niedziela, 28 maja 2017

9. Zresetować

                Rzadko okazywała emocje. Nie zrobił na niej wrażenia widok tłoczących się uczniów, podenerwowanych i jednocześnie pełnych ekscytacji. Nie uśmiechała się, chociaż uprzejmie kiwała głową pozostałym nauczycielom i pracownikom Ministerstwa. Była niewzruszona, niczym Czara, roztaczająca wokół siebie stałą, błękitną poświatę. Zastanawiała się, co okazałoby się twardsze – jej serce czy może kamienny postument Czary. Bała się, że odpowiedź, która pojawiała się nieproszona, zasługuje na miano tej właściwej.
- Hermiona Granger.
                Wystarczyły jednak zaledwie dwa słowa, aby wytrącić ją z równowagi. Z sykiem wciągnęła powietrze, przyciskając rękę do brzucha. Wystające żebra wbijały się w napiętą skórę przedramienia, ale nie zwracała na nie uwagi. Rozglądnęła się po otaczających ją czarodziejach, szukając oznak rozbawienia na skutek mało udanego żartu. Nic takiego jednak nie dostrzegła, a zastygłe w bezruchu twarze tylko utwierdziły ją w przekonaniu o wyborze Czary. Zmarszczyła brwi, bruzdy na twarzy mocno się pogłębiły. To niemożliwe… prawda?
                Sama możliwość wymyślenia sposobu na przekroczenie linii wieku przez pannę Granger nie zdziwiła jej – Hermiona była najlepszą uczennicą w całym Hogwarcie, przekonała się o jej zdolnościach. Nie tyczyły się one jednak łamania regulaminu, do czego nieprzeciętnym talentem odznaczał się chociażby młody Potter. Gryfonka, jej wychowanka, nie zachowałaby się w ten sposób. Nie chciałaby…
Czegoś udowodnić?
Ale co miałaby udowadniać? Była przecież…
Sierotą?
                Brak rodziców spowodowałby coś takiego? Hermiona nigdy nie chciała się narażać, w kłopoty wpadała tylko przez wymysły Pottera i Weasleya. Tak, zdecydowanie tak. Tak było zanim…
Zresetowałaś ją?
                Niedorzeczność. Nie mogła zmienić się w tak dużym stopniu, tak diametralnie. Chociaż, z drugiej strony, dlaczego nie? Wychowana inaczej. Sama. A Minerwa dobrze wiedziała, kto ponosił za samotność Hermiony odpowiedzialność. Ta świadomość nie okazała się pomocna.
- Harry Potter…
                Nazwisko, które już kiedyś rozbrzmiało w tej sali. Wypowiedziane w ten sam sposób, przez tą samą osobę, głębokim, skrywającym zdziwienie głosem.
                Zdawać by się mogło, że Minerwa zatoczy się do tyłu, upadnie, ewentualnie zemdleje. Ale stała tylko, sztywna i wyprostowana. Usta, zaciśnięte w cienką kreskę, sprawiały wrażenie zrośniętych. Dłonie, ułożone na ciemnym materiale szaty, nawet nie drgnęły. Tylko w wyblakłych oczach krył się strach, milczący i nieruchomy. Mały, wredny cień, czekający na odpowiednią chwilę, aby zgasić światło. Bo, jak dobrze wiedziała, w mroku miałby nieograniczone pole do popisu. Wszechobecny, a jednocześnie niewidoczny. Jeszcze bardziej niebezpieczny.
                Spojrzała na nich, wstrząśnięta. Hermiona stała tuż przy pozostałych reprezentantach, Harry właśnie do niej dołączył. Lwy Gryffindoru na ich ciemnych szatach dumnie wypinały piersi, zadowolone i dostojne. Minerwa widziała, jak pozostali reprezentanci wymieniali między sobą pełne niezrozumienia spojrzenia. Fleur marszczyła wypielęgnowane brwi, ale Wiktor z nikłym uśmieszkiem przyglądał się Hermionie.  McGonagall nie zwracała uwagi na gorączkową dyskusję Albusa z pracownikami Ministerstwa. Skupiła się na Wybrańcu, który omal nie zginął w TAMTYM Turnieju. Na jego gładkim czole, pozbawionym choćby śladu po bliźnie. WTEDY, przez te wszystkie lata, chroniła go miłość matki. Jednak teraz, mimo że Voldemort już nigdy nie otworzy martwych oczu, najwyraźniej coś innego postanowiło zająć jego miejsce.
                Kiedyś potężniejsza od śmierci miłość matki, teraz wciąż żywej, nie mogła Pottera ochronić.
                Przyszła jej go głowy okrutna myśl, wywołując obrzydzenie do samej siebie – po Harry’m przynajmniej ktoś by płakał. Wątpiła w przywiązanie dalekiej ciotki Hermiony, jedynej jaką panna Granger miała.
                Zaraz… dlaczego już zakładała, że któryś z uczestników zginie?
                Mogłaby przysiąc, że w zagłębieniu pod kielichem Czary dostrzegła oczy, łzawiące krwią.

****

                Skradał się bezgłośnie, szponiastymi łapkami chwytał nierówności na kamiennej powierzchni. Prychał, szukając woni, węsząc. Już raz przebył tę trasę, ponowna wędrówka nie powinna więc sprawić mu większego problemu. Otarł stwardniały grzbiet o zakrzywienie ściany, warcząc cicho. Krwiste ślepka utkwił w błękitnym płomieniu, oblizując pozbawioną warg mordkę.
                Wskoczył na postument, podtrzymujący Czarę z płomieniem, wdrapał się po węższej nóżce kielicha. Gdyby tylko mógł, zaśmiałby się, widząc te przerośnięte istoty. Wydawało im się, że wraz ze wzrostem dostały władzę. Najwyraźniej lubiły kłamstwa, a to jedno bardzo im pasowało.
                Czas już dawno wykrzywiłby swoją groteskową twarz w imitacji kpiącego uśmiechu. Myśleli, że mogą sobie, ot tak, manewrować biegiem wydarzeń, zmieniać je. Mieli niebezpieczne narzędzie, które zagrażało Czasowi, ale było jednocześnie wybitnie niedokładne, otwierając jemu, Poczwarce, wolną drogę.
                Wrażliwe ślepia źle reagowały na światło, wydzielając śluz, spływający z ciemnych policzków aż na zrogowaciały tułów. Nazywał tą ciecz śluzem, bo Czas tak mu kazał. Ale dobrze wiedział, czym lepka maź była naprawdę.
                Krwią, której przelew powstrzymano.
                Nieskutecznie.

****


                Słońce już zdążyło skryć się za pofałdowaną linią horyzontu, ale ciepłe barwy zachodu wciąż uparcie trzymały się nieba. Fioletowawe czerwienie przechodziły w pomarańcze, te zaś od łagodnych żółci aż po błękity i wreszcie nieprzerwany granat, który jednak zaraz miał zostać naznaczony tysiącami migoczących punkcików. Czubki drzew Zakazanego Lasu zdawały się chwytać ostatnie skrawki dziennego światła, zanim całkiem pogrążą się w mroku. Ich niższe partie nie zmagały się z tego typu problemami, znajdujące się zawsze w cieniu nawet nie zdawały sobie sprawy z innych niż ciemność możliwości. Były nieświadome i jednocześnie przekonane o swojej wyższości. Dlatego rzadko wpuszczały obcych za progi sczerniałych korzeni, a jeszcze rzadziej ich wypuszczały. Zakazy Las poniekąd nie atakował – bronił się, a że wszyscy naokoło mylili defensywę z ofensywą, ich błąd. Jeśli zaś o błędy chodzi, popełnienie niektórych z nich mogło kosztować życie.
                Dumny profil na tle ciemniejącego horyzontu prezentował się jeszcze dostojniej niż w okolicznościach dziennych, co wręcz ocierało się o niewykonalne. Nie trzeba by długo się zastanawiać, żeby przypisać ostre rysy do osoby panicza Malfoya, zajmującej aktualnie miejsce przy balustradzie na Wieży Astronomicznej. Oczy, w których płynne srebro przelewało się, niby w rytmie morskich fal, błyszczały nieznacznie, wolne od wszelkich masek i kpin przybieranych na użytek otoczenia. Gdyby wtedy ktoś zanurzył się w tym srebrnym spojrzeniu, już nigdy nie byłby w stanie całkiem się z niego wynurzyć. A że potem zostałoby ono zakryte kolejnym z tysięcy pozorów, ułamek nieostrożnego obserwatora zachowałby się w nim na zawsze, nie mogąc wydostać się z morza metalu. Można więc uznać, że dobrze się stało, skoro Malfoy siedział wtedy sam – nie miał nawet szansy uwięzić nikogo we własnym spojrzeniu. Z drugiej strony jednak, przy osobie postronnej nie odkryłby się tak bardzo, nie stałby się tak prawdziwy.
                Draco często chwalił swoją wybitną personę, czego nie trzeba specjalnie podkreślać – wiedzieli to wszyscy, bo wszyscy słyszeli. Mimo to, główny zainteresowany uznawał, że nie zdradzając innym tego, co codziennie widział w lustrze, zrobi i im, i sobie przysługę. Znając Malfoya tylko z widzenia, a może nawet całkiem dobrze, nie pomyślałoby się, że Ślizgon nie myśli o własnej osobie w takich kategoriach, w jakich to przedstawia. Jedynie Blaise i Potter zdołali dokopać się do swego rodzaju niepewności i strachu w sercu Dracona, przemożnej potrzeby zmazania dawnych, a przy tym nieswoich grzechów. Malfoy, nie nieustannie, ale jednak, czuł presję osoby, od której odciął się całkowicie i która, przynajmniej w teorii, nie miała na niego żadnego wpływu. Lucjusz najwyraźniej był mistrzem w dręczeniu ludzi wszelakiej maści i krwi, w tym z własnej rodziny, nawet na odległość. Draco, niezależnie od tego, jak bardzo chciał – a chciał bardzo – nie był w stanie uwolnić się od obrazu szyderczej twarzy ojca, który, niczym wredny pasożyt, zagnieździł się gdzieś w głowie i ani myślał jej opuszczać. Widział te pozbawione emocji oczy, swego czasu wyglądające z okładkowych stron gazet, wykrzywione w okrutnym grymasie usta i uczucie najmniej w takiej wizji spodziewane – zadowolenie Lucjusza z czynów, których kiedyś, nie chwaląc się, dokonał i pewnie nie zawahałby się przed powtórzeniem ich. Młody Malfoy męczył się z tym niemiłosiernie, ale cieszył się po cichu, że ojciec nawiedzał go tylko w snach, tak więc myśli dzienne były od jego postaci wolne.
                Draco nierzadko odnosił wrażenie, że jakakolwiek opinia o nim jest z góry przesądzona z powodu nikogo innego, jak zamkniętego w Azkabanie ojca. I choć zdarzało mu się uznawać tego typu myślenie za nieuzasadnione, teraz zyskał dostateczny dowód – przez swoje pochodzenie, krew, niezmordowanie krążącą w jego żyłach, nie był godny wziąć udziału w Turnieju Trójmagicznym. Niektórzy, jeżeli nie większość, uznaliby tego typu logikę za bezsensowną, Malfoy jednak wiedział swoje. Doskonale zdawał sobie sprawę z własnych umiejętności, a, co ważniejsze, ich poziomu. Opanował zakres materiału na prawie rok w przód, ćwiczył zaklęcia praktycznie, jak i teoretycznie każdego wieczora. Był lepszy od niejednego ucznia z ostatniego roku, może nawet od większości. Uznając tak, nie chwalił się przed sobą – po prostu stwierdzał fakty, które okazjonalnie potwierdzał Mistrz podczas ich wspólnych lekcji. Musiał więc być powód, dla którego nie został wybrany, powód niezwiązany z brakiem doświadczenia czy jakichkolwiek umiejętności magicznych. Jedynym, jaki przychodził Malfoyowi do głowy, był Lucjusz i jego dziedzictwo.
                Mistrz pewnie by go zganił za tego typu stwierdzenia. W niektórych kwestiach się nie zgadzali, nie zrażało ich to jednak. Draco spotykał się z Mistrzem co kilka dni, choć kiedyś robił to częściej. Wymykał się nocą, zawsze rzucając na siebie zaklęcie maskujące. Był poniekąd zadowolony ze skrytości własnych poczynań, bo podczas tych późnych wędrówek nauczył się skradać właściwie bezszelestnie, co zaliczał do dość przydatnych umiejętności. Zgodnie z wcześniejszymi instrukcjami, raz przychodził do Wrzeszczącej Chaty, to znowu znikał w Zakazanym Lesie. Jeszcze na początku nauki w Hogwarcie opuszczał zamkowe mury codziennie, mały, blady chłopiec ze spojrzeniem wykutym z metalu. Poznał Mistrza przypadkiem, gdy dziwnym sposobem trafił na ukryte przejście pod Wierzbą Bijącą. Siedział sam, zgarbiony, jakby zbolały i pełen niewypowiedzianego smutku, opierając się o jedną ze ścian Wrzeszczącej Chaty, całą w bruzdach. Każdy normalny czy też zachowujący resztki rozsądku jedenastolatek, uciekłby natychmiast, zostawiając za sobą jedynie kurz i echo wcześniejszego krzyku. Draco jednak otworzył jeszcze szerzej srebrne oczy, wyjął z kieszeni różdżkę i poprosił:
- Nauczy mnie pan zaklęcia na uśmiechanie?
                Wtedy Mistrz się uśmiechnął. Rozjaśnił zmęczoną, stosunkowo młodą, ale już poznaczoną zmarszczkami twarz i ten tak niewyobrażalnie prawdziwy uśmiech spowodował jedno – Draco z miejsca pokochał nieznajomego człowieka. Nie miało znaczenia, że był straszny, tajemniczy i samotny w walącej się chacie, bo był prawdziwy. A na samotność chłopiec mógł zaradzić. Mistrz nigdy nie zdradził mu własnego imienia, jak mówił, nie miało ono żadnego znaczenia, wywoływało tylko niepotrzebne domysły. Został więc Mistrzem, bo nauczał, a do Dracona zwracał się najprościej w świecie – chłopcze. Chociaż ten przypuszczał, że mężczyzna bardzo dobrze wiedział, jak Malfoy się nazywał. Raz w miesiącu Draco nie mógł do niego przychodzić, a choć nie poznał dokładnego powodu, miał wrażenie, że wynika z czegoś ważnego i raczej drażliwego. Nie pytał więc, powstrzymując swoją wrodzoną ciekawość i Mistrz najwyraźniej był mu za to wdzięczny. Mistrza uznawał za mentora i przyjaciela, pierwszego, jakiego kiedykolwiek miał. I kochał go całą niewinnością dziecięcego serca, mocniej i mocniej z każdym kolejnym dniem. W podobny sposób kochał tylko jedną osobę na świecie, matkę, w podobny sposób kochałby ojca, gdyby mężczyzna, zasługujący na takie miano, istniał.
                A porzucając już wspomnienia oraz myśli o wszelkiego rodzaju niesprawiedliwości i zawodzie, odczuwał w środku coś dziwnego, czego nie potrafił do końca określić. Czara wybrała Granger i Pottera. Podekscytowanie zostawało momentami zagłuszane przez niepokój, to znowu dumę – udało im się, eliksir, zaklęcie, nazwiska w niebieskich płomieniach. Cieszył się z tego, choć pewnie cieszyłby się bardziej, gdyby sam został wybrany. Ale najbardziej gryzło go coś innego – niezrozumiałe poczucie déjà vu, gdy tylko usłyszał „Harry Potter” z ust Dumbledore’a. Zdawało mu się nawet, że na aktualne postrzeganie nakłada się inny obraz, nieco rozmazany, jakby widziany z innego miejsca sali. Wizja przedstawiała tą samą scenę, nie zgadzały się tylko szczegóły – słyszał nazwisko „Potter”, ale poza Fleur i Krumem reprezentantem był Cedrik Digory, w rzeczywistości grzecznie siedzący w gronie swoich wyznawców. Nie miał pojęcia, dlaczego coś podobnego w ogólne przyszło mu do głowy. Wydawało się jednak rażąco prawdziwe – jak stare wspomnienie, przypadkiem znalezione i odkurzone, ale dość wyraźne, by je odczytać.
                Nie rozumiał go, nie rozumiał, dlaczego czuł, że nie powinien tej wizji uznać za przywidzenie. Zmarszczył brwi, kręcąc lekko głową. Nie wymyśli nic nowego, a w ten sposób tylko tracił czas. Wciąż widział jednak Cedrika Digoriego i Hermionę, raz stojącą przy Czarze, to znowu odchylającą się ze zdziwienia na ławce, gdy Harry podchodził do reprezentantów. Sam gubił się w tych myślach, w każdym razie jedno było pewne – nie wymyślił tej wizji.
                Ktoś albo używał legilimencji, albo jakiegoś innego rodzaju czaru, żeby Draco zobaczył konkretny obraz – sposób, w jaki mógł odbyć się wybór Czary. Nie miał pojęcia, co to miało na celu, ale pewnie musiało zawierać jakieś znaczenie, dać mu coś do zrozumienia.
                 Ale po co pokazywać coś, co stać się mogło, lecz się nie stało?

****

                Ludzie mówią, że cuda się nie zdarzają. Nigdy nie przychylała się do takiego werdyktu – była dowodem na jego błędność. Poczynając na ciotce i magii, przechodząc przez Hogwart, a kończąc na Turnieju, jej życie przypominało łańcuszek cudów, do którego wciąż doczepiano nowe ogniwa. Nie narzekała na taki stan rzeczy, bo też nie miała na co narzekać, uznawała się więc za osobę zadowoloną z własnego losu. I choć wiedziała, że to jej nazwisko wybrała Czara, budziła się każdego dnia, niepewnie zerkając na szafkę nocną. A na gładkiej, drewnianej powierzchni spokojnie leżała nieco przypalona karteczka, na której równo wypisano dwa słowa „Hermiona Granger”. Ta krótka czynność, upewnienie się, stało się codziennym nawykiem, a jego praktykowanie koniecznością. Gryfonka była przekonana, że, gdyby nie namacalny dowód, każdego dnia budziłaby się z myślą typu „To tylko sen” i  zawiedziona zasypiałaby ponownie.
                Przewróciła się na bok, rzucając okiem na zwęgloną na końcach karteczkę. Uśmiechając się lekko, rozglądnęła się po pomieszczeniu, zatrzymując wzrok na poszczególnych współlokatorkach. Bordowe zasłony trzymała odsłonięte, lubiła czuć na twarzy pierwsze promienie słońca, które zbłądziły do dormitorium Gryfonek. Jak się jednak okazało, nie tylko one. Harry Potter, w żaden sposób nieporuszony tym, że właśnie wbiega do damskiej sypialni, zamaszyście otworzył drzwi. Cały rozczochrany, w szacie narzuconej na piżamę, wrzasnął:
- Hermiono!
                Zaraz jakby się zreflektował, zauważając śpiące dziewczyny, uśmiechnął się przepraszająco i podszedł do łóżka panny Granger.
- Muszę ci coś pokazać. – kręcił się nieustannie, wyraźnie podekscytowany.
- Harry, jak tu wszedłeś? – Hermiona stłumiła ziewnięcie. Przyszło jej do głowy, że przecież schody do damskiego dormitorium potrafiły się bronić przed nieproszonymi gośćmi.
- Mam miotłę – Potter wykonał bliżej nieokreślony ruch ręką, która miała zapewne wskazać drzwi i leżący za nimi drewniany atrybut – Wstawaj! Nie mamy czasu.
- O co chodzi? – panna Granger przetarła oczy, siadając na łóżku. Harry rozglądnął się ostrożnie, nachylił w stronę  Gryfonki i szepnął, błyskając zielenią zza okularów:
- Wiem, jakie będzie pierwsze zadanie.
                To wystarczyło, aby Hermiona zerwała się, wzięła przykład z Harry’ego (czyt. narzuciła szatę na piżamę) i wyskoczyła z dormitorium szybciej niż Potter do niego wpadł. Zatrzymała się dopiero przy portrecie Grubej Damy, odwracając w stronę przyjaciela:
- Skąd wiesz?
                Oczywiście, że ekscytacja aż wylatywała jej uszami, pierwsze zadanie to niebyle jaki powód. Odezwały się w niej jednak pierwotne instynkty, a właściwie, wrodzona uczciwość. Nie miała pewności, czy to aby w porządku, robić sobie taką przewagę nad resztą uczestników. Niby byli młodsi, dość już jednak kombinowali, chociażby w celu samej możliwości wystartowania w Turnieju. Gryzło ją to, gryzło strasznie i pewnie jeszcze trochę pogryzie. Nie chciała pozbyć się poczucia winy, chciała po prostu być równa. Nie mieli takiego doświadczenia, jak starsi reprezentanci, zostali jednak wybrani, a to coś znaczyło. Bo samo wrzucenie karteczki do Czary o niczym nie przesądzało, równie dobrze żadne z nich mogło nie wystartować.
- To nie ma znaczenia – Harry machnął ręką – Wyszło przypadkiem. Chodź, zanim wszyscy się zorientują. – już miał popchnąć obraz, gdy zatrzymał go głos Hermiony.
- Nie sądzę, żeby to był najlepszy pomysł. Oszukiwaliśmy, chcąc zdobyć choćby szansę na Turniej. Nie lepiej teraz grać uczciwie? Dziwne, że nas w żaden sposób nie ukarali, w końcu jesteśmy za młodzi.
                Potter podrapał się po głowie, marszcząc brwi.
- Może i racja…
- Nie bądźcie głupi. – znajomy głos rozbrzmiał gdzieś ze strony kanap Pokoju Wspólnego Gryfonów. Ruda czupryna podniosła się z fotela – Wszyscy inni wykorzystaliby taką możliwość, nawet się nie zastanawiając. Tylko sobie popatrzycie. – Ron uśmiechnął się szeroko – A ja pójdę z wami i zdążycie mi opowiedzieć, jak się w to wszystko wpakowaliście. I, co ważniejsze, dlaczego beze mnie.
                Nie było mu łatwo zrozumieć. Przez te pierwsze dni, pełne rozgardiaszu i bardziej niż chaotyczne, nie znaleźli jeszcze czasu, żeby porozmawiać. Weasley czuł się trochę zdradzony, ale przede wszystkim smutny, że nawet mu nie powiedzieli. Gdy jednak zobaczył te ich niepewne spojrzenia i zarumienione policzki, wszelkie złe czy też nieprzyjemne emocje od razu go opuściły, pozostawiając po sobie lekkie rozbawienie. Jestem dla nich aż za dobry, przeszło mu przez myśl, zanim wygonił przyjaciół za obraz Grubej Damy.
                On też wiedział doskonale, na czym będzie polegało pierwsze zadanie, albo raczej, co zostanie w nim zawarte. Sam naprowadził Harry’ego na wskazówki, prowadzące do odkrycia tajemnicy. Owa wiedza nie wynikała jednak z głęboko skrywanych umiejętności dedukcji, a raczej z nieostrożności starszego brata, Charliego, którego momentami dopadały konsekwencje posiadania zbyt długiego języka. Czuł niedorzeczną dumę, że pierwszy raz zdawał sobie sprawę z czegoś, o czym panna Granger nie miała pojęcia.
- Ron… - Hermiona zerknęła na Weasleya spod kurtyny kasztanowych loków. Odkaszlnęła cicho – Ron, my… ja…
- Nie musisz się obwiniać, Miona. Już… nie ma sprawy. – nie wierzył, że to mówił, ale jednocześnie czuł, że był szczery… naprawdę szczery. Jestem zdecydowanie za dobry. Może wezmę korepetycje u Malfoya?
- Nie, Ron, pozwól mi powiedzieć…
- Nam. – wtrącił się Harry.
- Nam – Hermiona skinęła głową pod czujnym spojrzeniem Rona – To wszystko wydarzyło się tak szybko… My… - zerknęła na Harry’ego – chyba nie mamy żadnego konkretnego wytłumaczenia. Napatoczył się Malfoy, Harry mnie przekonał w bibliotece, ważyliśmy eliksir i  znalazłam to zaklęcie, ale nie byliśmy pewni i nawet mi do głowy nie przyszło, że ty też byś chciał, bo… właściwie to nie wiem, dlaczego, ale tak nas to wciągnęło, myśleliśmy tylko o tym i wiem, że to było złe i powinieneś być na nas obrażony, ale nie jesteś i tego nie rozumiem. Chociaż jednocześnie się cieszę, bo w końcu nie jesteś…
- Byliśmy złymi przyjaciółmi, bo nawet ci nie powiedzieliśmy. I właśnie teraz chcemy cię, no… - Harry uśmiechnął się smutno – Chcemy cię przeprosić, bo postąpiliśmy okropnie i pewnie czujesz się okropnie…
- Nie zasługujemy na ciebie…
                Ron zatrzymał się już jakiś czas temu i stał tak z szeroko otwartymi ustami, podnosząc ręce w geście „poddaję się”. Mogło się to nawet wydawać całkiem zabawne, dlatego zaraz cała trójka, jak jeden mąż, wybuchnęła śmiechem.
- Dobra, słuchajcie, nie zrozumiałem z tego nic, poza tym, że jestem wspaniały, więc wszystko od początku proszę – Ron, nadzwyczaj poważnie, poprawił szkolną szatę – I nie tak chaotycznie, Granger, bo „punktów zawsze może ubyć”.
                Punktów rzeczywiście ubyło, bo nie zwrócili uwagi na profesora Snape’a, który wrzeszczał za nimi na korytarzu. Nie przejęli się tym jednak, przekonując się o czymś, o czym niewielu z nas ma szansę się przekonać – o tym, co jest naprawdę ważne. O sobie nawzajem, o relacji, którą budowali już od pierwszej klasy, a która stała się więcej niż zwykłym koleżeństwem. Zwrócili uwagę na swój sposób chodzenia, zawsze obok siebie, w trzyosobowym rzędzie. Zawsze nierozłączni. I nawet jeśli odchodzili, wracali. Za każdym razem. Może właśnie o to w tym wszystkim chodziło.
                Potem, gdy Ron już poznał nawet najpikantniejsze szczegóły ich turniejowych spisków, zauważyli też smoki, ukryte w Zakazanym Lesie.
                Ale one nie były tak znowu ważne.

****
               
                Przepowiednia, zaklęta w szklanej kuli.
                Intryga.
                Walka. Nierówna walka.
                Śmierć. Rodzinna śmierć. Zadana własną ręką.

                Było późno, ale tak trywialne zagadnienia straciły na znaczeniu. Noc stawała się dniem, a dzień przybierał szatę nocy. Niemożność snu zdawała się momentami gorsza od koszmarów, ale tylko zdawała się.
                Tym bardziej, że koszmary nie powinny być aż tak realistyczne. Wyraźne, jak wspomnienia. Jak wizje. Jak prawdziwe zdarzenia.
                Prawda?




Witam ponownie, po dłuższej niż zazwyczaj przerwie!
Dopiero dzisiaj publikuję rozdział, ale chyba rozumiecie ten końcowoszkolny rozgardiasz. Notka nie zbyt długa, ale taka miał być, jak sądzę, a nie chcę dodawać nic na siłę. Oj, z następną zacznie się dziać. Postaram się rozwijać kolejne notki, żeby były tak z dwa, trzy razy dłuższe, z racji tego, że pojawi się więcej czasu (ale nic nie obiecuję).

Pozdrawiam serdecznie z nadzieją, że powyższe przypadło Wam do gustu,
"Moc jest we mnie, ja jestem silna Mocą",
Vi


wtorek, 9 maja 2017

8. Te lepsze geny

- Draco?
                Znał ten głos, irytował go, nużył. Odkąd tylko pamiętał, był wszechobecny, uciążliwy. Mógł się nawet pokusić o stwierdzenie, że nie lubił go, nie lubił tego głosu. Głównie dlatego, że we wcześniejszych latach brzmiał zatrważająco podobnie do jego własnego.
                Octavia stała zaledwie kilka kroków od zamkniętych drzwi. Jej krótkie, sięgające nieco powyżej ramion włosy, były w nieładzie. Szeroko otwartymi, szarymi oczami wpatrywała się w sylwetkę brata. Jej spojrzenie nie zawierało w sobie tego srebra, tak widocznego u Dracona, wydawało się jakby mniej… arystokratyczne?
- Draco..? – powtórzyła, przesuwając się odrobinę w przód. Zauważyła sztywny materiał, wysuwający się spod jego koszuli i zmarszczyła brwi. Chciała tylko spytać, czy nie dostał listu od matki… Dopiero po chwili zauważyła, że stał przy samej Czarze, za linią wieku. Ale jak..?
- Tak, to wdzięczne imię nadała mi MATKA w dniu urodzin. – syknął z nutką fałszywej uprzejmości. Aż biło od niego chłodem, srebrne spojrzenie stało się metalicznie zimne, kłujące. Spuściła wzrok.
                Oczywiście musiał to podkreślić. Matka. Kpił sobie z niej, Octavii. Chociaż nie, nie całkiem – po części nią pogardzał. Bardzo pocieszająca myśl.
                Gdyby to nie było tak skomplikowane… Dlaczego on nie rozumiał? Dlaczego nie rozumiał, że ona chciała znać własnego ojca? Że nie mogła się tak po prostu „odciąć”? Krew z krwi, ciało z ciała. Draco nigdy nie wymawiał jego imienia, za jedynego rodzica uznawał matkę. Podejrzewała, że bardzo ją kochał, tylko nie potrafił tego okazać. Ale Narcyza wiedziała, musiała zauważyć – jedynie na nią patrzył w ten sposób. W sposób, w którym można było dostrzec odbicie miłości. Czasem wydawał się taki bezduszny, jakby nic go nie obchodziło. Octavia wiedziała, co to oznaczało – ukrywał emocje, nad wyraz silne i drażliwe. Przypadkowi uczniowie mijający go na korytarzu albo go podziwiali, albo trzymali się z daleka, uważając Malfoya za kolejnego wstrętnego Ślizgona. Nie znali Dracona i ona miała wrażenie, że też zaliczała się do tej grupy, do tych, którzy nigdy nie widzieli jego prawdziwego oblicza. Trochę zazdrościła Zabiniemu i Nottowi braterskiej więzi z jej bratem. A przecież to był jej brat.
                Pamiętała urywki ich wspólnych zabaw, gdy ledwie sięgali matce do ud. Przekomarzanie, czarodziejskie gry, nawet bójki. Mały Draco, wątły i raczej chorowity, zawsze ożywiał się przy tym podobnych działaniach. Jednak jego szczerze uśmiechnięta twarz już nie stawała jej przed oczami. Gdy nie widzimy czegoś wystarczająco długo, bardzo łatwo nam o tym zapomnieć. Błyszczące oczy wspominała jedynie jako myśl, nie mogła zobaczyć, jak wyglądały. To wszystko stało się szybko – cały rozłam. Dowiedzieli się w końcu, musieli się dowiedzieć o ojcu, którego ręce niejednokrotnie splamiła cudza krew, a aktualnie plamiły je brudy Azkabanu. Matka opowiedziała im historię małżeństwa z rozsądku, zaaranżowanego przez dwa potężne rody. Historię miłości, która nie mogła się rozwinąć, którą wyrwano z ziemi, zanim zdążyła na dobre wypuścić korzenie. Poznali prawdę i znienawidzili – Draco człowieka, który miał być jego opoką, Octavia samą siebie, bo nigdy tego człowieka nie spotkała. Nie chciała go osądzać, nie chciała wierzyć, że jej ojciec mógłby być tak przesiąknięty… śmiercią. A Draco nie chciał zrozumieć, dlaczego wystąpiła do Departamentu Prawa po zgodę na wizyty u potwora. Dlaczego zdecydowała się zajrzeć w oczy szaleńca?
A robiła to, nie raz, nie dwa, ale co roku. I rozpaczliwie chciała komuś opowiedzieć. Tak się jednak złożyło, że nie miała komu.
- Jak się tam dostałeś? – miała nadzieję, że wyglądało to, jakby zignorowała jego odpowiedź. Spodziewała się, że on i tak już dawno ją przejrzał. Szkoda tylko, że Octavia nie potrafiła patrzeć tak przenikliwie. Patrzeć i widzieć.
- Szybko – mruknął – Ty mogłabyś jeszcze szybciej wyjść.
                Zobaczyła, jak przewracał oczami, szepcząc coś pod nosem. Kurczowo przyciskał ramiona do tułowia, podciągał sztywny materiał, który wcześniej wysunął się spod koszuli. Otworzyła usta i zaraz je zamknęła.
- Twoje wypowiedzi są jak zwykle pełne elokwencji. Jesteś w stanie łaskawie opuścić ten przybytek?
- Draco…
                Nienawidził, jak mówiła na niego w ten sposób. Dziwne, że to samo słowo może być wypowiadane tak różnie, w zależności od ust, spomiędzy których się wydostaje.
- Czego chcesz? – warknął, wyraźnie zirytowany.
- Dostałeś…
- Te lepsze geny? To na pewno.
- … list od matki? – westchnęła zrezygnowana. Jego podeście kiedyś bardzo ją raniło, wstydziła się łez, które przez niego wylewała. Nie, to nie była wina Draco… To była jej wina. Ona wszystko zepsuła i dobrze o tym wiedziała. A teraz, poza poczuciem winy, nie mogła się też uwolnić od szaleńczego śmiechu, każdej nocy rozbrzmiewającego jej głęboko w głowie.
- A nawet jeśli, to co cię to obchodzi? Nie dzielę się prywatną korespondencją.
- Nie możesz mi po prostu powiedzieć? – spuściła wzrok, podłoga stała się wyjątkowo ekscytującym zjawiskiem.
- Nie dostałem. Zadowolona?
                Skinęła szybko głową i wyszła, cicho zamykając za sobą drzwi. To, co robił nie miało znaczenia, bo i tak by się nie przyznał. Może wcale nie przekroczył tej przeklętej linii, tylko coś jej się przywidziało? Bez znaczenia.
Powtarzaj to sobie dalej, Octavio, a popadniesz w obłęd.
Ale nie mogła cały czas się martwić. Nie mogła bez przerwy się zastanawiać.
Może wystarczyłoby mu opowiedzieć? Może zrozumiałby, jakbyś dobrze to wytłumaczyła?
To nie było nawet przypuszczenie. Przyczepiła do jego wątpliwego zrozumienia etykietkę „nadzieja”. Podobno to właśnie ona umiera ostatnia. W takim razie co zostanie, gdy nadzieja odejdzie?

****

Nic nie mówili. Siedzieli cicho jak nigdy przedtem, a wiadomo, że było to sprzeczne z naturą Gryfonów. Z jednej strony odpowiadało mu to, przynajmniej nie musiał się tłumaczyć. Ale jakaś część w nim chciała, żeby wyrazili swoją opinię, nawet jeżeli miałaby być niepochlebna. Niech skomentują, kaszlną, cokolwiek. Żeby tylko nie milczeli. Jakby zdegustowani.
Obrzydzeni?
Biegiem pokonywał schody, nie rozglądał się, nie zwracał uwagi na ewentualnych przechodniów. Gorset zrzucił gdzieś na trzecim piętrze, rozwiązany i tak na nic by się nie przydał. Za chwilę uwolni się też od tych przeklętych Gryfonów. Że też musieli wszystko widzieć… Bał się, że stracił kontrolę, co pozwoliło im słyszeć jego myśli. Ale co się stało, to się nie odstanie, zrozumie, jeśli nie będą chcieli go więcej widzieć. Bo kto by chciał? Nie zrozumieją, dlaczego traktuje Octavię w taki, a nie inny sposób. Miał nadzieję, że ona kiedyś przejrzy na oczy, dostrzeże to, co do niego dotarło jak tylko usłyszał o oj… Lucjuszu. Niegdysiejszy pan Malfoy był szaleńcem, potworem w ludzkiej skórze. Okrutnym, zepsutym i władczym. Żadnym krwi, cuchnącym śmiercią, przesiąkniętym propagandą czystości. Wystarczy dodać do tego jego niemały talent do, powiedzmy, skutecznego przekonywania, a rodzi się tyran. Teraz zasługiwał tylko na miano więźnia, a Draco czekał na wiadomość z Azkabanu o tak wyczekiwanej śmierci Lucjusza. Nie zdziwiłby się, gdyby staruszek zabił się z szaleństwa. Czasem miał wrażenie, że jedynie wizyty Octavii trzymały go na tym świecie. Właśnie za nie nienawidził jej najbardziej.
Przynajmniej nabywała wprawy w rozmowach z diabłem. Może się przydać po śmierci.
Dotarł na siódme piętro i zwolnił nieco kroku. Choć dalej biegł, nie był to już szaleńczy pęd, praktykowany przez kilka ostatnich kondygnacji. Chciał się zmęczyć, skupić na bólu w mięśniach, podwyższonym tętnie, wysiłku. Jednak ten krótki odcinek, który pokonał, nie wywołał nawet przyspieszonego oddechu. Pokręcił lekko głową, pierwszy raz przeklinając swoją godną pozazdroszczenia formę. Tak, słuchaj, Potter  - pomyślał – Pewnie dlatego nigdy nie wygrywacie.
Nie dostał odpowiedzi.
Radość po wykonanym planie jeszcze kuliła się w zakamarkach umysłu, ale nie była już tak pełna euforii i samozadowolenia. Wygoniona i przytłumiona przez złość wymieszaną z niechęcią, nie chciała się wychylać, uwidoczniać, żeby nie zostać całkiem zgaszoną. A to miał być taki dobry dzień…
- Panie Malfoy?
                Na Salazara…
- Malfoy!
                Zatrzymał się tuż przed ścianą Pokoju. Gdyby biegł szybciej…
- Panie Malfoy? – profesor McGonagall stanęła obok niego, poprawiając ciemną szatę – Jest pan oczekiwany w gabinecie dyrektora.
- Zaraz tam będę. – starał się nie okazywać kiełkującej desperacji, która stosunkowo łatwo mogła go zgubić.
- Teraz – odwrócił się przodem do nauczycielki. Ta zmarszczyła brwi na widok wybrzuszenia na jego klatce piersiowej, ale pozostawiła je bez komentarza.
- Muszę tylko wrócić do dormitorium. To zajmie chwilkę, obiecuję. – przybrał na twarz proszący wyraz, któremu, jak na razie, opierał się tylko Snape.
- Za „chwilkę” profesora Dumbledore’a już nie będzie. A, o ile się nie mylę, dormitoria Slitherinu znajdują się w lochach.
- Jestem dzisiaj nadzwyczaj roztargniony, pani profesor. Zamyśliłem się. – powstrzymał cisnące się na usta określenie „McSztywna”, które raczej nie poprawiłoby jego sytuacji.
- I przegapił pan te siedem pięter – Minerwa pokiwała głową ze zrozumieniem – Jestem pewna, że profesor Dumbledore z chęcią wysłucha tej wzruszającej historii. Za mną, panie Malfoy.
                Nie pozostało mu nic innego, jak podążać za wyprostowaną sylwetką McGonagall i mieć nadzieję, że z dwóch godzin na działanie zaklęcia zostało jeszcze trochę czasu. Tym bardziej, że ubrania Gryfonów zostały w Pokoju Życzeń. Kiepsko to widział, gdyby nagle nagi Wybraniec z panną Granger wyskoczyli mu z głowy, prosto na biurko Dropsa. Chociaż mogłoby to okazać się całkiem zabawne.
Zdecydowanie, Malfoy. Ale się uśmiałam.
Jednak żyjecie.
Ja tak, nie wiem, co z Harry’m. Wspominał ci o niestrawność?
Zdążył napomknąć…
                Jeszcze brakowało mu Pottera, pozbywającego się obiadu w jego głowie. Jakkolwiek miałoby to wyglądać.
                Profesor McGonagall nie odzywała się przez całą drogę, szła tylko tym swoim zamaszystym krokiem, co jakiś czas poprawiając zieloną szatę. Dopiero teraz zauważył, jak była stara – zmarszczki pokrywały jej całe dłonie, nawet szyję, w siwych włosach z trudem doszukiwał się jakichkolwiek ciemniejszych pasemek. Kontury wychudzonej, żylastej sylwetki wyraźnie widział pod ubraniem. Wiedział, że tak wyglądają ludzie poddający się dość dużemu wysiłkowi fizycznemu, a przy tym niewiele jedzący. Zmarszczył brwi – Ale McGonagall?
                Mimowolnie się garbił, jakby chciał schować klatkę piersiową pod szatą. Przeszkadzało mu to, zastanawiał się, jak można wytrzymać z damskimi cechami cielesnymi całe życie. Nigdy by nie pomyślał, że coś takiego w ogóle przyjdzie mu do głowy, ale co poradzić – nie pomyślałby też, że kiedykolwiek będzie miał piersi. Przynajmniej McGonagall oszczędziła sobie komentarzy, gdyby jeszcze musiał się tłumaczyć… Na Salazara, pewnie Drops nie wykaże się podobną wspaniałomyślnością. Błagał w duchu, żeby tylko Snape się tu gdzieś nie nawinął.
                Minerwa utrzymywała swoje zwyczajowe zabójcze tępo, zdecydowanie zasługiwała na miejsce w krajowej reprezentacji chodziarzy. Draco co jakiś czas ukradkowo podbiegał, żeby dotrzymać jej kroku. Ewentualną możliwość wyczarowania kolejnego gorsetu uświadomił sobie dopiero za posągiem chimery, na schodach prowadzących do gabinetu. Niestety, los przyznaje drugie szanse bardzo oszczędnie i raczej niechętnie, tak więc Ślizgon nie zdążył nawet wyjąć różdżki, a drzwi prowadzące do hogwarckiego centrum dowodzenia stanęły przed nim otworem. Profesor McGonagall, nie zwalniając, wkroczyła do pomieszczenia i skierowała się w stronę biurka. Wymieniła kilka zdawkowych uwag z jednym z portretów, zatrzymując się po lewej stronie pustego krzesła dyrektora.
- Proszę usiąść, panie Malfoy. Profesor Dumbledore zaraz powinien się zjawić. – powiedziała, wskazując na siedzenia umieszczone naprzeciwko biurka. Draco posłusznie zajął miejsce, niechętnie pilnując swojej zgarbionej postawy. Czuł się źle w niedbałych pozycjach, wydawały mu się niewygodne i jak najgorzej świadczące o wykonawcach. Może było to zasługą arystokratycznego wychowania, może jego nietuzinkowego charakteru, stało się jednak nieodłącznym przymiotem, z którego był zadowolony. Nie żeby potępiał każdego, kto uznawał garbienie się czy jakiekolwiek nienaturalne skrzywianie sylwetki za wygodne, wiedział jednak, że to, jak się nosił, świadczyło o jego osobie. A właśnie młody Malfoy ze wszystkich sił dążył do absolutnej, niezaprzeczalnej perfekcji. Zdawał sobie sprawę, że niektórzy, słysząc temu podobne stwierdzenie, tylko popukaliby się w czoło i pokiwali z politowaniem głową. Nie obchodziło go to zbytnio, a na pewno nie na tyle, żeby się takowym podejściem przejmował. Ignorował tych, którzy ignorowali jego i, jak na razie, na dobre mu to wychodziło. Zawsze wyprostowany, nienagannie ubrany, idealnie uczesany. Z równym albo nawet większym zainteresowaniem podchodził do kwestii wykształcenia, z którym wiązał bardzo wiele. Wystarczyło spojrzeć na jego oceny, ustępujące jedynie stopniom panny Granger, sporadycznie Teodora Notta. Fakt faktem, mniejszą uwagę przywiązywał do kontaktów z nauczycielami czy też pozostałymi uczniami, stąd kilka szlabanów i kar. Nie miały one jednak większego znaczenia, a w kłótniach i obraźliwych uwagach  starał się wykazywać jak największą inteligencją, co nie wychodziło mu znowu tak źle. Perfekcja wciąż czekała gdzieś daleko przed nim, ale zbliżał się do niej każdego dnia. I przyznawał, choć niechętnie, że jednym z czynników powodujących jego dążenia był Lucjusz Malfoy we własnej osobie. Po wyczynach powyższego rodowe nazwisko stało się niezwykle trudne do oczyszczenia, sadza w hogwarckich kominkach wydawała się przy nim jedynie niegroźnym pyłkiem. Strzepnął teraz kilka takowych z rękawa koszuli, rozglądając się po pomieszczeniu.
                Nie wiedzieć czemu, gabinet Dubledore’a od zawsze go fascynował. Draco przyglądał się przeróżnym srebrnym instrumentom, porozstawianym na szafkach, zastanawiając się nad ich możliwym zastosowaniem. Woluminy, wypełniające półki przy ścianach aż do sufitu, zasługiwały zapewne na miano najważniejszych ksiąg w całym Hogwarcie. Mimowolnie przyszła mu do głowy myśl o pannie Granger, która skorzystałaby z każdej okazji do przeglądnięcia zbiorów dyrektora. Starając się porzucić rozważania na temat ciekawskiej Gryfonki, jakby nie patrzeć, siedzącej właśnie w jego głowie, skupił się na zdobiących biurko wzorach. Ich porywającą kontemplację przerwał sam właściciel, pojawiając się przy krześle w chmurze dymu i magicznych rozbłysków. Najwyraźniej Albus Dumbledore odznaczał się niezdrowym upodobaniem do spektakularnych wejść.
                Uśmiechając się, jak uznał Malfoy, niepoważnie, dyrektor zajął swoje miejsce za biurkiem, przelotnie witając się z profesor McGonagall.
- Witaj, Draco – starzec skinął Ślizgonowi głową, składając dłonie na blacie przed sobą – Jak ci minął dzień?
- Całkiem znośnie, dopóki nie zostałem bezsensownie wezwany na bezcelowe, jak sądzę, spotkanie. Jestem raczej zajętym człowiekiem. – zapytany zmarszczył lekko brwi, znużony uprzejmością, na którą nie miał ochoty.
- To oczywiście zrozumiałe – Dumbledore pokiwał głową z tym samy niepoważnym uśmiechem na ustach – Jest jednak pewna sprawa, którą musimy się zająć.
- Umieram z ciekawości… - Draco sprawiał wrażenie znudzonego czy też obojętnego, ożywił się jednak na następujące po sobie „sprawa” i „zająć”. Przecież on nie może wiedzieć o Czarze..?
To mało prawdopodobne – cichy głos Hermiony rozbrzmiał mu w głowie, przypominając o ciągłej obecności dwójki Gryfonów – Nie mógł wykryć czaru ani przejścia przez linię, skoro przechodzący miał odpowiednią ilość lat. W razie jakichkolwiek problemów w ogóle nie dotarłbyś do Czary.
                W odpowiedzi pokiwał głową, na co stojąca obok dyrektora Minerwa zmarszczyła brwi.
- Domyślasz się może, po co cię wezwałem? – Dumbledore przechylił siwą głowę w bok, przyglądając się uczniowi.
- Nic sensownego nie przychodzi mi do głowy. A to się akurat rzadko zdarza.
Chciałbyś. – dwa gryfońskie głosy odezwały się kpiąco. Uśmiechnął się na ich reakcję.
- Draco – poważna nuta w wypowiedzi dyrektora zwróciła jego uwagę – Mam do ciebie ważne pytanie. I oczekuję, że odpowiesz szczerze. To niezwykle istotne.
                Malfoy niepewnie pokiwał głową, niemal poczuł, jak Hermiona nadstawia uszu. Natomiast bardzo wyraźne żołądkowe problemy Harry’ego prawie by go rozśmieszyły, gdyby główny zainteresowany nie siedział w jego głowie.
- Nie zwróciłeś ostatnio uwagi na jakiekolwiek dziwne zdarzenia? Problemy? Cokolwiek niepokojącego? – uśmiech zniknął z twarzy Albusa, zastąpiony przez lekkie ściśnięcie warg i skupienie w błękitnych oczach, które już dawno powinny wyblaknąć.
                Draco przeszukał zakamarki pamięci w celu znalezienia czegokolwiek niepokojącego, zatrzymując się przy sprawie Czary i Octavii. Uznał jednak, że nie było to coś, czym powinien się podzielić z dyrektorem.
- Nie wydaje mi się… - pokręcił powoli głową, prostując się lekko. Zaraz zdał sobie sprawę ze swoich poczynań i zgarbił się momentalnie, ze świeżo zasianym przestrachem spoglądając na Dumbledore’a.
- Bardzo dobrze. – starzec znowu się uśmiechnął, choć w jego oczach dopiero po chwili pojawiły się radosne błyski. Ten moment wystarczył, żeby wzbudzić podejrzenia Dracona co do wiedzy dyrektora – A jest może coś… o czym chciałbyś porozmawiać?
                Albus zerknął na klatkę piersiową Ślizgona, zastanawiając się, czy to tylko głupi żart, czy może niesie ze sobą jakieś bardziej skomplikowane znaczenie. Nie spotkał się jeszcze z tak złożonym uczniowskim przypadkiem, który momentami go zaskakiwał, a jak wiedzieli wszyscy z dyrektorem zaprzyjaźnieni, niemal niemożliwym było właśnie zaskoczenie go. Słyszał jakieś plotki rozpowiadane przez uczniów, które docierały do grona pedagogicznego, wiedział o przyjaźni młodego Malfoya z Harry’m i, tak swoją drogą, cieszył się z niej. Miał własne teorie odnośnie niektórych kwestii, dotyczących Ślizgona, ale, zgodnie ze swoim zwyczajem, kontemplował je w samotności, aby w późniejszym czasie wyciągnąć z nich ewentualny pożytek. Książę Slitheriniu, jak niejednokrotnie nazywano Malfoya, zajmował dość dużo miejsca w głowie Albusa, który wyjątkowo mocno przywiązywał się i interesował uczniami, chcą wspierać ich w miarę możliwości. Miał nieodparte wrażenie, że, kto jak kto, ale syn Lucjusza tego wsparcia potrzebował.
                Bynajmniej nietłumiony śmiech Pottera odbijał się echem od czaszki Dracona, który skrzywił się, przeklinając brak wyczucia zarówno Dumbledore’a, jak i Harry’ego. Panna Granger ograniczyła się do przewrócenia oczami, za co był jej wdzięczny. Chociaż dla niej obecna sytuacja też znajdowała się daleko poza strefą komfortu.
- Mógłby pan przyjrzeć się lepiej kominkom w lochach. Ich stan nie zasługuje nawet na Nędzny. – Malfoy przybrał na twarz niezwykle poważny wyraz, jakby rozmawiał o sprawach wagi państwowej.
                Dumbledore znowu się uśmiechnął, ale niedostrzegalny cień niepokoju zadomowił się już gdzieś z tyłu głowy.
- W takim razie pozostaje mi tylko prosić, Draco, żebyś został tu jeszcze chwilę. Pozwól, że po coś skoczę. – Albus mrugnął, wychodząc z gabinetu. Zaraz za nim ruszyła profesor McGonagall, która jeszcze raz oglądnęła się na Ślizgona, zamykając za sobą drzwi.
                Zostawiony w pozornej samotności Malfoy, odetchnął głęboko, natychmiast się prostując. Oparł zbolałe plecy na miękkiej powierzchni krzesła, przeciągając się zgrabnie. Już uspokojony, zmrużył nagle oczy od oślepiającego blasku, poczuł, jakby zapadał się w siedzeniu. Dziwne wrażenie towarzyszące efektom świetlnym zaraz znikło razem z nimi.
                Przetarł przewrażliwione oczy, z przerażeniem uświadamiając sobie przyjemną swobodę w okolicach klatki piersiowej. Strach nie był spowodowane brakiem uciążliwych damskich atrybutów, raczej powodem ich zniknięcia.
- Malfoy, nie waż się nawet otwierać oczu. – głos panny Granger, choć cichy, zabrzmiał nad wyraz groźnie. I, co ważniejsze, jak najbardziej na zewnątrz głowy Dracona.
- A Potterowi tego nie powiesz? – prychnął, mocno zaciskając powieki. O ile po przemianie świerzbiły go ręce, teraz odczuwał przemożną potrzebę otwarcia oczu.
- Harry nie jest teraz w stanie zwrócić uwagę na cokolwiek poza własnym brzuchem. – usłyszał przytłumiony odgłos kroków i jakieś szelesty.
- Radziłbym wam wyjść, oni zaraz tu wrócą. – nie otwieraj oczu, nie otwieraj oczu… bo pewnie nie będzie ci dane zobaczyć wiele więcej.
- Zdążyłam zauważyć. Myślicie, że profesor Dumbledore zauważy brak szlafroka? Czy cokolwiek to jest…
- Jakiego szlafroka? – Draco miał zamiar spojrzeć na owy wątpliwy szlafrok, ale zamknął oczy jeszcze szybciej niż je otworzył, nie dostrzegając nic poza niewyraźnymi kształtami.
- Możesz już skorzystać z narządów wzroku.
- Co? – wolał się upewnić, że nie dolegają mu problemy słuchowe, jak choćby te u Zabiniego.
                Poczuł zimne dłonie na powiekach, owionął go zapach kwiatów, których przez ten moment nie był w stanie zidentyfikować. Szept tuż przy jego uchu wywołał gęsią skórkę na szyi.
- Otwórz oczęta i pomóż mi z Harry’m, bo zwrócił obiad na dywan.
                Dłonie uwolniły jego powieki, po raz kolejny przeklął własną rękę, która drgnęła, aby je przytrzymać. Zamrugał, przyzwyczajając się do światła. Panna Granger, okryta ciemnozieloną peleryną związaną w pasie, zdążyła już podejść do wciąż nagiego Harry’ego, który zdobył się tylko na zakrycie dolnej części ciała, kiwając się w przód i w tył. Po jego lewej widniała plama o nieokreślonej barwie i mało przyjemnym zapachu, zawierająca w swojej konsystencji nie do końca rozgryzione resztki pożywienia.
- Dziesięć punktów dla Gryffindoru, Potter. Wykazałeś się. – Draco mruknął, marszcząc nos. Nie zauważył spojrzenia Hermiony, które skupiło się na jego twarzy i zaraz uciekło, zatrzymując się na Harry’m.
- Dasz radę wstać? – wykazująca się większą empatią Gryfonka, objęła przyjaciela i pomogła mu dźwignąć się na nogi, gdy kiwnął głową. Malfoy zaraz do nich doskoczył, podtrzymując Wybrańca z drugiej strony. Powoli skierowali się w stronę wyjścia, ale mniej więcej w połowie drogi dobiegł ich stukot butów na stopniach schodów za drzwiami.
- Najmilszy Godryku… - panna Granger rzuciła Draconowi pytające spojrzenie. Ten wskazał na pofałdowaną zasłonę przy ścianie, gdzie pociągnęli Harry’ego. Posadzili go za kotarą, Hermiona przykucnęła obok. Malfoy poprawił materiał i  skoczył w stronę krzesła, na którym przedtem siedział. Właśnie rozparł się na siedzeniu, gdy drzwi zaczęły się otwierać.
                Profesor Dumbledore wpadł do gabinetu, potrząsając trzymaną w dłoni kopertą. Rozciągnął usta w uśmiechu, który wydał się Malfoyowi wyjątkowo nie na miejscu.
- To dla ciebie. Matka prosiła, żebym ci przekazał – podszedł do biurka, grzebiąc w jednej z szuflad. Wyjął z niej niewielką paczuszkę i podał ją Draconowi – To też.
- Cóż… dziękuję – Ślizgon gwałtownie zakaszlał, słysząc dochodzące zza kotary beknięcie – Chyba się przeziębiłem, wie profesor, jak to bywa.
- Tak, obdarzono mnie tego rodzaju wiedzą, choć muszę przyznać, że wolałbym oszczędzić sobie praktyki. – Dumbledore pokiwał głową ze zrozumieniem.
- To ja już… - Draco wskazał za siebie na, jak sądził, drzwi. Odwrócił się, akurat by zobaczyć nagiego Pottera i pannę Granger wybiegających z gabinetu. Spod kotary zaczęła wylewać się maź o znajomej barwie, najbardziej prawdopodobny powód ich ucieczki. Zdążył jeszcze zerknąć na zdziwioną twarz dyrektora i również zniknął za drzwiami.
                Profesor Dumbeldore pokręcił głową, niepewny tego, co się właśnie stało. Zrobił krok w stronę zasłony, zamierzając usunąć niepożądaną substancję, gdy zdał sobie sprawę, że wdepnął w coś mokrego, wydając przy tym nieprzyjemny plaszczący odgłos.

****

                Ron Weasley miał swoje priorytety. Pomijając te oczywiste w postaci rodziny, przyjaciół i jedzenia, bardzo wysoko cenił sobie sen. Nie znalazłbyś lepszego sposobu na wprawienie rudzielca w drażliwy humor, niż skrócenie jego czasu na wypoczynek. Wierzył, że każdy może znaleźć zajęcie, które sprawi mu, najzwyczajniej w świecie, przyjemność. Harry grał w Quidditcha, Hermiona się uczyła, Ginny skradała, a on spał. To proste stwierdzenie zawierało w sobie harmonijność świata, którą pragnął zachować, bo był z niej zadowolony. Nie można powiedzieć, że oddawał się czynnościom sennym na wyłączność, należał przecież do sportowej reprezentacji Domu Lwa, na razie jako rezerwowy Oliviera Wooda. Poświęcał też trochę czasu ukochanej przez pannę Granger nauce, niekiedy łaził za siostrą, starając się odkryć cel jej wędrówek, czego nie udało mu się osiągnąć. Zakładał, że, chociaż się z tym nie zdradzała, zauważała go i zaczynała się włóczyć bez celu. Skradając się za nią, wpadł parę razy na Zabiniego, do którego nie żywił jakiejś szczególnej antypatii, ale do miłości jeszcze daleka droga. Miał też swoje „tajne zajęcia”, z nazwy zaś można wywnioskować, że się z nimi nie zdradzał. Bał się trochę, że zostanie wyśmiany, poza tym, są sprawy, które powinniśmy zachować tylko dla siebie i cieszyć się z nich w samotności. Bo kto by uwierzył, że on, kolejny Weasley, zajmuje się tak delikatną dziedziną, jaką jest muzyka? Może harmonijka nie zaliczała się do instrumentów wysokich lotów, ale jedynie na takie mógł sobie pozwolić.
                Grywał więc, gdy wszyscy już spali albo jeszcze się nie obudzili. Wykradał się do sowiarni, siadał na parapecie i oddawał dźwiękom przy akompaniamencie sowich skrzydeł. Za publiczność służyła mu odległa tarcza księżyca i nie miał nic przeciwko temu. Jednak jego nocne eskapady powodowały konieczność poświęcenia innej pory na błogosławiony sen, przez co uznawano go za niewyżytego w odpoczynku. Można się domyślić, że był mało zadowolony, gdy niecierpliwa dłoń potrząsnęła jego ramieniem, powodując otwarcie prawego oka. Zaraz też je zamknął, aby doświadczyć kolejnych wstrząsów. Jęknął przeciągle, przewracając się na brzuch i zatapiając twarz w poduszce z nadzieją na odejście nieproszonego gościa. Ten, niezrażony, niestrudzenie wybudzał rudego Gryfona, ściągając z niego ciepłą kołdrę.
                Pozbawiony nieodłącznego elementu w łóżku, został zmuszony do otwarcia obu oczu i powrotnego przewrócenia się na plecy. Tak, jak się spodziewał, uśmiechnięty Wybraniec trzymał w niegodnych rękach pierzynę, ogromnie z siebie zadowolony.
- Wstawaj, przyjacielu. Czara wzywa. – Harry rzekł radośnie, prawie podskakując z podekscytowania. Powstrzymał się, zachowując resztki godności, którą, według Rona, stracił, zakłócając jego sen.
- Coooo… - mruknął rudy, przejeżdżając dłonią po zmęczonej twarzy.
- ZARAZ CZARA WYBIERZE REPREZENTANTÓW! – Weasley nie omieszkał zauważyć, że ten wrzask najpewniej dotarł do głębin dormitoriów Slitherinu, gdzie nigdy nie zapuścił się żaden szanujący się Gryfon. Chwilę zajęło mu przetrawienie informacji, a gdy dotarł do niego sens słów przyjaciela, zerwał się, wybiegając z pokoju w samych bokserkach i podkoszulce.
                Tym sposobem Harry’emu i Ronowi, który zdążył się przy okazji ubrać, dotarcie do celu zajęło zaledwie kilka minut. Pomieszczenie, oświetlone niebieskim światłem Czary, było prawie całkiem wypełnione uczniami wszelakiej maści i szkoły, nawet uczęszczający do Durmstrangu i Beauxbatons zdecydowali się opuścić pokoje gościnne. Gryfoni przecisnęli się do miejsc zajętych przez Hermionę, która tylko pokręciła głową na ich widok, nie będąc w stanie ukryć szerokiego uśmiechu. Ron musiał przyznać, że takie podejście nieco go zdziwiło, za mało prawdopodobne uznawał podekscytowanie panny Granger sprawami Turnieju. Nie zdążył porządnie się nad tym zastanowić, bo profesor Dumbledore wszedł do sali, prowadząc pochód nauczycieli.
                Przysłuchiwał się powitaniom i podziękowaniom, niecierpliwie czekając na rozpoczęcie wyborów. Niby nie mógł brać udziału w Turnieju, ale, przyznajmy szczerze, kto by się tym nie interesował? Było to pierwsze tego typu wydarzenie w czasie jego nauki w Hogwarcie i  odczuwał wzrastającą chęć na wzięcie udziału w rozgrywkach, jak tylko osiągnie odpowiedni wiek. Mocno wątpił we wszelkie próby złamania zabezpieczeń, chociaż gorąco im kibicował, nie łudził się też, że sam byłby w stanie przekroczyć linię wieku już w tym roku. Nagłe postarzenie Freda i George’a uznał za całkiem zabawne, ale sam wolał nie doświadczyć niczego podobnego. Zwykle niecierpliwy, zdecydował przyjąć spokojne założenie, że kiedyś przyjdzie na niego czas. Pogrążony w tego rodzaju myślach, przesłyszał się w najważniejszym momencie. Profesor Dumbledore złapał zwęgloną na krańcach karteczkę:
- Hermiona Granger.
To nazwisko nie mogło zostać wylosowane. Spojrzał na siedzącego obok Harry’ego, zamierzając szturchnąć go i zapytać o właściwy wybór. Powstrzymał się w ostatniej chwili, zdając sobie sprawę z nienaturalnej ciszy, która otuliła zatłoczone pomieszczenie. Wydawało się, że wszyscy wstrzymali oddechy, nawet Dumledore’owi odebrało mowę. Ron zerknął w lewo, gdzie wcześniej siedziała Hermiona, a zobaczywszy puste miejsce, uszczypnął się dla upewnienia, że to nie sen.
Panna Granger podeszła do dyrektora, zamykając otwarte wcześniej usta. Rudy nie słyszał rozgorączkowanej dyskusji, prowadzonej przy Czarze, zarejestrował jednak, że, zgodnie z zasadami, Hermiona musi wziąć udział w Turnieju. Dostrzegał absurdalność powyższej myśli, potrząsnął głową, spoglądając na przyjaciółkę, która zajęła miejsce przy pozostałych reprezentantach – Wiktor Krum, Fleur Delacour i Hermiona Granger.
Hermiona Granger?
Całkowitą zdolność ruchu odebrał mu widok kolejnej karteczki, wyłaniającej się z ognia Czary. Głos Dumbledore’a, zawierający w sobie ni to strach, ni niepewność, rozbrzmiewał mu w głowie jeszcze przez całą noc.
- Harry Potter.


****

                Całkowity brak snu okazał się niemożliwy.
               
    Pozoranci.
                Gra.
                Śmierć niewinnego zwycięzcy.
    Skradająca się w cieniu istota.

Drżące ręce objęły mokry od potu tułów. To przecież tylko sen… Ale wykrzywiona od łez twarz towarzysza martwego zwycięzcy, była aż za dobrze znajoma.





Witam po dłuższej niż zazwyczaj przerwie!
Z rozdziałem powyższym męczyłam się okropnie, więc nie jestem też z niego zbytnio zadowolona. W każdym razie, mam do Was ważne, jak mniemam pytanie - co sądzicie o  ewentualnej zakładce/"gadżecie" z planowaną datą następnego rozdziału? Rozważam tego typu kwestię i nie jestem pewna, czy ma ona większy sens.

Z nadzieją, że rozdział numer osiem nie nosi zbyt wielkich śladów kapryśnej ostatnio weny, Mocy życzę,
Vi

środa, 19 kwietnia 2017

7. Przestań rżeć, Potter


Tylko w milczeniu słowo,
tylko w ciemności światło,
tylko w umieraniu życie:
na pustym niebie
jasny jest lot sokoła.*

  
    Beztroska.
    Oto, co im dali. Bezpieczeństwo również, oczywiście. Kilkanaście, może kilkadziesiąt dodatkowych lat życia. Pokazali im świat w jego pokojowym wymiarze, otworzyli przed nimi drzwi, których w innym wypadku nawet by nie zobaczyli – a oni nie widzieli w tym nic dziwnego.
    Oni.
    Oni wszyscy.
    Nie brakowało mu uznania. Sama świadomość tego, do czego doprowadził całkiem wystarczała. Było jej aż nadto. Myślał o tym, co by się stało, gdyby ktoś się dowiedział – czy zostałby uznany za bohatera? Nie miał pewności, czy zamiast orderu nie przypięto by mu łatki szaleńca. Ba, nie miał pewności – był o owym fakcie przekonany.
    Podrapał się po lewym przedramieniu. Minerwa pytała o Znak, wątpliwości kiełkowały w jej zalęknionym sercu. U niej przynajmniej miały gdzie kiełkować. Od razu rozwiał wszelkie przypuszczenia – Czarny Pan nie mógł powrócić. Wraz z jego śmiercią Znak zblakł, jakby utożsamiał się ze swoim twórcą. Jakby też umarł. A mimo to wciąż palił.
    Chociaż Severus wiedział, że nie był to prawdziwy płomień.
    Wciąż czuł odpływ energii z lewego przedramienia, gdy zakutana w czarną szatę postać upadała na podłogę. Paznokcie wbijające się w wewnętrzną stronę dłoni, kropelki krwi kapiące na podłogę. Wstydził się, że nie podołał. Wstydził się, że zrzucił swoje brzemię na ramiona Minerwy.
    Brzemię mordercy.
    W stojącym przed nim pucharze dostrzegł ciemne spojrzenie. Czarne oczy, zwykle wyprane z emocji, zamknięte, teraz otwierały się niby pod wpływem zaklęcia. Nie chciał widzieć w nich tego wyrazu – nie chciał widzieć histerycznego cierpienia. Pod postacią smolistej substancji zalewało ciemne tęczówki, spływało po rzęsach, znaczyło policzki trwałymi śladami. Ale to nie były łzy.
Wystarczyło, że przymknął powieki – miał przed sobą wszystko, o czym tak usilnie próbował zapomnieć, choćby na chwilę. Wiedział jednak, że ktoś musi strzec tajemnicy. Ktoś musi ją dźwigać, ulżyć innym. Wierzył w wysiłek. Każdy ma swój osobisty krzyż – każdy musi sobie z nim radzić sam.
    Przeklinał własne przekonania. Nie uważał ich za błędne, to on był błędem. Bo Minerwa, poza własnym, dźwigała też jego krzyż.
    Ciekawiło go, jak to jest być bohaterem. Dostrzegać w oczach wszystkich naokoło te błyski podziwu i szacunku. Jak to jest czuć, że robi się dokładnie to, co właściwe? Że, pomimo wszelkich przeciwności, nawet niepowodzeń, wciąż zostanie się uznanym za wybawiciela? Co to znaczy nie bać się swojego spojrzenia? Chciałby z podniesioną głową zajrzeć w głąb własnych oczu i nie mieć się czego wstydzić.
Kiedyś znalazłby wielu, których mógłby spytać. Wielu… Było ich kilku, ale to i tak dużo, a już na pewno wystarczająco. Niewykluczone, że odpowiedzieliby mu. Rozwialiby wątpliwości, zaspokoili ciekawość, podnieśli na duchu. W życiu by się do tego nie przyznał, ale jako pierwszego zapytałby Pottera.
    Te myśli odczuwał, jak powoli wbijane gwoździe do trumny. Sam podawał je grabarzowi, zachęcając go do szybszego załatwienia sprawy. Kiedyś zapytałby Pottera, bo on by wiedział.
    Odebrał mu tę wiedzę.

****

    Gdy słońce wzeszło nad podwaliny świata, utworzyło cienie. To w nocy, pośród nieprzeniknionego mroku, rozbłysło pierwsze światło.
    Może właśnie dlatego tak kochała ciemność - tylko w jej czarnych ramionach była w stanie dostrzec wyraźniej blask gwiazd. Opierała się o ciemny tors, spoglądając w niebo. Oglądała promienie, jak usilnie wierzyła, promienie samego stworzenia. One były jedyną stałą w jej życiu. Bo wszystkie inne światła mogły zgasnąć, ale te niebiańskie wciąż będą świecić tak samo. Chciała kiedyś znaleźć się  wśród nich.
    Przemknęła przez ciche korytarze, nie zważając na chłód kłujący bose stopy. Ciemny szlafrok w iglastym odcieniu zieleni łopotał za nią na wzór peleryny. Uśpiony zamek nie był straszny – po prostu w nocy z kątów wychodziły tajemnice, które bały się wychylić za dnia. Minęła zamknięte drzwi sal, stare okiennice skrzypiały na wietrze. Portretowe postaci opierały się o ramy obrazów, śpiąc w wyjątkowo wymyślnych pozycjach, które najwyraźniej im nie przeszkadzały. Ciekawe, czy kiedyś na tych murach zawiśnie jej portret.
    Dotarła na obrzeża zamku, do jednej z najrzadziej odwiedzanych części. Zwolniła nieco kroku, wiedząc, że na nikogo się tu nie natknie. Odgarnęła z twarzy kilka zagubionych loków, założyła niesforne pasma za uszy. Uśmiechnęła się pod nosem, wpatrując w jakiś punkt przed sobą – jej okno znajdowało się na swoim miejscu. Usiadła we wgłębieniu w kamiennym parapecie, opierając się o fragment ściany przy szybie. Podciągnęła kolana pod brodę, oplatając je rękami. Patrzyła.
    Błyszczały tak, jak zwykle. I chociaż zawsze przychodziła jej do głowy podobna myśl, wiedziała, że nigdy nie świecą w identyczny sposób. Pulsowały, raz jaśniejąc, raz ciemniejąc. Zmieniały barwę. Srebro stawało się błękitne, aby potem przejść w biel i na odwrót. Zawierały w sobie nienazwane jeszcze odcienie wielu z kolorów, ale tylko szlachetnych kolorów. Bo gwiazdy były arystokratami nieba. Niektóre z nich całkiem gasły, aby już nigdy nie rozświetlić mroku nocy. W zamian dokonywały czegoś o wiele piękniejszego – to w umierających z nich rodziły się anioły. Były jak błędne ogniki na ametystowym firmamencie. Od tych ziemskich różniły się jednym – podążając za gwiazdą, nigdy nie można się zgubić.

    Taką ją zobaczył. Kasztanowe włosy nierównymi splotami opadały jej na plecy, otulały głowę falującą aureolą. Pod wyraźnie zaznaczonymi kościami policzkowymi utworzyły się cienie, nadając twarzy drapieżności, wyostrzając kontury. Smukłe dłonie obejmowały kolana, bose stopy oparła o parapet przed sobą. Zielony szlafrok otulał jej ciało, jego końce zwisały w kierunku podłogi. Wydawała się taka inna, wręcz nieludzka. Nie widział w oczach nikogo innego tyle blasku – nie wiedział, że jakiekolwiek mogą odbijać w swojej powierzchni tyle gwiazd. Jedynie JEJ oczy zasługiwały na miano zwierciadeł. Przypomniał sobie, jak matka czytała mu opowieści o magicznych stworzeniach, nie z tego świata. Jak czytała mu o elfach, istotach niewyobrażalnie pięknych, choć niebezpiecznych. Najmądrzejszych ze wszystkich kiedykolwiek istniejących ras stworzeń. Ona, niby jedna z nich, przybrawszy na twarz wyraz niezmierzonego zamyślenia i zachwytu, spoglądała w tylko sobie znanym kierunku. Wydawała się taka…
    Nieosiągalna.
    Podobno każdemu z nas jest ofiarowany jeden cudowny obraz, który może zobaczyć. Jeden cud. Trzeba zachować go potem w pamięci i karmić się nim w chwilach zwątpienia. Musi wystarczyć na całe życie.
    Draco swój cud zobaczył mając niecałe szesnaście lat.
    Zwróciła na niego błyszczące oczy. Zatonął w ich barwie, pochłonęła go głębia, światło. Zanurzał się w zmiennych odcieniach, pokonywał nieskończone fale barw, rozświetlone tysiącami ogników. Czuł się jak żeglarz, kuszony syrenim śpiewem – nie miał żadnych oporów przed poddaniem się mu. Miał wrażenie, jakby pokonywał setki mil, jednocześnie nie ruszając się z miejsca. Wznosił się, opadał, tonął, aby zaraz się wynurzyć, łapczywie połykając powietrze. Rodził się, umierał w tym spojrzeniu. I, co niezwykle go zdziwiło, dostrzegł w nim własny błyszczący wzrok. Jaśniejszy niż ten, którego zawsze zazdrościł Potterowi.

 Oczy Pottera błyszczały, dostrzegał w nich iskierki podekscytowania i zachwytu. One żyły. Zazdrościł mu tych oczu. Zazdrościł mu, że może nimi oglądać o wiele lepsze rzeczy.

  Teraz sam widział te rzeczy. I nie dziwił się, że Harry tak usilnie ich strzegł.
- Draco? – do tej pory nikt tak pięknie nie wypowiedział jego imienia. Nie Malfoy, nie Ślizgon. Draco.
- Hermiona. – uśmiechnął się. Widział jak zadrżała. Przesunęła się, robiąc mu miejsce na parapecie.
  Usiadł, jedną nogę opierając przy oknie. Srebro tańczyło w jego platynowych włosach.
- Często tu przychodzisz?
  Pokręciła głową, kilka loków wysunęło się zza ucha, opadając po bokach twarzy.
- Czasami. Nie zawsze mam szansę.
- Filch zazwyczaj kręci się po niższych piętrach. – szepnął – Dlatego tak trudno wyrwać się z lochów.
    Odważyła się spojrzeć na jego oblicze, zwrócone w stronę okna. Stalowe spojrzenie zmiękło. Kto by pomyślał, że metal może przybierać tyle odcieni między szarością a srebrem.
- Niektórzy Gryfoni mają nieprzyjemny zwyczaj przesiadywania w Pokoju Wspólnym do rana.
- Nie doceniacie błogosławieństwa snu. Ślizgoni nie popełniają takich błędów. – uśmiechnęła się nieznacznie. Zerknął na jej pełne usta.
- Co tu robisz? Zakładam, że wędrówka z lochów aż na siódme piętro nie była bezcelowym spacerem.
    Przymknął oczy.
- O wiele łatwiej myśli się ponad poziomem Slytherinu. Stęchlizna przyćmiewa obraz.
  Dziedzic Slytherinu mówiący o stęchliźnie Domu Węża?
  Zaśmiał się.
- Dziwne, prawda? To nie tak, że stworzyliśmy tam jakąś sektę. Harry zabrał mnie kiedyś do Wieży Gryffindoru… - widząc uniesioną brew Hermiony, dodał – pod peleryną niewidką. Widziałem was, Gryfonów,  i  chociaż wy nie widzieliście mnie, promieniowaliście takim dziwnym ciepłem… Czasem żałuję, że to zobaczyłem. Poczułem. Nie miałbym na co narzekać, do czego tęsknić. Kto raz zapłonie, już nigdy nie chce zgasnąć.
    Spojrzała na niego.
- Ślizgoni nie wydają się zbyt przyjaźni, ale tylko jeśli chodzi o inne Domy. Na pewno sami dla siebie nie jesteście tacy źli.
- To miał być komplement?
  Wzruszyła ramionami.
- Możesz to tak traktować. Zwykła obserwacja. Przecież nikt nie jest do końca zły, tak jak nikt nie jest całkowicie dobry.
- Hermiona Granger, nie dość, że podręczna encyklopedia, to jeszcze skarbnica cytatów. – oparł głowę o ścianę za sobą, patrząc na Gryfonkę spod półprzymkniętych powiek.
- To zdecydowanie był komplement.
  Uśmiechnął się. Znowu. Nawet gdy siedziała, zmiękły jej kolana.
- Ja już tak mam. Gdzie nie pójdę, sypię komplementami z każdego rękawa. Kiedyś mi nawet z nogawki wypadł.
- Będziesz mógł się popisać swoją uprzejmością jutro, gdy to moje nazwisko wyrzuci Czara.
- Chcesz całą chwałę i sławę zatrzymać dla siebie? – uniósł brew – Zapewniam, że już prędzej Potterowi się uda. Właściwie, to dość prawdopodobne, znając moje szczęście.
- Nie mogę się nie zgodzić. Czara musiałaby mieć niestrawność, aby wyrzucić karteczkę z niechlujnym „Malfoy”.
  Draco prychnął cicho.
- Pasowałoby, żeby najpierw ten cały pokręcony plan się udał. Nie mamy pewności co do skuteczności zaklęcia.
- Ja mam pewność. – Hermiona założyła ręce na piersi.
- O, a to coś nowego. – przewróciła oczami.
- To MÓJ plan, więc musi się udać.
- Skromna, jak zwykle.
- Powiedział Malfoy.
    Znowu spojrzała na gwiazdy. Czekał na to, żeby móc bez skrępowania przyglądać się jej obliczu. Jego matka, samo uosobienie piękna, zwykła mówić, że najpiękniejsze twarze nie zdają sobie sprawy z własnej urody. Hermiona zdecydowanie nie zdawała sobie sprawy.
- Draco? – ciarki przebiegły mu po plecach. Nie można tak na kogoś działać, jedynie wypowiadając jego imię.
- Tak?
- O czym chciałeś myśleć poza „stęchlizną Slytherinu”?
  Westchnął, opierając drugą nogę na parapecie.
- O wszystkim. W lochach myślenie przychodzi nadzwyczaj trudno, Zabini ma monopol na rozsiewanie głupoty. Zazwyczaj się temu opieram, ale to zaawansowany przypadek.
- A o czym myślałeś dzisiaj?
  O tobie.
- O Dafne Greengrass.
 Świetnie, pacanie. A teraz idź i wal swoim tlenionym łbem w mur.
- Niezła jest, nie? – Hermiona uśmiechnęła się znacząco.
- Co? – powalasz elokwencją, stary, nie ma co.
  Uśmiech panny Granger powiększył się. Powinni wprowadzić zakaz uśmiechania się w ten sposób. Takimi ustami… Znaczy, usta jak usta.
- Żartuję przecież, zupełnie nie w moim typie.
- A jakakolwiek inna… dziewczyna… jest w twoim typie? – powiedz „nie”, powiedz „nie”, powiedz „nie”…
  Pokręciła głową.
- Nie wiem, czy ktokolwiek może być w moim typie…
  Malfoy uniósł brew, tak, jak to tylko on potrafi.
  Machnęła ręką.
- Bo widzisz, żeby ktokolwiek był w twoim typie, ty musisz być w czyimś typie. Poza tym, chyba nie wierzę w typy. Jak spotkasz tego kogoś, po prostu będziesz wiedział. O ile to w ogóle możliwe.
  Oj, zapewniam, jesteś w moim typie… Pottera. W typie Pottera.
  Zamilkli, wpatrując się w siebie. A gwiazdy wpatrywały się w nich.
- A ty? Dlaczego tu przychodzisz?
  Uśmiechnęła się. Jeszcze nie widział takiego uśmiechu.
- Lubię oglądać noc.
    Zamknęła oczy, jej usta poruszały się nieznacznie, gdy mówiła. Zastanawiał się, czy w dotyku były takie miękkie, na jakie wyglądały.
- Wtedy wszystko jest jaśniejsze. Wtedy wszystko się odkrywa. Można zobaczyć świat inaczej, bo pod osłoną mroku nie czuje się tak widoczny, jak w świetle dnia.
  Miał wrażenie, że nie chodziło jej tylko o „świat”.
- Chyba pierwszy raz normalnie rozmawialiśmy. – otworzyła oczy.
- Ciesz się, póki możesz.
- Mów za siebie.
  Mówił.

****


    Pokój Życzeń wyglądał inaczej – zamszone mury ustąpiły miejsca lustrzanym ścianom, stoły zniknęły, pozostawiając po sobie jedynie pustą przestrzeń. Jasne, niebieskawe światło okryło ciepłą płachtą wnętrze pomieszczenia, ni to opiekuńczo, ni obojętnie. Wsunęło się w każdy kąt, wygoniło cienie, a jasność, którą ze sobą niosło, oślepiła dwójkę Gryfonów, ostrożnie zamykających za sobą drzwi. Malfoy już na nich czekał, wyprostowany, władczy. Rzucił im to spojrzenie, nazywane przez nich nie inaczej, jak „arystokratycznym”. Ale nie odważyliby się wypowiedzieć owego określenia na głos – spojrzenie skutecznie im to uniemożliwiało.
- Wy, Gryfoni, niezwykle cenicie sobie punktualność.
- Niektórzy są momentami zajęci, Malfoy. – panna Granger odłożyła wypakowaną torbę pod ścianę – Może kiedyś też będziesz mógł się w ten sposób określić.
- A Hagrid zgoli brodę. – zauważył Harry, podchodząc do Ślizgona.
- Żeby jeszcze bardziej odsłonić tą, pożal się Boże, mordę? Broń Merlinie. – Draco wsunął ręce do kieszeni – Chyba musieliby zawiesić zajęcia z Opieki Nad Magicznymi Stworzeniami na czas jej odrastania.
- Jemu by przynajmniej odrosła. – Hermiona spojrzała na dolną część twarzy Malfoya, co, już po chwili, uznała za bardzo nieostrożne. Z ociąganiem odwróciła wzrok, skupiając go na Harry’m. Nie przegapiła przy tym uśmieszku Dracona, głoszącego wszem i wobec swoje egocentryczne znaczenie.
- Ja nie wyznaję zasady „lepsza taka niż żadna”. Myślisz, że pasowałaby mi podobna szczecina? – tym pytaniem zmusił ją do ponownego zerknięcia na jego twarz. Nie opierała się długo.
- W twoim przypadku nic nie może być „podobne”. Jakbyś przyjmował tylko to, co się wyróżnia. – Hermiona szybko zamknęła usta, zdając sobie sprawę, że za dużo powiedziała. Harry rzucił jej dziwne spojrzenie, a Malfoy uśmiechnął się nieznacznie.
    Nie był w jej myślach jedynie zarozumiałym Ślizgonem. Utwierdził się w tym przekonaniu, dostrzegając delikatny rumieniec, wypełzający na policzki panny Granger. Widział przy tym te niegasnące błyski w ciemnych oczach i ogarnął go żal, że dopiero teraz zdarzyła się okazja, żeby oglądać je z bliższej odległości. Przekładał różdżkę między palcami, marszcząc brwi. Zabini wmawiał mu, że się zakochał – to nie była prawda. Szczerze mówiąc, nie do końca wierzył w miłość. Wiedział jednak, że wymaga czasu. Pokaźnej ilości czasu. Jak na razie, Hermiona go fascynowała, a i dla niej najwyraźniej nie był obojętny. I nawet jeśli miałoby się okazać, że to tylko przelotna znajomość, nie żałowałby ani chwili spędzonej w towarzystwie ciemnookiej Gryfonki. Niektórych raz poznanych ludzi, wspomina się całe życie. Nawiedziła go niepokojąca świadomość faktu, że nie zdawał sobie sprawy z tego, co czuł. Nie rozumiał dziwnej radości i nieniknącej chęci droczenia się z panną Granger. Oglądania jej zarumienionych policzków czy groźnych błysków w oczach. Uśmiech na bladej twarzy powiększył się, gdy Draco przypomniał sobie wczorajsze spotkanie. Musiał przyznać, że było całkiem… całkiem miłe, wcale nie nieprzyjemne. Tylko przez moment wzbraniał się przed tą myślą, aby zaraz przyjąć ją z niespodziewanym spokojem. Spotkanie czy też nie, nic wielkiego przecież nie znaczyło. Nic a nic.
    Zorientował się, że Gryfoni właśnie przerwali wcześniej prowadzoną wymianę zdań i spoglądają na niego wyczekująco. Ustawili się w ustalony sposób, w ciasnym okręgu, twarzami do siebie. Prawie stykali się ramionami, dmuchając sobie w twarze podczas wydechów. Hermiona rzuciła towarzyszom przelotne spojrzenia, ściskając różdżkę w długich palcach. Słowa okazały się zbędne, poszczególne punkty plany powtarzali tyle razy, że mogli je recytować w nocy o północy, nawet na kacu. Nie zmieniało to jednak faktu, że wszyscy byli w jakiś sposób poruszeni, mniej (rozumiane jako Malfoy) lub bardziej (Harry). Panna Granger, o dziwo, nie zdradzała szczególnych oznak niepokoju albo potrafiła je dobrze ukryć. Było to o tyle zaskakujące, że w ciągu ostatnich kilku dni powtarzała im bezustannie, jakie konsekwencje niesie ze sobą zarówno eliksir, jak i zaklęcie. Uspokajali ją, poili wszelkiego rodzaju herbatkami, zmusili nawet do krótkiej medytacji – nic nie pomogło. Hermiona o wiele lepiej przyjmowała do świadomości już rozpoczętą akcję, niż dłużące się oczekiwanie, co właśnie udowadniała.
    Skierowali różdżki do środka okręgu, ich końce niemal się stykały. Zaklęcie, jedna krótka formuła i będzie po wszystkim. Nie, tak właściwie to nie – pomyślał Malfoy – Wtedy dopiero się zacznie. Nie zdążył rozwinąć kiełkujących wątpliwości, bo panna Granger dała znak. Odgonił nieprzyjemne myśli i skupił się na prawidłowym rzuceniu czaru. Trzy wąskie promienie zderzyły się, przenikając wzajemnie. Niby błękitnawe wiązki elektryczne, rozpoczęły szalony taniec, skacząc pomiędzy różdżkami, zwijając się, aby zaraz się rozwinąć. Oplatały magiczne atrybuty, niczym skrzące liany mocy. Wszystko to trwało zaledwie ułamek sekundy, a promienie, wspinając się po drewienkach różdżek, zagłębiły się w dłoniach je trzymających.
    Przeraźliwie jasne światło poraziło Dracona, który momentalnie zacisnął powieki. Kolorowe kropki tańczyły my przed zamkniętymi oczami, rozpraszając uwagę i irytując. Blask przygasł, w Pokoju rozchodziła się tylko delikatna poświata. Zamrugał, z nieprzyjemną świadomością, że coś jest nie tak, jak trzeba. Miał wrażenie, jakby jego klatka piersiowa nagle się powiększyła, czuł się ciasno we wcześniej luźnej koszuli, szczególnie w jej górnych partiach. Zamglonym wzrokiem lustrował pomieszczenie, rozmazane kształty toreb i ubrania Gryfonów, porzucone na podłodze. Zniknęli. Coś ścisnęło go w gardle, gdy sobie to uświadomił. Mogli to przewidzieć, mogli… No właśnie, co mogli zrobić? Skąd niby mieliby wiedzieć, że coś pójdzie nie tak? A co jeśli… co jeśli on ich pochłonął? Przekazali mu swój wiek, czyniąc go starszym, ale sami przy tym zginęli. Ale dlaczego nie było tu ciał? Ani w czasie rzucania zaklęcia, ani później, podczas nagłej jasności, nie słyszał żadnych krzyków, wołania o pomoc, czegokolwiek. Jakichkolwiek oznak, że…
    Usłyszał i to dość wyraźnie. Głos odbijał się echem w jego głowie, wywołując uciążliwy ból. Jednak wydawał się przy tym jego własnymi myślami… tylko brzmiały inaczej. Bardziej jak…
Malfoy, bądź łaskawy założyć moje okulary, bo nic nie widzę. – głośny syk Harry’ego zadzwonił mu w uszach. Malfoy!
- Cicho! To boli. Uspokój się, już je znajdę. Gdzie ty jesteś, Potter? Przestań się bawić i zakładaj gacie, nie mam zamiaru oglądać cię w całej okazałości.
Jesteś pewny? Mógłbyś się nieźle zaskoczyć. Jak chcesz, sprawdzimy, tylko muszę stąd wyjść.
- Oszczędź sobie dzikich fantazji, Potter, i chodź tu, odwrócę się. Zaraz, Granger też się tam chowa? Gryfoni to porąbani zboczeńcy, z kim ja się zadaję…
Wyjąłeś mi to z ust, Malfoy. – panna Granger zaśmiała się cicho.
- Czyli jednak jesteś! A ja już się bałem, że podobają ci się dziewczyny… Wyłaźcie stamtąd. Gdziekolwiek was poniosło.
Problem polega na tym, że to stanie się możliwe dopiero za dwie godziny. A zapewniam cię, chętnie bym opuściła to siedlisko grzechu i rozpusty, jakim jest…
- Za dwie godziny?! Wtedy przestanie działać czar! Przestańcie sobie ze mną pogrywać, to nie było śmieszne nawet na początku.
Nie no, trochę było. – wtrącił Harry
Racja, było. – usłyszał Hermionę.
- Gdzie wy, do cholery, jesteście?! – Draco zanurzył palce we włosach, ciągnąc je lekko. Był prawie pewny, że w jego głowie rozbrzmiał śmiech. Wyjątkowo irytujący, wyjątkowo gryfoński śmiech.
Przestań się rzucać, to ci wszystko wytłumaczymy. Trochę trzęsie. – jakby poczuł, jak panna Granger przewraca oczami.
I boli. Przestań ciągnąć. – Harry rozmasował głowę.
    Malfoy otworzył szerzej oczy. On. To. Czuł. Czuł, jak się ruszają. Czuł to, co normalnie by widział. A ich nie widział. Zaklęcie musiało być mocno przekręcone, zaczynał mieć omamy… wzrokowe i słuchowe. Zmysł odczuwania do wymiany, przydałaby się jeszcze wizyta u psychomaga, góra dwie. Trzeba do tego podejść na spokojnie… Słyszy głosy zmarłych, to nic takiego. Zaraz, jakich zmarłych? Przecież oni żyją. Schowali się, cholernicy. To ich spaczone poczucie humoru kiedyś go wykończy, Merlin temu świadkiem. Umrze w męczarniach, a na nagrobku mu napiszą „Zginął w mężnej walce przeciwko niedorozwojowi Gryfonów”. Tak, od razu lepiej.
Malfoy!
Ignoruj to, ignoruj…
Malfoy, idioto, nie rób z siebie ofiary i posłuchaj!
- Jakiej ofiary?! Co wy odwalacie?! – wziął głęboki wdech – To mi się tylko wydaje. Nie jest prawdziwe. Ojciec też tak ma… ale on jest w Azkabanie. Cholera.
Malfoy, jesteśmy w twojej głowie. Rozumiesz? W twojej głowie.
- Darujcie sobie i tak wam nie uwierzę. Dracon Lucjusz, oaza spokoju i opanowania, nie dla mnie takie gierki.
Malfoy, udało się. Zaklęcie działa, połączyło nas… albo raczej nasze świadomości…
- Chyba zapiszę się na yogę…
Jesteśmy w twojej głowie!
Nie drzyj się Harry, jego to boli!
Sama się drzesz!
Racja, przepraszam Draco.
- Matka mówiła, że pomaga, tylko trzeba się wczuć… Zaraz, Draco? – zastygł w bezruchu – Wy serio tam jesteście, co?
Poczuł, jak kiwają głowami.
- Chyba dam radę się przyzwyczaić. Chociaż Granger i Potter w mojej głowie… Nie, nie, nie, to wszystko mi się śni, prawda? Wiedziałem, że Hermiona by się w życiu nie zgodziła…
Malfoy…
- Nie rozmawiałaby ze mną. W końcu ja to taki wstrętny Ślizgon… tylko Potter mi został. A co jeżeli on też jest wyobrażeniem mojego schorowanego umysłu? Ja nie chcę zostań tylko z Blaise’m…
Malfoy…
- W końcu to Diabeł, zaciągnie mnie do jakiegoś kotła i będzie jadł popcorn, patrząc, jak się smażę…
Malfoy…
- Ja nigdy nie mówię do siebie per „Malfoy”! Przestań!
Uspokój się! – wrzask dwóch głosów otrzeźwił go na tyle, że zamilkł.
Plan, pamiętasz? – Hermiona powoli i dokładnie wymawiała każde słowo – Zaklęcie łączące. Udało się. Połączyło nas, a nie wiedzieliśmy dokładnie, jak to będzie wyglądać. Teraz ja i Harry siedzimy sobie w twojej głowie. Czujemy to, co ty, widzimy to, co ty… czyli na razie nie wiele, bo nie masz okularów…
- A od kiedy ja noszę okulary?
Od teraz, z racji tego, że jestem w twojej głowie!
Ciszej!
Racja, wybacz. – Harry spuścił głowę.
Poza naszymi świadomościami, połączyłeś się też z cząstkami naszych… materialnych osobowości. Zakładam, że z tym, do czego było ci najdalej, tak jak do problemów ze wzrokiem.
- Czyli że wy jesteście teraz w mojej głowie… wasze świadomości… i wasze ciała też. Dlatego mogę odczuwać ruchy waszej materialności, jak kiwnięcia głową…
Mówiłem, że to nie taki idiota, za jakiego go masz.
Pfff…
- Jednak twój plan się powiódł, Granger, możesz być dumna. Ten jeden raz zwracam honor.
Czuję się zaszczycona, Malfoy.
- Ale… - Draco zmarszczył brwi – Jaka cząstka ciebie przeszła na mnie?
Usłyszał powstrzymywany śmiech Harry’ego, który wywołał w nim jak najbardziej uzasadniony niepokój.
- Granger?
Cóż
- Potter, przestań rżeć!
A czujesz się… - Hermiona miała wyraźne problemy z wyartykułowaniem, o co jej chodzi. Promieniowało od niej dziwne wrażenie, jakby… zawstydzenia?
… inaczej? Poza wzrokiem i naszymi głosami, oczywiście – dodała szybko.
- Eeee… - przypomniał sobie o tym rozszerzeniu klatki piersiowej i spojrzał w dół.
    Sekunda ciągnęła się za sekundą, całe jego piętnaście lat życia zdawało się minąć szybciej niż te parę ostatnich chwil. Wpatrywał się w swoją koszulę z mieszaniną niedowierzania i strachu, powoli wypieraną przez, oczywiście, niepożądaną, satysfakcję. Biała połać materiału, wcześniej płaska, wybrzuszyła się. Wprawdzie, nie było to duże wybrzuszenie, jakie widział u niektórych dziewczyn, ale zawsze wybrzuszenie. Znajdowało się na wysokości klatki piersiowej, w miejscu charakterystycznym dla przedstawicielek płci pięknej. Chwilowa satysfakcja ustępowała pod wpływem, tym razem rosnącego, przerażenia.
- Granger? – Draco zamknął oczy – Ja mam piersi.
Harry, przestań rechotać!
- Ja mam piersi… na Salazara… piersi…
Już się tak nie ekscytuj.
- Nie żeby coś Granger, ale jakby były one z całym twoim ciałem, nie miałbym nic przeciwko… Ale same piersi? Normalnie zachowywałbym się bardziej jak zachwycony, trzeba jednak zauważyć, że to raczej dziwne, tak nagle wchodzę do komnaty z Czarą, wrzucam karteczki i wychodzę, machając tymi tu na prawo i lewo…
    Zaczął chodził w kółko po pokoju, co jakiś czas zerkając w otaczające go lustra. Natrafił przy okazji na okulary Harry’ego, które zaraz założył, krzywiąc się lekko. Zamazane kontury wyostrzyły się, wyraźniej dostrzegał poszczególne kształty. I chociaż nadal nie widział wszystkiego perfekcyjnie, było o niebo lepiej, a to robiło jednak jakąś różnicę. Znowu spojrzał w jedną z lustrzanych tafli. Idealny od stóp do głów. Wypastowane buty, spodnie z kantką, koszula bielsza niż śnieg… piersi… dalej jasna szyja, nieskazitelnie piękna twarz, srebrne oczy i platynowe sploty włosów, opadające na czoło. Niestety, punktu pomiędzy koszulą a szyją nie można było nie zauważyć.
- Zabini zamęczy mnie tym…. A na pogrzebie zaśpiewa balladę o moich… moich…
Piersiach – dobrodusznie podpowiedział Harry, którego Malfoy zapewne zgromiłby właśnie wzrokiem, gdyby tylko mógł na niego spojrzeć.
- Ale, Granger?
Hm?
- One są twoje?
Malfoy, nie utrudniaj tego.
- Ale są?
No są.
- Na słodkiego Salazara…
    Miał na sobie piersi Granger. Na sobie… W każdym razie, miał. Przerażało go to. Ale zarazem wywoływało poczucie zadowolenia, które bardzo, bardzo chciał odgonić. Niestety, słaba ślizgońska wola, bo zaraz zaprzestał prób pozbycia się owego poczucia i skupiał na tym, żeby trzymać ręce w kieszeniach spodni.
Ani się waż, Malfoy.
- O co ty mnie oskarżasz, kobieto? Mnie? Uosobienie niewinności?
Już ty dobrze wiesz, o co.
- Nie, najwyraźniej brak mi tego czegoś. Byłabyś tak miła i oświeciła błądzącego we mgle?
Malfoy… Harry, przestań rechotać!
Wybacz, Hermiono… To jest silniejsze ode mnie… Też byś się śmiała, jakby on miał moje..
Twoje co?
Eeee…
No co?
Nie, tak właściwie to nic. Nic, co byłoby śmieszne. Albo czego by już nie miał.
Harry!
- Uspokójcie się, jeśli łaska. Co ja z wami mam…
Ty z nami? A kto przez ostatnie dziesięć minut darł się, jak baba na targu i zapisywał na yogę?
- Jaką znowu yogę? Tak mi się powiedziało, nic zobowiązującego.
Ale przyznaj, jakbyśmy ci nie wytłumaczyli, co się stało, to być się zapisał.
- Nie przesadzajmy, nie byłem aż tak zdesperowany, żeby…
Nie?
- Dobra, byłem. Możemy to zostawić? Czas ucieka, a jeszcze nie wymyśliliśmy, jak dostać się do Czary, zachowując przy tym moją godność i nieskalaną reputację.
Nie musimy wymyślać, bo nie ma czego zachowywać.
- Granger, waż słowa.
Bo co?
- Oj, ty już dobrze wiesz co… - Draco uśmiechnął się perfidnie.
Nie zrobiłbyś tego!
- Zbieram zakłady! Ile dajesz, Potter?
Pięć galeonów na „zrobiłbyś”.
- Granger?
Palanci. Ogarnijcie się lepiej. Chyba wystarczy, jak założysz grubą szatę… o, albo wyczaruj gorset i na to szatę, wystarczy zwykła.
- Gorset?
Nie wiesz, co to jest gorset?
- Za kogo ty mnie masz? Oczywiście, że wiem!
Mam odpowiadać na to pytanie?
- Oszczędź sobie.
    Draco odetchnął raz i drugi, mruknął coś o niezrównoważonych Gryfonach i rzucił zaklęcie. Jego klatkę piersiową ścisnęła konstrukcja z twardego materiału, związanego na plecach. Pokonał przemożną chęć zdarcia tego z siebie, przyzwyczajając się do zawężonego pola manewru oddechowego. Spojrzał w dół, z satysfakcją zauważając prawie całkiem płaską powierzchnię.
- Jakiegoś szczególnego powodu do dumy to ty nie masz, Granger… Patrz, całkiem zniknęły.
Mi osobiście takie odpowiadają, nawet mogłyby być mniejsze.
- Wolałabyś całkowity brak? – poczuł mrożący chłód jej spojrzenia – Ej, ej, spokojnie. Lepiej już pójdę… pójdziemy.
Pierwsze sensowne słowa, jakie dzisiaj powiedziałeś.
- Twoje cudne komentarze są jak miód na moje zbolałe serce.
Zawsze do usług.
- A ty, Potter, co tak cicho?
Nic. Każdy czasem potrzebuje milczenia.
- Potter…
Mam niestrawność…
- Spokojnie, Potter opuści cię za niecałe dwie godziny. Ze swoimi bólami głowy, niestrawnością i wszystkimi innymi problemami Chłopca, Który Przeżył… Tylko nie waż mi się zwracać obiadu, Potter!
Łatwo ci mówić…
Dlaczego mówisz do siebie w drugiej osobie, Malfoy?
    Zignorował to zdecydowanie kurtuazyjne pytanie panny Granger, narzucił szatę Slytherinu na nowiutki gorset i ostrożnie otworzył drzwi Pokoju Życzeń. Wyjrzał na korytarz, mrugając szybko, siódme piętro otulone ciepłym półmrokiem było o wiele ciemniejsze od Przychodź – Wychodź. Szybko opuścił zdradziecki próg, zamykając za sobą wejście, rozpływające się na kamiennej ścianie. Wyprostowany, dumnie uniósł głowę i rozpoczął swój niecodzienny marsz na niższe piętra, aż do pomieszczenia z Czarą.
    Przemierzał długie korytarze, napotykając na swojej drodze nad wyraz mało uczniów. Raz natknął się na jakiegoś zbłąkanego Krukona, to znowu zdążył łagodnie wytłumaczyć jednemu z pierwszorocznych Ślizgonów, kto tak naprawdę jest „Księciem Slytherinu”. Uznałby całą przechadzkę za znośną, gdyby nie głosy dwójki Gryfonów, komentujących dosłownie każdy jego krok i każdą przypadkową myśl, którą zdążył się z nimi podzielić. Odkrył w ten sposób inną drogę komunikacji, więc teraz, zamiast drzeć się na Harry’ego „Potter!” (czym pewnie zarobiłby opinię dziwaka wśród świadków owych wrzasków), darł się „Potter!” w myślach, co za to niezwykle irytowało pannę Granger. Usatysfakcjonowany, uznał, że zachowując się tak rażąco dojrzale, upiekł dwie pieczenie na jednym ogniu – wyładowywał swoje znużenie i nużył Hermionę. Czego chcieć więcej?
    Zbiegł na docelowe piętro, gwałtownie skręcił w prawo i ze spokojem, znamionującym ludzi z poczuciem w pełni spełnionego obowiązku, skierował się do najbliższych drzwi. Gorset już go tak nie uciskał, mógł oddychać właściwie swobodnie, nawet głosy w głowie najwyraźniej się znudziły, bo zaprzestały bezsensownych rozmów. Już miał chwycić za klamkę i pchnąć wrota, gdy te otwarły się przed nim, ukazując zdumioną twarz madame Maxime w otoczeniu kilku uczennic Beauxbatons. Ubrane w lekkie, błękitne stroje i czapeczki, które określić można jedynie jako „francuskie”, uśmiechały się nieśmiało, zauważając przed sobą wcale niebrzydką postać Malfoya. Ten cofnął się, nagle zbity z tropu, ale zaraz się otrząsnął, przybierając na twarz znany wszystkim ślizgoński, nieco kpiący wyraz. Nie odstraszył tym jednak napotkanych dam, a wywołał jedynie mrugnięcia i skrywane za długimi rzęsami spojrzenia.
- Witam drogie panie. – skłonił się lekko, zarzucając szatą. Usłyszał przy tym spodziewane prychnięcie.
Pozer.
- Pą Malfą, czy się nię mylę? – z twarzy madame Maxime wyparowało pierwsze zdumienie, zastąpione przez nadzwyczaj przychylny wyraz, jaki nie pojawił się na niej od czasu trafionych sugestii Blaise’a.
- Ależ skąd. Czuję się zaszczycony, zapamiętała pani moją skromną osobę wśród całej społeczności Hogwartu. – bawił się znakomicie, obserwując lekki rumieniec na policzkach dyrektorki, gdy odsłonił zęby w uśmiechu numer siedem, który nazywał „smyczą na białogłowy”.
Białogłowy? Malfoy, co ty tu jeszcze robisz? Średniowiecze skończyło się już jakiś czas temu.
- Nie czepiaj się, Granger. – mruknął.
- Cą proszą?
- Przeciągi. – widząc skonsternowanie wymalowane na obliczach francuskich gości, dodał, gwałtownie machając rękami – Wieją.
- Racją, u was, w Hogwartą, straszne zimną. – madame Maxime wzdrygnęła się, poruszyła lekko dłonią i opuściła pomieszczenie. Malfoy zatrzymał idącą na końcu uczennicę, którą uznał za najładniejszą z nich.
- Ale takie damy, jak ty, rozgrzewają nawet najbardziej zmarznięte serca. – szepnął, całując ją w wyperfumowaną dłoń. Dziewczyna zachichotała i odbiegła, doganiając oddalającą się powoli grupkę. Wyraźnie wyczuł złość panny Granger, uśmiechając się zwycięsko,
Nie wyobrażaj sobie nie wiadomo czego, Malfoy, po prostu opóźniasz wykonanie planu.
Uważaj, bo ci uwierzę.
Harry!
No co?
    Draco, ignorując kłócących się Gryfonów, wszedł do sali, zamykając za sobą drzwi. Odetchnął na widok pustego wnętrza i płonącej równomiernie Czary w samym jego środku. Przeszedł kilka kroków do przodu, przystanął, kolejne kilka kroków.
To nie marsz weselny, ruszaj się, Malfoy.
- To nie wyścig, zamknij się, Granger.
    Prychnęła, ale nie odezwała się ponownie.
    Dotarł wreszcie pod sam postument i spojrzał na niebieskie płomienie. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że przekroczył linię wieku, narysowaną przez Dumbledore’a. Miał ochotę podskoczyć z radości, ale przecież Gryfoni patrzyli… byli w nim… po prostu byli świadkami.
Ależ skacz, Malfoy, nikt ci nie broni.
    Przewrócił oczami, wkładając rękę do kieszeni. Wymacał trzy złożone karteczki. Zrobili to, naprawdę to zrobili. Jeszcze tylko trochę szczęścia i jedno z nich zostanie najmłodszym uczestnikiem Turnieju w historii Hogwartu. Podekscytowanie mieszało się z wątpliwościami, Draco zdawał sobie sprawę, że to raczej nie jego nazwisko wybierze Czara. Oczywiście, nie zamierzał się do owego faktu przyznać, ale nie oszukujmy się – to na niego mówią Malfoy. Jego ród zbyt dobrą sławą się nie okrył, a syn Lucjusza zapewne nie był godny zaszczytnego miana reprezentanta szkoły. Przymknął oczy, starając się oczyścić umysł. Będzie jak będzie, przemknęło mu przez myśl, zanim karteczki zniknęły w niebieskich płomieniach.
    Odwrócił się, względnie zadowolony, gdy uświadomił sobie dwie rzeczy – po pierwsze, pękł mu gorset; po drugie, znajomy głos zawołał z końca pomieszczenia:
- Draco?

****

 
    Brak snu oznaczał brak koszmarów, ale widok krwi uparcie pozostawał. Krwiste spojrzenie. Zakrwawione ofiary. Okryte czerwienią dłonie.
    Krzyk.
    Przeraźliwy, niemożliwy do stłumienia krzyk.
    Wrzask własnego sumienia.






Witam powielkanocno!
Za dużo do powiedzenia o rozdziale nie mam, więc skupię się na życzeniu Wam, aby zderzenie z poświąteczną rzeczywistością było możliwie jak najmniej bolesne. A wszystkim piszącym egzaminy - Niech Moc będzie z Wami...

Pozdrawiam, ufając, że rozdzialik przypadnie Wam do gustu

Vi


*cytat z "Czarnoksiężnika z Archipelagu" Ursuli K. Le Guin, jednej z lepszych powieści fantasy, jakie poznał świat