu biurka, zatrzymując się zaledwie trzydzieści centymetrów nad poziomem podłogi. — Przecież to tylko nieporozumienie.
                Hermiona na chwilę wyściubiła nos spomiędzy palców, otworzyła zaczerwienione oczy i spojrzała na pannę Weasley z takim niedowierzaniem, jakby ta właśnie spytała, czy to Dumbledore był swego czasu dyrektorem Hogwartu.
                — Tak? Pobiegnę za nim i co mu powiem? — wychrypiała, nie czując jednak ani napływających strumieni łez, ani ściskającego uczucia w gardle. Jedynie szok i czysta rozpacz. Czy tak powinien czuć się człowiek, który w kilka minut zaprzepaścił pracę całych dwudziestu dwóch lat życia? Rozdeptał, zapluł i spalił w gwałtownym wybuchu ognia, a prochy połknął i strawił? Nie była pewna, czy można to nazwać czuciem. — Panie Bauch, panie Bauch, pan mnie źle zrozumiał… Mi o Malfoya chodziło, panie Bauch. Bo ja tak codziennie stoję i go wyklinam, wie pan, urazy młodości. Zajmuje mi to czas mniej więcej od siódmej do dziewiątej, dlatego nic dziwnego, że odwiedzając mnie po ósmej natknął się pan na bluzgi z mojej strony. Ach, mówi pan, że przecież też jest arystokratą? Zapewniam jednak, że do pana tyłka nic nie mam. Pański tyłek jest całkiem w porządku.
                Ginny w geście bezradności rozłożyła ręce, co najwyraźniej nieco otrząsnęło Hermionę, która, już mniej zszokowana, wybuchła duszącym, spazmatycznym płaczem, między falami zawodzenia i łez ledwie zdążając przeprowadzić wymianę gazową. Ręce drżały, nieprzerwanie przyciśnięte do twarzy, zdawały się wręcz dążyć do przebicia warstwy skórnej, ściśnięcia całej czaszki w niewielką, kulistą bryłę, która z racji swoich rozmiarów nie byłaby w stanie pomieścić takiego ogromu rozpaczy, jaki teraz produkowała. Łez nie sposób nazwać łzami — organizm pozbywał się wody strumieniami, zalewającymi zarówno policzki, jak i szyję panny Granger, spływającymi po rozdygotanych dłoniach, kapiącymi na zakurzoną i lepką od zaschniętej kawy podłogę. Wcześniej ułożone włosy teraz podskakiwały, raz w górę, raz w dół, niepewne, czy powinny raczej stanąć dęba, czy smętnie oklapnąć i przyjąć na siebie nieprzerwany atak wody z solą. Obrazu nędzy i rozpaczy dopełniło krzesło, opadając już definitywnie na bliską mu posadzkę, co spowodowało nie tylko podniesienie się chmary kurzu z kompozytowych paneli, ale też odpadnięcie kolejnej części tynku, którego ostatnimi czasy więcej znajdowało się wszędzie indziej, tylko nie na ścianach.
                Dlaczego wykazała się taką głupotą, najprawdopodobniej postępującą wraz z płynącymi słowami wcześniej wygłoszonej tyrady? Dlaczego w ogóle mogła myśleć, że nagle dureń Malfoy zawita do jej progów, aby uraczyć ją następną obelgą, ewentualnie jeszcze jedną dawką pogardy do kolekcji? To był Malfoy — idealny, wstrętnie nadziany arystokrata, w którego krainie mlekiem i miodem płynącej nie znalazłbyś miejsca na szlam w jakichkolwiek zestawieniach czy odmianach. To był Malfoy — Malfoy nie musiał starać się całe życie o możliwość zdobycia wymarzonego stanowiska. Malfoy urodził się Malfoyem. To zdawało się zapewniać mu wszystko, czego tylko mógłby zapragnąć, wszystko i jeszcze trochę więcej. Czuła niepowstrzymaną ochotę obrzucenie winą Ginny — w końcu to ona przyzwyczaiła pannę Granger do wizerunku arystokraty w takim stopniu, że gdyby ta znalazła go pewnego ranka pod własnym biurkiem, niezbyt by się zdziwiła, może nawet podsumowałaby całe zdarzenie krótkim „Spodziewałam się tego” i kontynuowałaby wypełnianie raportów. Malfoy mógłby jej wtedy buty lizać, a przyjęłaby oglądane zjawisko niby codzienną kawę, ni to szczególnie smaczną, ni wyszukaną, zwyczajnie codzienną. Sam fakt jednak ubzdurania sobie, bo Ginny nawet słowem o Malfoyu nie wspomniała, że ten miałby jednak pojawić się w jej własnej, osobistej poczekalni musiała uznać za winę znowu tylko i wyłącznie swoją. Podjęte działania i wnioski łączyły się w jeden wspólny schemat, w którym to ona zdobyła każdą jedną aktualnie posiadaną rzecz i również ona pozbawiła się najważniejszej i najbardziej upragnionej z nich. Bo co może być ważniejszego od stałej i wysokiej posady aurora? Odpowiedź za każdym razem ponownego zadawania tego jedynego pytania okazywała się niezmienna — nic. Ani jedna wartość duchowa czy materialna. Nic.
                Absolutnie nic.
                Pozostała więc tylko dotkliwa pustka i jeszcze dotkliwiej puste pudełko, które będzie musiała zaraz napełnić i wynieść, wraz ze swoją godnością, szansą i marzeniami.
                Wynieść i pogrzebać.

****

                Wystarczyły zaledwie trzy słowa, żeby wytrącić Draco z równowagi.
                — Potrzebujemy nowej twarzy.
                Pracował w branży wystarczająco długo, żeby wiedzieć, co oznaczały podobne słowa — znudziłeś się nam, kochaneczku, ale to nic osobistego. Sęk w tym, że Draco miał doświadczenie. Ta branża była osobista. A jak wkręcić się w świat osobistości?
                Wszystko sprowadzało się do twarzy. Musiałeś mieć twarz i to nie byle jaką — mogła się nawet pod pewnymi względami wydawać brzydka, ważna jednak była jej inność. Inne twarze, nieszablonowe, kontrowersyjne twarze wybijały się szybko, ale jeszcze szybciej opadały na dno, zapomniane, wzgardzone, stłamszone. Wyrzucane niby buty, które kupujesz tylko dlatego, że pasują ci w danym sezonie, a wraz z mijającym czasem mija też zachwyt nad nimi. To, co kiedyś wydawało się piękne i niemożliwe do zignorowanie, staje się najgorszym paskudztwem, niemożliwym do zaakceptowania. Tak kończyły inne twarze, spadające gwiazdy — swoim upadkiem przyciągały największą uwagę, odstając od stałych punktów na niebie, jednak ta inność i chwilowe uwielbienie kosztowały je utratę miejsca na niebiańskim firmamencie. Miejsca w domu.
                Były też przeciętne twarze, nijakie, niewyróżniające się, ani specjalnie ładne, ani przesadnie brzydkie. Utrzymywały się długo, bo musiały utrzymywać się zawsze — istniały od zawsze, zaakceptowane, ale nie obdarzane szczególnym zachwytem. Oczywiście te twarze miały też ciało, najbardziej pożądany obiekt branży, nie musiały się więc zbytnio przejmować. Były chciane, czego mogły pragnąć więcej?
                Ah, i na koniec najlepsze — piękne twarze. Oblicza o idealnych liniach, zdawałoby się, wyrzeźbione nie tylko dłutem, ale i ręką samego Fidiasza z białego czy też różanego marmuru. Idealne, poczynając od gładko zarysowanego czoła, przechodząc przez ostre linie kości policzkowych, kończąc na szczupłej, długiej krzywiźnie podbródka. Twarze o dużych, mocnych oczach, błękitnych barwą południowego nieba albo leśnych, sosnowych, skrywających barwę najwyższych z koron drzew. Były też szare, chmurne, umaszczone burzliwością nieboskłonu i złotawe, nakrapiane miodem, wyszywane słońcem. Twarze o pełnych, wyraźnie zaznaczonych ustach, kuszących koralem i różą, odsłaniających w uśmiechu śnieżną biel zębów. Nieskazitelne, perfekcyjne, boskie. Twarze wieczne.
                Taka twarz gwarantowała nieśmiertelność.
                Często miał problem ze sklasyfikowaniem własnej twarzy, wahając się między opcją pierwszą a ostatnią i nie mógł dojść do żadnych produktywnych wniosków. Z natury był krytyczny, szczególnie pod względem samego siebie, chociaż niewielu przyznałoby, że wierzy w tego typu wyznanie. Draco Malfoy niepewny osobistej wspaniałości? Świat się kończy. Czy w takim razie upadek świata trwał już z przerwami dwadzieścia jeden lat?
                Draco miał nadzieję zostać nieśmiertelnym — pragnął tego całą skrytością duszy i tym pragnieniom poświęcał myśli, kiedy tylko znalazł na nie czas. Jego nazwisko, czy też raczej, jego twarz powinna zostać tą goszczącą w umysłach czarodziejskich niby niezmienny wyznacznik — legenda. Ikona. O tak, ikoniczność była jego dążeniem, bo oznaczała najwyższy szczebel branży, na jaki mógłby się wspiąć. I teraz jedna nowa twarz miała zniszczyć pracę dwudziestu jeden lat?
                Z racji swojego pochodzenia (czyt. nazwiska Malfoy) pojawiał się na okładkach od najmłodszych lat, jednak nie w roli modela, ale syna jednego z najbardziej wpływowych arystokratów ówczesnego świata. Uczony właściwie od pierwszych minut życia, że zawsze musi wyglądać nienagannie, zachowywać się bez zarzutu i ogólnie przynosić dumę i chlubę domowi Malfoyów. Jako trzylatek zagościł na okładce Magity Fair i Miga w roli najmłodszego posiadacza Nimbusa 1700, w podobny sposób udokumentowano jego jedenaste urodziny, zapowiadające zbliżające się przyjęcie do Hogwartu, które bezdyskusyjnie uznawano za spodziewane przydzielenie do Slytherinu. Nie sposób sobie wyobrazić presji, jaką czuł, zajmując miejsce na stołku tuż przy nogach profesor McGonagall — pierwsze dwa tysiące egzemplarzy Magity dumnie leżały w czeluściach hurtowni, zawierając z góry przyjętą informację o ślizgońskiej przyszłości Malfoya juniora. Dzięki niech będą Merlinowi, że Czara Przydziału nie postanowiła się wtedy złośliwie wygłupić, przydzielając go, chociażby, do Gryffindoru. Tutaj niektórzy by zauważyli, że Gryfon powinien przecież odznaczać się choć namiastką honoru. Może i mieliby rację.
                Draco miał marzenie i chociaż pamiętał pragnienie przeróżnych innych wartości materialnych czy też niematerialnych, ta jedna zachcianka przeważała wszystkie, wyśniona. Draco Malfoy chciał zostać modelem. Tak, można już przestać się śmiać. Poczynając od tego, że to przecież zupełnie idiotyczne, kończąc natomiast na jego nazwisku — Malfoy? To nie powinien pożądać ciepłego fotela Ministra Magii? Otóż nie. Doskonale zdawał sobie sprawę, że zdradzając swoje plany w wieku szkolnym zostałby nie tylko wyśmiany, ale też napiętnowany, z góry skazany na przydomek durnia, którego główną i jedyną cechą charakteru jest samouwielbienie. Z tym że tu nie chodziło o jakiekolwiek przekonanie o własnej boskości, którego mu akurat brakowało, bo nie urzekło go ani własne ciało, ani widziane codziennie w lustrze oblicze, które swoją drogą uznawał za niewystarczająco ładne, nie wspominając już o jakimkolwiek pięknie. To okrutne pragnienie mógł zrozumieć jedynie ten, kto zobaczył kiedyś rozgrywkę Quidditcha w ramce absolutnej niesamowitości — zakochał się w ruchach ścigającego, a widząc go strzelającego piątą z rzędu bramkę, sam zechciał zostać kimś takim. Draco, dźwigając na karku zaledwie czternaście lat, został kurtuazyjnie zaproszony na jeden z tygodni mag-fashion, obchodzonym w przepełnionym nieśmiertelnością Paryżu — jego pierwsze wrażenia wyglądały następująco: nad widownią przygasły światła, nie tylko pogrążając zebranych w ciemności, ale również zamykając im usta; był jedynie wybieg, jasny, wyróżniony, aż Draco usłyszał kroki — najpierw ciche, przytłumione, jednak zbliżające się — wyczuwał wszędzie wokół oczekiwanie, napięcie, wręcz obsesyjne zniecierpliwienie, gdy wreszcie zobaczył. Zdawałoby się, najpierw szły nogi, ciągnące się wyżej niż do nieba, a mimo że same zasługiwały na uwielbienie, niosły jeszcze większe wspaniałości (określenia „większe” bynajmniej nie można przypisywać do rozmiaru, broń Merlinie). Szata, niesymetryczna, tu ciągnąca się przy nodze, tu kończąca w połowie uda, oplatająca szczupłe ciało zachłannymi splotami, można by pomyśleć, wyjętymi z kufra samego Merlina. I chociaż tylko tej szacie można by poświęcić całą resztę uwagi, nie mając sobie tego za złe, Draco podniósł oczy jeszcze wyżej, a tam czekała na niego twarz. Wąska, ostra, dzika, dumna — słowem, piękna. Nie uśmiechała się, ale Malfoy wiedział, że w uśmiech przybrana jest tuż po skórą. Tak wyróżniona, oceniana, nie tylko przyjęta, ale podziwiana — wtedy, pierwszy raz w życiu, zapragnął tak mocno znaleźć się na miejscu kogoś innego. Dostać, można by pomyśleć, w prezencie, nietłumiony zachwyt, bez udowadniania każdemu z osobna i wszystkim wokół, że jest owego zachwytu wart. Szedłby po jedynej oświetlonej ścieżce, jakby słońce zdecydowało się świecić tylko dla niego, wybierając go jako jedynego wartego widzenia. I mimo że teraz widział od środka, może już mniej kolorowo, całą branżę fashion, ta sama magia, którą został oczarowany podczas swojego pokazu w roli widza, pozostała, wzbierała i zalewała go coraz to nową falą za każdym razem, gdy miał wstąpić na świetlistą ścieżkę. Ktoś teraz prychnąłby i spytał — no i coś pan tym sposobem osiągnął? Toć pan jest wieszak.
                Pokazuję i objaśniam —  osiągnął marzenie.
                Bał się, przeraźliwie się bał, że nie dostanie choćby szansy, bo najpierw musiał dostać wzrost — w wieku tych czternastu, piętnastu lat mierzył zaledwie metr siedemdziesiąt, co okazało się o wiele za mało. Potrzebował jeszcze co najmniej dziesięciu centymetrów, nie pogardziłby też piętnastoma. Bał się, bo widział wszystkich wokół, nagle zbliżonych wysokością do niego, chociaż wcześniej to on górował nad nimi wzrostem — szedł korytarzem i porównywał się do wszystkich wokół i każdego z osobna, z każdym dniem coraz bardziej przerażony. Błagał o te dziesięć centymetrów, bo to była jego droga do szczęścia. Wstąpił na nią w wieku siedemnastu lat, dwudziestego dziewiątego września, podczas rutynowych badań przeprowadzanych przez panią Pomfrey. Słysząc jej mrukliwe „metr osiemdziesiąt”, gdy odciągnęła od jego głowy samozwijający się metr, popłakał się z radości, zaraz ściskając nieświadomą własnych zasług pielęgniarkę. Dwudziestego dziewiątego września tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego siódmego roku dostał swoją wymarzoną szansę — wiedział, że może, tylko może, się udać. Nie pracował jednak przez ostatnie dwa lata na jak najbliżej zbliżone do ideału ciało, żeby teraz, zyskując wzrost, odpuścić.
                Nie odpuszczał przez cztery lata od pamiętnej wizyty w Skrzydle Szpitalnym, podbijając okładka za okładką najbardziej wpływowe z magazynów modowych, dopisując do swojego konta pokazów po kilkadziesiąt zaliczonych z każdym tygodniem mody. Jak natomiast reagował na wybryki syna stary Lucjusz? Cóż, nie miał zbyt wiele do gadania zza krat Azkabanu, a Draco skutecznie wyganiał wspomnienia o mało chlubnej karierze śmierciożercy spośród pamiętliwych początków swojej kariery w modelingu. Wciąż nękały go koszmary, udowadniając, że niektóre czyny bardzo trudno uznać za wybaczone, budził się w środku nocy zlany potem i, mógłby przysiąc, lepką krwią. Nowa twarz miała oznaczać, że znowu zwątpi, że koszmary pojawią się też na jawie, a jego oblicze nie będzie jedynym na okładkowych stronach Mague, którego to redaktor naczelny oznajmił Malfoyowi wspaniałą nowinę. Dlatego na stwierdzenie „Potrzebujemy nowej twarzy” zareagował tylko niezwykle elokwentnym:
                — Co?
                — Najlepiej kobiecej twarzy, tak sądzę. — Remilius Archton nachylił się nad siedzącym Malfoyem, jego łysina błysnęła we wpadającym przez okno słonecznym świetle, pokaźny tułów zgiął się w szytej na miarę marynarce. — Nie znalazłem jednak jeszcze żadnej kobiety, która by pasowała do oblicza anioła…
                Ostatnie stwierdzenie wstrząsnęło Draco jeszcze bardziej — był właściwie absolutnie pewny, że to Pansy Parkinson, ostatnie odkrycie świata mody, okaże się jego towarzyszką do zdjęć. Nie miał, oczywiście, nic przeciwko innemu obrotowi spraw, tylko mu brakowało wiernej wyznawczyni, która ścieżkę życiową wybrała wzorując się na nikim innym jak osobie Malfoya. A sam przyznawał, że nie zaliczał się do najlepszych wzorców, bynajmniej nie potrzebował grona naśladowców, Parkinson natomiast robiła za całą armię takowych.
                — Wychodzę. — Remilius odchylił się do pozycji pionowej i odwrócił, zarzucając na ramiona długi płaszcz z czarnego futra.
                — Co? — Tak, tak się właśnie rozmawia, Draco. Świetnie ci idzie.
                — Na ulicę. — Redaktor naczelny Mague otworzył drzwi i stanął w progu, uśmiechając się do Mafloya w sposób, w jaki odkrywca podziwia swoje znalezisko. — Nie chcę wymuskanych, wytapetowanych buziek, które więcej mają na twarzy botoksu niż skóry.
                Postąpił krok do przodu i już miał zamknąć za sobą drzwi, gdy zastygł i wyszeptał:
                — Chcę znaleźć prawdę, mój Draconie.
                Malfoy już dawno odpuścił sobie poprawianie Remiliusa za każdym razem, gdy nazywał go „Draconem” zamiast „Draco”. Pierwsza opcja zaczęła mu się nawet podobać.
                — Nie zaszkodzi nam trochę prawdy, nie sądzisz?
                Archton wyszedł, a z Malfoyem w pokoju został tylko trzask zamykanych drzwi, stos projektów na biurku przy oknie i tłumiona nadzieja, że tym razem prawda wreszcie do niego trafi.
                Potrzebował prawdy. Żaden Ślizgon nie był do końca prawdziwy, w przeciwieństwie do większości Gryfonów
                Tego też się obawiał.