niedziela, 11 czerwca 2017

10. Próba złota

Dla Lithine - bo na Twoje opinie czekam z niecierpliwością i Twoje słowa wywołują największe porodziałowe uśmiechy (no i tu jest trochę o Ronie, a bardzo się go domagałaś :D )

****


Dlaczego tak bardzo się starasz,
Przyjacielu,
Dlaczego nie widzisz,
Przyjacielu,
Jak mało zostało do zwycięstwa?

*
                Schowek, pomieszczenie raczej ciasne, był wręcz zatrważająco podobny do komórki pod schodami, z tą różnicą, że to do niego prowadziły schody. Wąskie, kręte stopnie z wytartymi zagłębieniami pośrodku, opadały w dół, prosto do maleńkiego pokoiku, w którym zmieściły się jedynie dwa stołki wraz z osobami na nich siedzącymi i kilka przypadkowych mioteł. Przez niewielki świetlik w ścianie wpadały ostatnie zagubione promienie słońca, tworząc na kamieniach złotawe odblaski, hipnotyzujące zmiennym kształtem i barwą.
— Nie masz nic przeciwko używaniu samopiszącego pióra, prawda, Harry? — Jaskrawoczerwony uśmiech, z którego zęby wystawały na kształt pokrytych jadem żądeł, wykrzywił twarz dziennikarki w przesłodzonym grymasie. — Świetnie.
                Rita Skeeter wygładziła obcisłą garsonkę o barwie gnijącej zieleni i oparła na dłoni nienaturalnie spiczasty podbródek.
— Powiedz mi, jak czuje się mały, dwunastoletni chłopiec… — szepnęła, a lewitujące tuż obok niej pióro zdawało się zapisywać o wiele więcej, niż zostało powiedziane.
— Mam czternaście lat… — mruknął Harry, łudząc się, że może tym razem jego słowa nie zostaną zignorowane.
— … przed śmiertelnie wręcz niebezpieczną walką z trójką, jakby nie patrzeć, o wiele starszych od siebie zawodników? — Pióro poruszało się w zastraszającym tempie, nieprzerwanie pokrywając skrzącym się tuszem już czwartą kartkę.
— Hermiona jest ze mną na roku… — Potter skrzywił się nieznacznie, pocierając zmęczone oczy. Siedział z tą kobietą ponad godzinę w miejscu nie zbyt wygodnym, a wyglądającym podejrzanie podobnie do schowka na miotły. Został zaciągnięty na wywiad jako pierwszy i, jak podejrzewał, ostatni. Może Jaszczurka jeszcze przemagluje Hermionę, w końcu oboje byli niemałą sensacją. Wbrew wszelkim obawom i najprzeróżniejszym wątpliwościom, nie zostali ukarani, chociaż koniec końców przyznali się do samodzielnego wrzucenia karteczek do Czary. Harry podejrzewał, że panna Granger wyznałaby prawdę niezależnie od tego, czy by ich o to zapytano i właściwie nie miał do niej pretensji, wręcz zdziwiłby się, gdyby stało się inaczej. Dumbledore zamierzał powziąć wszelkie możliwe kroki, żeby tylko nie dopuścić do udziału Gryfonów w rywalizacji, nawet jeśli Hogwart miałby stracić reprezentanta. Wyborów Czary nie dało się jednak cofnąć z powodu narzuconego przez nią magicznego kontraktu, którego, jak się okazało, nie można było złamać.
— Nie skupiajmy się tylko na wieku, znają oni przecież zaklęcia, o których tobie nawet się nie śniło, czyż nie? — Pełen wyćwiczonego współczucia uśmiech ponownie wykrzywił bladą twarz Skeeter. — I co, Harry? Przejęty?
— Hermiona jest na tym samym roku, co ja…
— Hermiona, Hermiona… — Powstały grymas już nawet nie miał udawać uśmiechu. — Teraz mówimy tylko o tobie, słonko. Więc jak? Przejęty?
— Właściwie… ja właściwie o tym nie myślałem… — Potter wytarł spocone ręce w kraniec szaty, kręcąc się niespokojnie. Zerknął na pióro, spokojnie zasługujące na miano wyścigowego.
— Nie przejmuj się piórem. — Rita uważnie śledziła każdą, nawet najmniejszą zmianę w zachowaniu Gryfona. – Nie jesteś zwykłym dwunastolatkiem, prawda, Harry?
— Czternastolatkiem…
— Jesteś legendą… żywą legendą. Czy to uraz z przeszłości popchnął cię do udziału w tak niebezpiecznym przedsięwzięciu, jakim jest Turniej Trójmagiczny? — Skeeter zmieniała przybierane na  twarz maski tak szybko, że Harry już dawno przestał się orientować, jakie emocje chciała przekazać.
— Nie pamiętam żadnych urazów z przeszłości. – Nie mógł oderwać wzroku od pióra, które zarzucało swoją zieloną końcówką przy każdym kolejnym wersie.
— Nie, oczywiście, że nie. — Mrugnięcie, zapewne o znaczeniu porozumiewawczym, minęło się z celem. — Wszyscy kochają buntowników, Harry… Niegrzecznych chłopców, którzy łamią zasady. Tym bardziej, jeżeli w ich historię zaplątana jest miłość…
— O czym pani..? — Wybraniec zerknął na rozpromienione oblicze Rity Skeeter i mimowolnie zadrżał.
— Oh, słońce, przede mną nie musisz udawać. To zostanie między nami… — Słowom dziennikarki przeczyło jeszcze szybsze skrobanie pióra na żółtawym pergaminie, schowek na miotły, z natury mało przestronny, zdawał się nagle jeszcze mniejszy. Harry dokładnie wyczuwał pod palcami nierówności na drewnianej powierzchni stołka, której się kurczowo trzymał. — Przecież to wiadome, że nie pomogłeś swojej kudłatej przyjaciółeczce z czystej bezinteresowności. Jak długo między wami iskrzy?
— Nic nie iskrzy, my… — Wystarczyło, że nabierał powietrza, a już mu przerywano.
— Czyli „iskrzenie” już dawno za wami? — Rita zatarła zakryte rękawiczkami dłonie. — Ach, to dopiero sensacja! Zamierzacie się pobrać już w wieku szesnastu lat?
— Mamy czterna… Nie zamierzamy się pobrać! My nawet ze sobą nie chodzimy! — Wyjątkowo irytującym był fakt, że pióro przerywało swoje wcześniej nieustanne pisanie, gdy tylko Harry zdążył się odezwać.
— To też już macie za sobą! — Skeeter nachyliła się konspiracyjnie i szepnęła ledwo dosłyszalnie, chociaż w schowku nie znalazłbyś nikogo poza dziennikarką, jej ofiarą i łatwym do zmanipulowania świadkiem w postaci nieco zbyt zielonego pióra. — Rodzice wiedzą? Planujecie… dziecko?
                Jej oczy błyszczały niebezpiecznie, uśmiech na niezdrowo czerwonych ustach powiększał się z każdą chwilą, a garsonka na klatce piersiowej napinała do granic możliwości.
— Hermiona jest tylko… w sensie aż… moją przyjaciółką. Nigdy nic w tym stylu nam do głowy nie przyszło! — Harry oddychał głęboko, znajdując się już daleko i jeszcze trochę za granicą cierpliwości.
— Aż do czasu Turnieju, co, Harry? — Rita mrugnęła ni to porozumiewawczo, ni zalotnie, w żaden sposób niezrażona wybuchem Wybrańca, zdawała się nawet bardziej niż wcześniej nakręcona całą sytuacją. Potter okazał się materiałem idealnym, nieprzywykłym do ciągłego gradu pytań, nieprzygotowanym do unikania nieostrożnych słówek, za które wyjątkowo łatwo było złapać i pociągnąć. A reszta historii, nawet jeśli niedopowiedziana, dopowie się sama już na kartach gazety. Skeeter, kobieta, która swoje młode lata zostawiła w tyle wraz z niezmienionym magicznie wyglądem, wiedziała, jak z właściwie niczego zrobić sensację pokaźnych rozmiarów. Szczerze wierzyła, że sam Posejdon, władając jedynie maleńką igłą, przekonał wszystkich, że był nią trójząb i ta wersja, choć nieprawdziwa, się przyjęła. Nie wątpiła też w ślepą wiarę setek, może nawet tysięcy czarodziejów, nie wątpiła, że jej słowo zostanie uznane za to zgodne z prawdą, niezależnie od wszelkich oskarżeń czy tłumaczeń Harry’ego. To nic osobistego, Harry, pomyślała i uśmiechnęła się tak, jak to ćwiczyła rano przed lustrem. Dzisiaj rano, wczoraj rano, każdego dnia rano. Dlatego tak kochała teatr — sama cały czas musiała grać. A jak wiadomo, ćwiczenie czyni mistrza.
— Hej, wcale nie zaszkliły mi się oczy przy wzmiance o dziecku! — Przepełniony niesprawiedliwością głos Pottera spowodował jedynie, że poza obmytymi w czerwieni ustami zaczęły uśmiechać się oczy.
— A powiedz mi, Harry… — Przygryzła wargę, żeby nie zdradzić zbytniej wesołości. — Jak trudno będzie ci walczyć z własną narzeczoną?*

****
                Ron Weasley nie spał. I chociaż samo to stwierdzenie wystarczyłoby do wywołania trwającej dobre kilka dni dyskusji przy stole Gryfonów, można było do niego dodać jeszcze jedno — Ron Weasley grał. Dwa powyższe zostałyby wzięte na języki przez cały Hogwart, z gronem pedagogicznym włącznie. A choć rudzielec czasem tęsknił do sławy, w pewnych kwestiach nie potrzebował rozgłosu, ba, nawet pakował go do kartonu oznaczonego plakietką „niemile widziane” i chował gdzieś w rogu strychu. Przyszły główny obrońca Gryffindoru pogodził się z tym, że nie może mieć wszystkiego (z wyjątkiem miejsca w drużynie Quidditcha, już zdobytego i zaklepanego) i że nie żyje mu się z tym tak znowu źle. Zauważył też pewną prawidłowość, mianowicie — nawet Malfoy nie zgromadził w swoim ogromnym skarbcu wszystkich wartości świata. Uznawał to za pocieszające.
                Sowie skrzydła zdawały się poruszać w rytm melodii, a on siedział na zakurzonym parapecie, samotny zaklinacz ptaków. Takie określenie odnosiło się do stanu rzeczywistego tylko w nocy, gdy wszyscy myśleli, że Ron śpi — wraz z nadejściem dnia nadchodził też Harry w swoich połamanych okularach i Hermiona z nieodłącznym naręczem książek. Weasley nie był osobą szczególnie skorą do podniosłych wyznań czy poematów emocjonalnych, przyznawał jednak, nawet przed samym sobą, że za tą dwójką skoczyłby w ogień, choćby był on piekielny, jakiekolwiek diabelstwo. Nazwiska Granger i Potter towarzyszyły mu już od pierwszej klasy, żywił więc nadzieję, że zostaną na dłużej, jeżeli nie do samego końca. A nawet wtedy, gdy już przyjdzie co do czego, pewnie uda im się coś wykombinować, jak to zawsze robili. Potrzebował ich. Dlatego poczuł się zraniony akcją z Turniejem, w której trzecie ogniwo stanowił Malfoy, znany też jako tchórzofretka, a nie on, Ron. Rozumiał jednak, rozumiał aż za dobrze, że nie był pępkiem świata, a Harry powinien poświęcać trochę czasu reszcie swoich przyjaciół. To problem Weasleya, że miał tylko dwoje.
                Pamiętał doskonale pierwszy dzień w Hogwarcie, gdy wszystko się zaczęło. Rozwichrzoną, kasztanową grzywę na głowie Hermiony, gdy ta zaglądnęła do ich przedziału, szukając szczura Neville’a. Jej przemądrzały głos, uwagi na temat wszystkiego, do czego tylko mogła się przyczepić. Wyraźnie widział bladą dłoń Malfoya, zaraz znikającą w ciepłym uścisku Harry’ego. „Mogę cię oprowadzić”. Rękę Wybrańca na swoim ramieniu, znak, że on, Ron, biedny Weasley, też się liczył. Draco musiał go zaakceptować, rudzielec zobowiązał się do tego samego względem arystokraty. Nie znosił go, miał wrażenie, że z wzajemnością. Żaden z nich jednak nie zrezygnowałby z Harry’ego, co powodowało, że Ron w jakiś pokrętny sposób szanował Malfoya. Tylko w tej jednej kwestii.
Ale szanował go.
                Nie zawsze było łatwo. Zdarzały się spięcia, ale jak zwykł mówić Charlie „Całkiem łagodna relacja to sztuczna relacja” i uchylał się zaraz przed kolczastym ogonem jednego ze smoków, którymi się opiekował. Ron wiedział, że brat nie miał na myśli tylko zwierząt i był mu wdzięczny za te słowa, tak fundamentalne w chwilach zwątpienia. Nie odczuł jakoś szczególnie nieobecności przyjaciół podczas przygotowań do Turnieju, zakładał wtedy, że po prostu się uczą — poza tym, zazwyczaj znikali na zmianę. Próbował ich tłumaczyć, odczuwał żal z pewną dawką czystego smutku, teraz zastąpionego głównie przez spokój. Nie rozumiał, ale wybaczył, co więcej, nie miał im tego za złe. I cieszył się, że postąpił tak rozsądnie — dąsając się, szkodziłby nie tylko sobie, ale też przyjaciołom, a do tego dopuścić nie zamierzał. Matka powiedziałaby, że zachował się „dojrzale”. Uśmiechał się na tę myśl, bo rzadko się zdarzało, żeby Molly Weasley obdarzała podobnymi komentarzami najmłodszego syna.
                Grał, a jasna tarcza księżyca opadała w dół, jak chyli się głowa dziecka, uśpionego przez kołysankę. Grał, a delikatny szelest skrzydeł docierał do niego niby przytłumione brawa, gdy publiczność, niepewna czy już czas, chce wyrazić swój zachwyt nad talentem muzyka. Grał, samotny zaklinacz ptaków i czekał, aż swoją muzyką obudzi majestat dnia. Grał, zbiegając po wytartych stopniach dopiero, gdy ledwo wyraźne promienie słońca ziewały za drzewami Zakazanego Lasu.

****

                Smoki. Stworzenia mityczne, tak niebezpieczne, że tylko głupiec podchodziłby do nich bliżej za jedyną broń mając różdżkę. Umiejętności magiczne, owszem, były przydatne, może nawet niezbędne do przeżycia, ale same czary nie wystarczały. Za główny przymiot smoków, poza siłą i płonącym oddechem, uznawano spryt. Przebiegłość tych drapieżnych gadów, owiana sławą i podziwem w całym magicznym świecie, przez wieki zapisała się na kartach baśni czy legend, tuszem, którego nie sposób zmyć — krwią ofiar śmiertelnych. A chociaż tylko nielicznym dane było zobaczyć smoka, szczególnie w czasach współczesnych, gdy wszystko, co legendarne, wpełzło w głąb ziemi, każdego przechodził dreszcz na samo wspomnienie, myśl, wyobrażenie potężnego gada. Nic więc dziwnego, że czwórka reprezentantów, korzystając z usług wiadomych informatorów, drżała porządnie, zdając sobie sprawę z niebanalności pierwszego zadania. Nie wiedzieli dokładnie, na czym będzie ono polegać, co do jednego mieli jednak pewność — za główną atrakcję posłużą właśnie smoki. Co więcej, nie mogli powiedzieć, że porywali się na słońce nawet z motyką, bo dzierżyli zamiast niej drewniane gałązki, niekiedy przesadnie zwane różdżkami. Pozostała im tylko nadzieja, że zaklęcia i ostrożne próby oszustwa wystarczą do ugaszenia płonącej broni, a przynajmniej do uniknięcia zwęglenia smoczym oddechem.
                Niektórzy zauważyliby teraz głosem pełnym rozsądku, że nadzieja nosi zaszczytne miano „matki głupich”. Albo też umiera ostatnia. Hermiona jednak miała wrażenie, że w stanie martwym nie będzie się przejmować tego typu filozoficznymi zagadnieniami, a mówiąc prościej — wolała patrzeć, jak nadzieja wyzionie ducha, siedząc przy tym w bezpiecznym Pokoju Wspólnym Gryffindoru ze świadomością, że ukończenie pierwszego zadania ma już dawno za sobą. Przebieg Turnieju mimo wszystko nie przypominał żadnego typu koncertu życzeń, dlatego też zachowała szczere chęci i nadzieje dla siebie, nie chcąc zwracać uwagi kogokolwiek na własną niepewność. Wiedziała, że Harry już wymyślił w jaki sposób poradzi sobie ze smokiem, domyślała się nawet, kto mu w tym pomógł. Syriusz Black miał w zwyczaju wtykać swój smukły nos wszędzie, niezależnie od tego, czy był tam potrzebny, czy też nie, może nawet większą frajdę sprawiała mu druga opcja. Teraz jednak siostrzeniec potrzebował jego pomocy, a Hermiona była z faktu jej udzielenia jednocześnie zadowolona i nieco zazdrosna. Nie chciała czuć się w ten sposób, wiedziała, że całą sobą powinna cieszyć się z początkowych sukcesów Wybrańca, co jednak mogła poradzić na to, że… właśnie, nie miała się kogo poradzić. Próbowała skontaktować się z ciotką, ale ta jeszcze nie odpowiedziała na jej list, co zdążyło już lekko zaniepokoić pannę Granger. Ze skąpości wcześniejszych wiadomości wyczytała jedno — ciotka nie czuła się najlepiej. Nie miała pojęcia, z jakiego powodu, ani też na czym dokładnie dolegliwość polegała, czuła jednak, że nie wszystko było w porządku. Ciotka coś ukrywała, a niewiele znajdzie się sekretów, których nie można po prostu nazwać niewygodną albo niechcianą prawdą. A co się prawdy tyczy, Hermiona na jej punkcie zdawała się aż nadto wrażliwa.
                Pewnie było to jednym z powodów gryzącego uczucia gdzieś w środku, gdy Malfoy nielegalnie wrzucał karteczki z ich nazwiskami w płomienie Czary. Na szczęście, a może nieszczęście, wyrzuty sumienia zniknęły już kilka dni po wylosowaniu reprezentantów, co z kolei mogło nosić miano skutku zauważenia brutalnej rzeczywistości. Nie spodziewała się, że Turniej okaże się łatwy, sama przypominała Wybrańcowi i Malfoyowi o śmiertelności w trójmagicznych rozgrywkach. Jednak świadomość niebezpieczeństwa dotarła do niej dopiero po fakcie, przynosząc ze sobą niepewność i strach pod najprzeróżniejszymi postaciami. Zawarła z Harry’m umowę o samodzielności — postanowili, że zachowają swoje plany i pomysły dla siebie, nie dzieląc się nimi nawzajem. Czas wreszcie zagrać uczciwie. Obojgu zależało na wygranej, oboje mogliby mimowolnie wykorzystać informacje o planowych ruchach drugiej osoby, niwecząc lub umniejszając jej szanse. Nie prowadzili ze sobą wojny czy czegokolwiek w tym rodzaju — może najprościej w świecie chcieli zachować się w sposób, który podchodziłby pod kategorię profesjonalności? Niezależnie od tego, jakie motywy nimi kierowały, Hermiona czuła, że postąpili słusznie. Była to chyba pierwsza sytuacja, w której nie potrzebowała niepodważalnego dowodu przemawiającego na korzyść tego czy tego stwierdzenia, działała instynktownie, zgodnie z samą sobą. Wywoływało to dziwne poczucie zadowolenia i uspokojenia, tak upragnionego, a ostatnio coraz rzadziej dostępnego.
                Szła ciemnymi już korytarzami Hogwartu, zimny kamień pod stopami zdawał się bardziej niż zwykle znajomy, w pewnym sensie swojski. Pewny i stały, zawsze taki sam, ale jednocześnie zmienny. I chociaż te określenia kłóciły się ze sobą w każdym możliwym znaczeniu, oddawały rzeczywistość, którą pierwszy lepszy mugol kpiąco nazwałby bajką. Uśpione twarze portretowe nieznacznie pochrapywały, opierając się o rzeźbione zakończenia ram. Mijała je, na pamięć znając położenie i zwyczaje poszczególnych postaci, przynajmniej w tej części zamku. Księżyc, schowany za ciężkimi, skłębionymi chmurami, nie oświetlał jej drogi, dlatego z cichym Lumos magicznie rozświetliła korytarz. Rozchybotany cień sylwetki panny Granger przesuwał się po milczących ścianach, co jakiś czas mocniej opatulając szlafrokiem. Bose stopy klapały na kamiennej posadzce, niestrudzenie wystukując rytm kroków Gryfonki. Początkowo nie zwróciła uwagi na przytłumione stukanie obcasów, dobiegające gdzieś z bliższego otoczenia, jej nieostrożność została jednak zaraz wytknięta:
— Nie wiem, jak poradzisz sobie z tym pierwszym zadaniem, skoro pewnie nawet nie usłyszałabyś skradającego się za tobą smoka. — Głos, cichy i głęboki, przemknął tuż obok niej, już po chwili stłumiony przez milczenie nocy.
— Skąd możesz wiedzieć, że po prostu cię nie ignorowałam? — Hermiona uśmiechnęła się pod nosem, stając na środku korytarza.
— Oboje wiemy, że nie byłabyś w stanie. — Chociaż go nie widziała, była pewna, że też się uśmiechał. Schowała różdżkę do kieszeni, otwierając wolną drogę zachłannym mackom ciemności.
— Wydaje mi się jednak, że to ty nie mogłeś się powstrzymać, skoro odezwałeś się pierwszy. Rozumiem to, każdy czasem potrzebuje rozmowy z kimś inteligentnym tak dla odmiany.
— Ach tak? Następnym razem wystarczy powiedzieć, zawsze do usług. — Zobaczyła go. Jej oczy, powoli przyzwyczajane do ciemności, wychwyciły smukłą sylwetkę i włosy, inkrustowane platyną. Zrobił kilka kroków do przodu, jednak zaraz zatrzymał się ponownie.
— Malfoy, jak zawsze skromny.
— Granger, jak zawsze milutka.
                Stali tak, naprzeciwko siebie, otuleni mrokiem, a ciemność chłonęła każde ich słowo.
— Co tu robisz? — szepnęła, mając nadzieję, że nie poczuje zaraz niedorzecznego gorąca na policzkach. Na Merlina, za niecały miesiąc spadnie pierwszy śnieg! Rumieńce spowodowane temperaturą nie mogły się pojawić. Prawda?
— Myślę. — Kolejne dwa kroki do przodu. — Czasem mi się zdarza.
— Lepiej okazjonalnie niż wcale. Nie mogę cię jednak wesprzeć, obcy mi stan niemyślący. — Założyła kilka loków za ucho, z niezadowoleniem zauważając zdradziecko drżącą rękę.
— Dzisiaj nie widać gwiazd.
— Co?
— Nie widać gwiazd. Dlaczego wyszłaś, skoro nie możesz ich oglądać? — Widziała go już w całej okazałości, niesforną grzywkę opadającą na czoło, nawet oczy wykute z czystego srebra.
                Wzruszyła ramionami.
— Chyba też potrzebowałam pomyśleć. Od czasu wyboru Czary atmosfera w Gryffindorze jest trochę… inna.
                Skinął głową.
— Kto by pomyślał, że to właśnie wy skończycie w reprezentacji. Oboje. — Nie wyczuła w jego głosie zbytniego żalu czy zawodu, zwykłe stwierdzenie, które chyba miało jej coś uświadomić. Nie miała pojęcia co. — Dumbledore prawie tam zszedł, gdy tylko przeczytał wasze nazwiska.
— Jak i połowa sali. Ty też wyglądałeś na zaskoczonego. — Z najwyższym trudem powstrzymała się od klapnięcia dłonią w czoło. Właśnie przyznała, że patrzyła na jego reakcję nawet podczas wyboru Czary. Świetnie, opowiedz mu jeszcze dokładnie i ze szczegółami, co myślisz o tak obcisłych koszulkach. Odwróciła wzrok od jego klatki piersiowej, ganiąc się w duchu. Przecież to Malfoy, idiotko, wyśmieje cię za samo spojrzenie.
                Ale Draco tylko uśmiechał się lekko, przeczesując palcami platynowe pasma włosów.
                – Nie oszukujmy się, dodatkowy reprezentant nie pojawiłby się nawet w najśmielszych z moich snów. A mogę zapewnić, że niektóre z nich są bardzo śmiałe. – Podszedł do jednego z kilku witrażowych okien na korytarzu, założył blade dłonie za plecami. Smukłymi, długimi palcami gładził skórę na ich zewnętrznej części, co jakiś czas zahaczając o materiał koszuli.
                – Tylko oszczędź sobie opisów, wierzę ci na słowo. – Hermiona starała się nie zwracać uwagi na ruchy dłoni Malfoya, ani na jego wyprostowaną sylwetkę na tle chmurnego nieba. Próbowała nie przesuwać wzrokiem po włosach, w których ktoś niezdający sobie sprawy z skutków własnych czynów, zaklął czystą platynę. Nie myślała o oczach wypełnionych srebrem. A przynajmniej te stwierdzenie uparcie powtarzała, niby mantrę, potrzebną tylko do zapewnienia chwilowego spokoju rozszalałemu od nadmiaru danych umysłowi.
                – Wiesz już, jak go oszukasz? – Spokojny głos wyrwał ją z rozmyślań, uniosła głowę, zauważając, że przed dobre kilka chwil z uporem maniaka wpatrywała się w złożone dłonie Dracona, których miejsce teraz zajął przód koszuli.
                – Oszukam?
                Skinął głową.
                – Smoka. Wiesz już, jak poradzisz sobie ze smokiem?
                Westchnęła, opierając się o kamienny parapet. Ostra krawędź wbijała jej się w uda, ale nie zwracała na nią uwagi. Mogłam się spodziewać, że o to zapyta.
                – Po części dlatego musiałam tu przyjść. Pomyśleć o zadaniu. Nie mam pojęcia, jak podejść smoka, w jaki sposób odciągnąć jego uwagę.
                Draco znowu odwrócił się przodem do okna, spoglądał na skłębione sploty chmur, przysłaniające mroźną połać nieba. Zdawał się częściowo nieobecny, a jednocześnie o wiele bardziej opanowany niż ona. Przynajmniej zewnętrznie. Założyła zagubiony lok za ucho, z niesmakiem zauważając, że robi to w momentach niepewności. Dlaczego miałaby być niepewna przy Malfoyu?
                Czy to aby na pewno była niepewność?
                – Tak wyglądało niebo, gdy go zabierali. – Głos, tak cichy, że prawie szepczący, dotarł jednak wyraźnie do jej uszu. – Ciemne, zasnute szarawą kurtyną, zasłaniającą scenę przed spektaklem burzy. Nie powinienem tego pamiętać, roczne dziecko nie może pamiętać. A widzę, każdej nocy, jakby to było wczoraj.
                Domyśliła się, że mówił o Lucjuszu. I chociaż nie miała pojęcia, co to miało do rzeczy, nie skomentowała słów Dracona ani słowem. Pierwszy raz powiedział jej coś tak prawdziwego.
                – Zastawili pułapkę. On bezpiecznie siedział w kryjówce, w której chował też wszelkie pozostałości po Voldemorcie. Jego szatę. Złamaną różdżkę. Matka mówiła, że był wściekły, bo nie wiedział, co zabiło jego Pana. Ale przecież nadal nie do końca wiemy, co się stało. Aurorzy znaleźli jakiś dziennik, który Riddle prowadził, jak był jeszcze w Hogwarcie i napuścili na niego Lucjusza. Gdy ten szukał, oni sami wykradli zgromadzone przez niego przedmioty. — Spojrzał na Hermionę wzrokiem, z którego smutek aż wylewał się ciągłym strumyczkiem, powoli skapując na zimną posadzkę. – Myślę, że to samo powinnaś zrobić ze smokiem. Pokazać mu, dać mu coś, czego pragnie tak bardzo, że odwróci jego uwagę. Jeżeli waszym zadaniem będzie go obezwładnić, stworzysz sobie idealną okazję do zadania ciosu. Nie mam pojęcia, o co innego mogłoby chodzić.
                – Dlaczego mi pomagasz? – szepnęła, stając o krok przed nim. Pod wpływem impulsu spojrzała mu prosto w oczu, odganiając głos rozsądku, uparcie twierdzący, że to bardzo nieostrożne posunięcie.
                – Bo chyba tego właśnie potrzebujesz. Spłacam dług.
                – Ale nie jesteś mi nic winien.
                – Ależ jestem. Ja jako jedyny nosiłem twoje… piersi. – Uśmiechnął się nieznacznie. Sprawiał jednak wrażenie, jakby miał zamiar powiedzieć coś innego, z czego zaraz szybko zdecydował.
Tej nocy Hermiona nie zapytała go o nic więcej.


****

*
                Namiot, przestronna budowla, której ściany stanowiły ogromne płachty materiału, była w stanie pomieścić niejednego gościa. Poza głównym i jednocześnie największym „pokojem”, oddzielonym od innych zwojami tkaniny, znalazłbyś tam jeszcze cztery mniejsze, w których znajdowały się wszelkiej wielkości ławy i krzesła, niekiedy urozmaicone szafeczką i stojącą na niej ozdobną wazą. Materiałowe ściany, w niektórych miejscach zakończone frędzlami, falowały przy choćby najmniejszym podmuchu wiatru, przez co namiot wyglądał, jakby był w nieustannym ruchu. Ciche skrzypienie drewnianych słupków i całego szkieletu przywodziło na myśl kiwającą się na morzu łódź, co potęgowało ogólne wrażenie ruchu czy też nierealności namiotu, zawdzięczającego swój rozmiar niczemu innemu jak magii.
                Było ich czworo. Wiktor Krum z obszytym czerwienią płaszczem na ramionach. Fleur Delacour, francuska piękność o jasnym spojrzeniu i srebrnym kostiumie. Harry Potter w rubinowej szacie, do złudzenia przypominającej hogwarckie stroje do Quidditcha. Hermiona Granger, ubrana dokładnie tak, jak Wybraniec, z tą różnicą, że zieleń zajęła miejsce barwy przewodniej. Snuli się bez wyraźnie określonego celu po zakamarkach namiotu, czekając na rozpoczęcie pierwszego zadania, męczeni niewiedzą odnośnie jego przebiegu. Ten i ów nerwowo pocierał palce, inny synchronicznie wsuwał ręce do kieszeni szaty, aby zaraz ponownie je wysunąć i powtórzyć czynność od początku. Cisza, zakłócana jedynie szelestem materiału i skrzypieniem gumowych podeszw, nie przynosiła nikomu ukojenia, potęgowała jedynie poczucie zaciskających się supłów w żołądku oraz uciążliwej suchości w gardle, której nawet Ognista Whisky nie byłaby w stanie sprostać.
­                – Witam zawodników. – Płachta zafalowała mocniej, z rozcięcia w materiale wynurzył się profesor Dumbledore, a tuż za nim dyrektorowie Beauxbatons i Durmstrangu oraz przedstawiciel Ministerstwa, Bartemiusz Crouch. – Tyle zagadek i domysłów, aż w końcu nadeszła ta chwila, tak wyczekiwana. Tylko wy potraficie w pełni ją docenić. – Rozejrzał się uważnie. – Barty, do dzieła.
                Crouch skinął ręką na zawodników.
                – Reprezentanci, stańcie tu wkoło – chrząknął – Panna Delacour, tutaj, tak. Panna Granger, proszę bardzo… – mamrotał, rozstawiając wokół siebie adeptów magii – Pan Krum, tak. I pan Potter, świetnie, świetnie.
                Stali tuż obok siebie, zebrani w ciasnym okręgu, a Bartemiusz Crouch, wysoce szanowany pracownik Ministerstwa, mierzył ich świdrującym spojrzeniem brunatnych oczu. W silnych, choć nieco już pomarszczonych dłoniach, trzymał niewielką sakiewkę, której zawartości najwyraźniej niezmiernie zależało na wydostaniu się na zewnątrz, bo poruszała się niestrudzenie, wyginając woreczek w każdym możliwym kierunku. Podsunął go stojącej najbliżej Fleur.
                – Proszę bardzo, panno Delacour. – Rozwarł krańce sakiewki, z której wydostały się skłębione opary i kilka zagubionych iskier. – Zielony Walijski… – mruknął, gdy prychająca miniaturka smoka wylądowała na dłoni Francuzki.
                – Panno Granger… — Hermiona przymknęła oczy, wyciągając rękę, na której zaraz spoczęła smocza podobizna. – Szwedzki Krótkopyski. – Crouch uśmiechnął się nieznacznie, ale Gryfonka zdobyła się jedynie na zaniepokojone spojrzenie w kierunku pokrytej łuskami miniaturki.
                – Panie Krum… Chiński Ogniomiot. To niezła sztuka… I w takim razie, pan Potter. Został nam…
                Harry wyciągnął rękę.
                – Rogogon Węgierski… To miniaturki prawdziwych smoków. Każdy z nich strzeże złotego jaja. Wasze zadanie jest stosunkowo proste – zebrać jaja. Zawierają wskazówkę, niezbędną do wykonania następnego zadania. Jakieś pytania?
                Odpowiedziała mu cisza.
                – Doskonale. – Albus zerknął na Fleur. – Panno Delacour, na dźwięk wystrzału wyjdzie pani na arenę.
                Ktoś zajął się armatą, a reprezentantka Beauxbatons opuściła namiot reprezentantów, kierując się na spotkanie z gniewem smoczego płomienia.*
                Czekali. Nie mówili wiele, bo też o czym tu rozmawiać? Słyszeli skandowanie widowni, raz gwizdy, to znowu krzyki. Nad głos tłumu wybijały się wrzaski bliźniaków z domu Weasley, którzy zbierali zakłady. Z tego, co wywnioskowali po reakcji publiki,  Fleur udało się zdobyć jajo. Jakim sposobem? Nie mogli tego wiedzieć.
                Wiktor wyszedł drugi. Hermiona przyglądała się jego sylwetce, znikającej za płachtą namiotu, modląc się w duchu, żeby zadanie zabrało mu jak najwięcej czasu. Była następna, Harry wylądował na końcu kolejki. Z jednej strony chciała mieć to za sobą, z drugiej – odwlekać tak długo, jak tylko się dało. Co tu dużo mówić, bała się. Strach nie był dla niej uczuciem całkiem obcym, przecież przeżyła z Harrym i Ronem te kilka lat, obfitujące w wycieczki do najprzeróżniejszych ukrytych komnat jak i ucieczki przed najprzeróżniejszymi rodzajami stworzeń oraz nauczycieli. Turniej jednak, jako doświadczenie nowe i najbardziej ze wszystkich dotychczasowych niebezpieczne, wywoływał w sercu Gryfonki ten rodzaj niepokoju, którego najzacieklej chciała uniknąć – zdolnego przekształcić się w przerażenie. Dzięki Malfoyowi udawało jej się tłumić obezwładniające uczucia, bo wiedziała, w jaki sposób zmierzy się ze smokiem. W życiu by nie przypuszczała, że to jego osobie będzie tyle zawdzięczać ­– przechodząc przez eliksir i wrzucenie karteczek do Czary, kończąc na radach dotyczących ukończenia pierwszego zadania. A przynajmniej rozpoczęcia. Niby plan miała, ale wątpliwości też jej nie opuszczały. Modliła się w duchu, żeby w rozstrzygającym momencie nie zabrakło jej opanowania. Nie mogła polec już na początku.
                – Boisz się? – Harry usiadł obok niej na szerokiej ławie, opierając przedramiona na kolanach. Dłonie drżały mu ledwo zauważalnie, gdy stukał palcami o ochraniacze kończyn dolnych.
                – Chyba nie ma sensu mówić, że nie… – Uśmiechnęła się niemrawo, wsłuchując w wystukiwany przez przyjaciela rytm.
                – Chyba nie ma sensu mówić, że nie ma się czego bać… ­– mruknął.
                Panna Granger złożyła dłonie na kolanach, wyłamując palce.
                – Wiesz… – Harry utkwił wzrok w przeciwległej ścianie namiotu. – Byłem tak zajęty przygotowywaniem samej możliwości wzięcia udziału w Turnieju, że nawet nie pomyślałem o niebezpieczeństwie. W sensie, wiedziałem o nim, ale schowałem tę świadomość gdzieś głęboko i pilnowałem, żeby się nie wydostała.
                – Nie jesteś w tym sam. Banda idiotów z nas, no nie? Ty, ja i Malfoy. Tyle że on nie musi tu teraz siedzieć…
                – I trząść gaciami przed pogawędką ze smokiem? Zdecydowanie tak. – Harry odchylił się do tyłu, przymykając oczy. Okulary zsunęły mu się na czubek nosa.
                – Niby to zrobiliśmy, ale wydaje mi się, że ani przez chwilę nie myślałem, że naprawdę się uda. Że naprawdę Czara nas wybierze. W końcu, czemu miałaby to zrobić?
                – Tego się chyba nigdy nie dowiemy. – Racja, czemu? Dlaczego Czara wybrała reprezentantów, którzy nie dość, że byli zbyt młodzi, to jeszcze zgłosili się dzięki oszustwom? Czy naprawdę zasługiwali na te, jakby nie patrzeć, zaszczytne pozycje? Na początku uczniowie podchodzili do nich z niekrytą podejrzliwością, ale z czasem zaczęli im nawet gratulować. Niektórzy przyznawali, że byli dumni z nich, dwójki Gryfonów, bo żadnemu zbyt młodemu ochotnikowi z pozostałych szkół nie udało się choćby zgłosić. Okazało się, że niepotrzebnie bali się odrzucenia, ba, zostali „przyjęci” jeszcze entuzjastyczniej. Tylko, z drugiej strony, czy ten konkretny sposób na uczestnictwo w Turnieju to taki powód do dumy? Odpowiedź wydawała się oczywista, Czara musiała to wiedzieć.
                Dlaczego więc zignorowała tę wiedzę?
                – Dwoje zawodników uporało się ze smokami, zdobywając złote jaja i kończąc tym samym pierwsze zadanie. Teraz czas na trzecią reprezentantkę! – Zapowiedź komentatora dotarła do Hermiony jak przez mgłę, niewyraźna i odległa, zdawać by się mogło, mało realna.
                Pannie Granger nie dane było rozważać problemów natury moralnej ani chwili dłużej, armatni wystrzał dawał jasno do zrozumienia, że nadeszła jej kolej. Ledwo zarejestrowała, że Harry uścisnął jej dłoń i opuściła namiot, podnosząc ozdobną płachtę.
                Uderzyła w nią chmara bodźców, z których wyłapywała krzyki widowni, gwizdy i światło. Arena, przypominająca raczej fragment wyjątkowo skalistej góry otoczonej widownią, sprawiała wrażenie niedorzecznie małej, biorąc pod uwagę, że miała służyć jako pole do walki ze smokiem. Ostre i strome kamienne odłamy, półki i wybrzuszenia tworzyły swego rodzaju tor, który musiała pokonać, żeby dostać się do jaja. Samo przebycie tej drogi do najłatwiejszych nie należało, nie mówiąc już o skakaniu po skałach ze smoczym oddechem na karku. Jajo, niewielki złoty skarb, spoczywało bezpiecznie w gnieździe na środku areny. Uznała, że trąciło to lekką niedorzecznością.
                Wynurzyła się z niewielkiego wejścia, łudząco podobnego do jednego z tych otworów, które kryły w swoim wnętrzu jaskiniowy korytarz. Niebo zasnute chmurami było pierwszym dobrym znakiem – nie musiała martwić się słońcem, zdolnym oślepić ją w najmniej odpowiednim momencie. Rozglądała się uważnie, ignorując szmery na widowni. Strach, towarzyszący jej przez cały czas spędzony w namiocie, nagle wyparował, pozostawiając po sobie jedynie rosnącą determinację. Smok już na nią czekał.
                Ogromny, przewyższający wzrostem najwyższe hogwarckie sale, majestatyczny w swojej wyniosłości. Srebrnoszare łuski, splecione ciasno, niby na kształt pancerza, połyskiwały delikatnie przy każdym poruszeniu. Ułożone warstwowo, od najmniejszych, chroniących krótki pysk i fragment szyi, po te wielkości dachówek, pokrywające kolczasty ogon. Tworzyły swego rodzaju mozaikę na smukłym cielsku, zaprojektowaną przez najdokładniejszego z rzemieślników – naturę. Podbrzusze, pokryte łuskami jaśniejszymi od pozostałych, rozświetlała od wewnątrz niebieskawa poświata, znamionująca ukryte pokłady ognia zdolne opuścić smoczą paszczę w każdym momencie. Wąskie ślepia, chronione przez trzy nieustannie poruszające się powieki spoglądały w kierunku panny Granger ni to wściekle, ni obojętnie. Emanowały mądrością, zdobywaną przez wieki długiego, drapieżnego życia. Czego oczekujesz? – zdawały się pytać, trafnie uznając Hermionę za główną zainteresowaną. Długie łapy, zakończone czterema pazurami, spoczywały tuż przy jaju, jakby przekazując treść ostrzegawczej wiadomości. Nawet nie próbuj, bo i tak nie podołasz.
                Gad nie przewidział jednego – czarodzieje zdobyli o smokach kilka kluczowych informacji, których Hermiona nie omieszkała wyszukać. Wiedziała więc, że plujące ogniem istoty to świetni kanciarze.
                Zwróciła uwagę na metalowy łańcuch, przymocowany do największej ze skał i ciągnący się aż do szerokiej obroży na smoczej szyi. Zakończony setkami niewyobrażalnie ostrych kolców ogon poruszał się w rytm oddechu gada, raz po raz uderzając o kamienną powierzchnię areny. Policzyła do trzech, oceniając odległość, powtarzając kolejność wprowadzania planu. Była gotowa to za dużo powiedziane ­– raczej zdolna do rozpoczęcia. Wrzaski widowni, szum poruszanych flag i transparentów zepchnęła w zakamarki umysłu, skupiając się na tym, co w danej chwili najważniejsze – szafirowym płomieniu, który właśnie opuścił progi smoczej paszczy.
                Uskoczyła, o włos unikając zwęglenia. Przylgnęła do chropowatej skały, wyjmując różdżkę z rękawa szaty. Ścisnęła ją mocno, zauważając mimochodem, że dłoń wcale jej nie drży. Oczywiście, głupia, walką ze smokiem nawet się nie przejmiesz, ale pojawi się taki Malfoy i już dostajesz padaczki.
                Wyjrzała zza skalnego ustępu, akurat by zobaczyć kolejną salwę płomieni, lecącą w jej stronę. Odskoczyła gwałtownie, policzyła do trzech i rzuciła pierwsze zaklęcie, którego smok nie był w stanie zauważyć. Jeszcze nie.
                Wybiegła ze swojej kryjówki, osłaniając się tarczą, która złagodziła nieco gorąco wywołane kolejnym ognistym splunięciem. Schowała się za skałą, już nieco bliższą środkowi areny i transmutowała kilka kamieni w złote monety, które zaraz podrzuciła pod sam nos węszącego smoka. Nie zwracając uwagi na reakcję gada, przebiegła do następnej półki skalnej, skąd, wysuwając jedynie czubek głowy i różdżkę, transmutowała kolejne kamienne odłamki po drugiej stronie areny. Rubiny, diamenty i błyszczące złotem monety stworzyły nieco poskręcaną ścieżkę, odbiegającą od jaja coraz dalej i dalej w kierunku przeciwnym położeniu Hermiony. Uważnie śledziła poruszenia smoka, który, nagle zdezorientowany, przenosił niepewny wzrok od strzeżonego przez siebie jaja do mieniących się skarbów i z powrotem. Nie stracił jednak całkiem głowy dla największej ze swoich słabości, potężnym  splunięciem topiąc zewnętrzną warstwę skały, za którą kuliła się Hermiona. Panna Granger zdołała się odturlać w ostatnim momencie, bo zaraz miażdżący cios ogona rozłożył kamienny występ na części pierwsze. Kolejne machnięcie strąciło ją z powierzchni, której się trzymała. Zsunęła się po ostrej skale, raniąc ręce i rozcinając szatę. Strumyczek krwi spływający jej po twarzy zauważyła dopiero, gdy ciemnoczerwona posoka dostała się na powiekę. Wytarła ją szybko, gramoląc się z powrotem do góry, umiejętnie chwytała nierówności w skale, podciągając się miarowo. Dziękowała w duchu ciotce, mającej w zwyczaju zabierać ją na mugolskie ścianki wspinaczkowe.
                Wychyliła głowę zza głazu, przyglądając się smokowi, który niby siedział przy jaju, ale pożądliwym wzrokiem wpatrywał się w kamienie szlachetne, wytyczające szlak na drugi koniec areny. Uniosła różdżkę, szeptem wypowiedziawszy Wingardium Leviosa, zaklęcie znane jej doskonale już od pierwszego roku nauki w Hogwarcie. Zza skały, która posłużyła Hermionie za bodajże drugą kryjówkę, wychylił się połyskujący czubek stosu monet i wszelkiego rodzaju drogocennych tworów ziemi. Panna Granger lewitowała go na szczyt najbliższego głazu, bez reszty zwracając uwagę smoka na skarby. Ten, nie zważając już na jajo, tak liche w porównaniu do czekających przed nim wspaniałości, kroczył po szlaku z kamieni, zbierając je łapczywie do kieszeni przy podbrzuszu. Hermiona tymczasem, pilnując, aby stos monet powoli oddalał się od smoka, zsuwając się na drugą stronę skały, podbiegła do gniazdka, w którym niewinnie połyskiwało złote jajo. Już miała je chwycić, już podnieść do góry w geście zwycięstwa, gdy jej szata zaplątała się w otaczające jajo gałęzie, przewracając pannę Granger na ziemię. Ta upuściła różdżkę, skarb, do którego dążył smok, przestał się przesuwać, dystans między transmutowanymi drogocennościami a gadem zmniejszał się niebezpiecznie szybko.
                Gryfonka oswobodziła się z czepliwych gałęzi, desperacko poszukując różdżki, którą zaraz chwyciła. Nie mogła już tylko odwrócić uwagi smoka i uciec ze złotym jajem, musiała go uwięzić, żeby nie zdążył jej dogonić, gdy się zorientuje, że monety to tylko chwilowo transmutowane kamienie. Przeszukiwała umysł, starając się przypomnieć sobie najbardziej skuteczne z zaklęć obezwładniających, ale Petrificus Totalus był za słaby na tak potężnego smoka. Przesuwała kamienie szlachetne dalej i dalej, co najwyraźniej zaczynało irytować gada, który zdążył zebrać już całą ścieżkę drogocenności i teraz czekał tylko na uciekający skarb.
                Nagłe oświecenie spłynęło na nią razem z promieniami słońca, które wydostały się zza chmur. Przekierowała stos monet pod występ skalny, zmuszając smoka do zatrzymania się na głazie obok. Odetchnęła głęboko, zdając sobie sprawę, że ma tylko jedną szansę – jeżeli się nie uda, gad nie omieszka rozgnieść ją na wilgotne purée, ewentualnie zwęglić. Ostatecznie puściła lewitowane drogocenności i uniosła różdżkę.
                – Incarcifors! – krzyknęła, nie zawracając sobie głowy niewerbalnością zaklęcia. Z szaleńczo bijącym sercem spoglądała na głaz pod smokiem, który, przemieniony w pokaźnych rozmiarów klatkę, uwięził w swoim wnętrzu wierzgającego gada. Oszołomiona cofnęła się kilka kroków, prosto w objęcia gniazda i drżącymi rękami chwyciła jajo, dopiero teraz dopuszczając do siebie oklaski i skandowanie widowni.
                Rzucany przez nią czar miał za zadanie przemienić dany przedmiot w więzienie, pozwalając tym samym na schwytanie stworzenia znajdującego się w pobliżu. Nie mogła zaczarować ziemi, nie była też pewna, czy głaz można uznać za „przedmiot”, ani czy smok nie okaże się zbyt silny na klatkę. Jak we śnie dała się wyprowadzić z areny, przechodziła z rąk do rąk, przyjmowała gratulacje, automatycznie za takowe dziękując, jednak na ziemię sprowadziło ją dopiero otrzeźwiające klepnięcie w plecy, które zaserwował jej Hagrid.
                ­– Aleś im pokazała, Hermiono! Taki żem dumny, jakem dawno nie był… – Gajowy zamrugał gwałtownie, jakby odganiając łzy i pociągnął nosem, uśmiechając się szeroko.
                – Czyli to jakby… udało się – szepnęła, nie akcentując pytania.
                – Ano! I to w jakim stylu! Ten piesek Karkarowa może się schować pod stół z podkulonym ogonem, po tym, co tu nam, cholibka, pokazałaś! – Hagrid smarknął głośno, dmuchając w haftowaną chusteczkę, którą wyjął z kieszeni płaszcza. – A ja żem się tak martwił… Takem się martwił…
                Hermiona rozglądała się do widowni, nie do końca wiedząc, czego tak właściwie szuka. Uświadomiła to sobie jednak bardzo dobitnie, gdy zatrzymała wzrok na platynowej czuprynie. Malfoy uśmiechał się lekko, unosząc zaledwie jeden kącik ust. Musiało to oznaczać, że naprawdę się cieszył. Przecież to właśnie dzięki niemu, jak każdy szanujący się Gryfon powinien powiedzieć, wstrętnemu Ślizgonowi, miała choć cień nadziei na skuteczne poradzenie sobie z pierwszym zadaniem Turnieju Trójmagicznego.
                Tylko ich trójka, ona, Malfoy i Harry, dla którego właśnie wprowadzano Rogogona Węgierskiego, wiedziała, że nie kto inny jak Draco wrzucił do Czary karteczki z nazwiskami. Męczyła ją niezdrowa ciekawość odnośnie hipotetycznej reakcji grona pedagogicznego na tak wstrząsającą wiadomość – Gryfoni bratali się ze Ślizgonem.
Koniec świata nam bliski.

****

Trybuny zaprojektowano tak, żeby arena była dobrze widoczna dla wszystkich, niezależnie od miejsca, w którym się znajdowali. Nic jednak dziwnego w tym, że pierwszy rząd widok miał najlepszy, a co za tym idzie – zajmujący go czarodzieje mogli najdokładniej komentować działania zawodników i poruszenia smoków. Rozwodzono się nad usypiającym zaklęciem panny Delacour, którym potraktowała Zielonego Walijskiego przedstawiciela gadów władających ogniem. Kręcono głowami nad częściowo nieudanym planem Wiktora Kruma, załamywano ręce nad jajami, zgniecionymi przez oślepionego smoka i przytakiwano sędziom, gdy ci chcieli odjąć punkty reprezentantowi Durmstrangu. Szczękano zębami za każdym razem, gdy szafirowe płomienie zbliżały się do osoby panny Granger, mijając obrany przez smoka cel zaledwie o włos. Przyklaskiwano energicznie pomysłowi z transmutacją odłamków skalnych w kamienie szlachetne, bo, jak wiadomo wszystkim, których temat choć trochę interesował, smoki to psy na drogocenności. W końcu, z napięciem oczekiwano na zmagania Harry’ego, bez skrupułów komentując wszystko, co tylko się nawinęło – wyklinano nawet młodych Weasley’ów, którzy ważyli się zbierać zakłady w strefie nieparającej się hazardem publiki w postaci grona pedagogicznego. Profesor Flitwick postawił na Hermionę cztery galeony, co w ostatecznym rozrachunku mu się opłaciło. Severus Snape zaś stracił galeonów pięć po nieudanym występie Wiktora Kruma. Był z tego tym bardziej niezadowolony, że swego czasu widział ten sam pojedynek, zakończony tym samym wynikiem, choć nie mógł ponarzekać na owy fakt z nikim innym jak profesor McGonagall, która jednak zaciekle wyganiała z pedagogicznej części trybun braci Weasley. Nawet odjęła im punkty, co nieco rekompensowało Mistrzowi Eliksirów stracone pieniądze.
                – Musisz się zgodzić Minerwo – zagadnął profesor Dumbledore, rozwijając papierek z karmelkiem – że panna Granger poradziła sobie znakomicie. Nie wspominając już o tym, że jakimś sposobem udało jej się przekroczyć linię wieku.
                – Powinnam być bardziej surowa w tej kwestii, ale nie można się nie zgodzić. Trzeba przyznać, że jest utalentowana, o czym z resztą świadczą jej stopnie. – Minerwa McGonagall z wyraźną dumą wpatrywała się w sylwetkę Hermiony, zajmującej miejsce na trybunach.
                – Oceny ocenami. – Albus machnął ręką, rozgryzając cukierka. – To nasze czyny ukazują, ile tak naprawdę jesteśmy warci. Panna Granger, mimo że początki miała nieco nieregulaminowe, może nas zaskoczyć w całym przedsięwzięciu. Poza tym, Czara nie wybiera zawodników na chybił trafił. – Zanurzył rękę w kieszeni szaty, z której wielce zadowolony wyciągnął Fasolki Wszystkich Smaków. ­– Ja za to lubuję się w niespodziankach. Bertie Bott był doprawdy niesamowitym człowiekiem.
                – Wchodzi Harry… – mruknęła profesor McGonagall, nie kierując swojej wypowiedzi do nikogo konkretnego, jednak Dumbledore nie omieszkał się wtrącić.
                – Tak, tak, Harry. Muszę przyznać, że niezły wywinęli numer, ci nasi Gryfoni. Niepokoi mnie to troszkę… – Gwałtownie zakaszlał, wypluwając fasolkę, która spadła na kamienie areny z cichym plaśnięciem. – Woskowina – wyjaśnił.
                – To nie jest normalne, Albusie. Czara nie wybiera sobie, ot tak, czwartego zawodnika. – Minerwa zmarszczyła brwi. Profesor Dumbledore może i był zaniepokojony, ale nie wiedział tego, co ją męczyło każdego dnia i nocy. Harry już brał udział w Turnieju. Harry już startował jako ostatni w zadaniu ze smokami. Harry już walczył z Rogogonem Węgierskim. I teraz robił dokładnie to samo, łącznie z przywoływaniem miotły, na którą właśnie wskakiwał. Wszystko się powtarzało.
                Profesor McGonagall spojrzała na Severusa, który w tym samym momencie zwrócił wzrok w jej stronę. Przeszła między nimi ta iskierka porozumienia, powstała po zmianie przeszłości. Snape nie musiał nic mówić, żeby Minerwa zrozumiała, że doszli do tych samych wniosków – coś było bardzo nie w porządku. Oboje jednak nie mieli pojęcia dlaczego.
                – Nie mogę się nie zgodzić, Minerwo. Musimy poczekać. Zobaczyć, spróbować zgadnąć, o co w tym wszystkim chodzi… – mruknął Albus, przyglądając się zmaganiom Harry’ego. – Same złote dzieci mamy w Gryffindorze.
                Minerwa, choć powinna przejmować się o wiele ważniejszymi sprawami, poczuła kolejną falę dumy, rozluźniającą mięśnie nieprzerwanie napięte od czasu powrotu z przeszłości. Pierwszy raz dopuściła do siebie myśl, że może uda jej się wrócić do normalności. A jeśli odniosłaby sukces, byłaby to zasługa tej dwójki Gryfonów, tak uparcie goniących za przygodą.
                Musiała jeszcze tylko rozwiązać problem powtarzających się wydarzeń. Bo tego, że te wszystkie „przypadki” nie były tylko zbiegiem okoliczności, była tak pewna, jak widoku krwawych ślepek na jednym z głazów areny. Wiedziała, że to nie przywidzenie.
                – I złapał! – Pełne pasji oklaski widowni, w których przodował profesor Dumledore, zmusiły Minerwę do spojrzenia na arenę.  Harry wznosił się miarowo, trzymając w rękach złote jajo, niby znicz w meczu ze smokami.
                Jak długo będziesz mnie męczył, czasie? Jak wysoka jest cena za życia tych ludzi? Dlaczego musimy płacić za zatrzymanie okrucieństwa? Dlaczego stawiasz nas w ciągłej niepewności, wymyślasz nowe zagrożenia? Dlaczego nie pozwolisz nam normalnie żyć? Merlinie?! ­– pytała w duchu, nie zdając sobie sprawy, że jej nieme słowa znalazły odbiorcę.
                To proste, moja droga. – Zdawał się mówić. – Na pewne zjawiska nie możecie mieć wpływu. Pewne zjawiska nie mogą zostać zmienione. Widzisz… – Jakby się uśmiechał. – Trzeba zachować Harmonię.
                Minerwa nie wiedziała, że te słowa nie były tworem jej umęczonego umysłu. Nie mogła wiedzieć. W pewnych sprawach Czas bywał nad wyraz dyskretny.
                Nad wyraz okrutny.

****

                Najbardziej męczące było jego ciało. Rozlew rodzinnej krwi.
                Ucieczka.
                Śmiech. Szaleńczy śmiech.
                Różdżka. Czarodziej zbyt dobry, by zabić, nawet po stracie.

                Spokojnie przespana noc zyskała miano legendy. Niewykluczone, że kiedyś stanie się mitem. Drżące dłonie ściskały pomiętą kołdrę, nawet nie próbując odgarnąć czarnych loków, które przysypały twarz niczym zasłona, skrywająca za sobą wejście do świata umarłych.
                W którym każdej nocy zanurzało się jego ciało, ciało kuzyna. Ale przecież on żył.
                Prawda?






Witam wszystkich w ten słoneczny i niedzielny już nie-poranek.
Akurat dzisiaj nie mam za dużo do powiedzenia, dlatego wszelkie ewentualne wywody pozostawiam Wam.

Pozdrawiam z nadzieją, że dotrwamy do końca, niezależnie od tego czy miałby to być koniec roku szkolnego, czy najbliższego tygodnia,
Vi



*[…]* — zawiera fragmenty z filmu „Harry Potter i Czara Ognia”



5 komentarzy:

  1. Ojej, dziękuje ci serdecznie za dedykacje <3 Aż sie milej na sercu robi na taki widok :) Cieszę się bardzo, że lubisz moje komentarze, wiele to dla mine znaczy - aż się jeszcze bardziej chce komentować!
    Choć akurat z tym komentarzem się trochę zbieram - przeczytałam już po południu - ale w tych dnia zbieram się do pisania czegokolwiek jak pies do jeża, bo pogruchotałam sobie palce w prawej dłoni. Wyobraź sobie teraz moje tempo klikania :D
    Ale przejdźmy do rozdziału. A jest o czym mówić :D
    Świetnie odtworzyłaś wywiad z Ritą - chyba zrobilaś z niej jeszcze większą kretynkę niż w kanonie, a to już wyczyn. Matko święta, myślałam, że wejdę do tego rozdzialy i ją rozszarpię. I nieśmiertelny tekst o dwunastoletnim chłopcu. Grr.
    Zdziwiło mnie, że przyznali sie do wrzycenia kartek, chociaż z drugiej strony do Hermiony to bardzo pasuje :D I te subtelne różnice w wywiadzie z Ritą... teraz Harry już nie może ciagle zaprzeczać i powtarzać, że sie nie zgłaszał... musi bronić się inaczej przed jej werbalnymi atakami. Cóż, zawsze to jakis nowy sposób, zeby trochę bardziej ją zdemonizować. Ale jak wyskoczyła z Hermioną i każde zaprzeczenie Harry'ego zmieniała w coś jeszcze gorszego to myślałam, że padne, masakra... dziecko? Do czternastolatka? Jeśli czternastoletniemu chłopcu oczy by sie zaszkliły na wzmiankę o dziecku, to chyba tylko z rozpaczy, na myśl o takiej wpadce w tym momencie swojego życia xd Ale sam fragment o Ricie, o teatrze i graniu bardzo mi się podobał. Szczególnie ten fragment z porównaniem do Posejdona, bardzo trafny :D
    Podoba mi się twoje przedstawienie Rona, a powiem ci, ze w niewielu fanfikach podchodzi mi jego postać :) Ale moze to też dlatego, że przeczytałam w życiu sporo Dramione, gdzie zazwyczaj robi sie z niego psychopatę. Podoba mi się, że bierzesz ten problem z innej, nieszablonowej strony i nie próbujesz się go "pozbyć" w tak banalny sposób :D Coraz większą sympatią darzę jego miłość do muzyki. Fajnie, że pod tym względem nie chce rozgłosu.
    Harry tym razem znacnie lepiej rozegrał sytuację z propozycją Draco, choć nei ma się co dziwić, skoro i przeszłość była inna :) I postawa Rona też mi imponuje - ten mimowolny szacunek do Draco. Co prawda to prawda, muszą się tolerować :) Widać, że Harry wiele znaczy dla obojga. Powiem ci, że gdyby nie nadchodząca wizja obiecujacego dramione, to w twoim wydaniu szipowałabym nawet i Drarry :D
    Hermiona znalazła się w naprawdę kiepskiej sytuacji, po tych całych czasowych machlojkach Minerwy i Severuwa. Nawet Harry miał nieco lepiej w Czarze Ognia - przynajmniej stukniety śmierciożerca pod przykrywką był chętny mu pomóc :D A ona właściwie nie ma nikogo (choć mugolscy rodzice raczej nie eksplodowaliby pomysłami na pokonanie smoka, ale zawsze coś). Na szczęście wkracza Draco! Dla do tego zaraz wrócę... boże, jaki chaos w tym komentarzu.
    Bardzo jestem ciekawa, co konkretnie skrywa jej ciotka, bo w końcu skoro Hermiona podejrzewa, że tak jest, to na 99% będzie to prawda.
    Ale sama ta sytuacja, ze Harry i Hermiona muszą działać osobno i nie mogą się siebie nawzajem radzić (co właściwie jest bardzo rozsądną decyzją) jest nieprzyjemna. Każdemu z nich jednak by się to wsparcie przydało.
    Rozmowa Hermiony i Draco jak zwykle mnie nie rozczarowała <3 W ogóle Draco chyba nie potrafiłby mnie rozczarować, choćby nie wiem jak próbował… Uwielbiam jak Hermiona na niego reaguje, choć jeszcze do końca nie wie dlaczego i jak się przyznała, że go obserwowała na ogłoszeniu wyników. I jak Draco wyskoczył z tym pytaniem o gwiazdy, kurcze, jakby chciał dać jej znać, że doskonale pamięta ich ostatnią nocną „schadzkę”. Wgl uwielbiam opisy Draco, ale o tym już chyba wspominałam… w każdym poprzednim komentarzu. Ale nieważne. Chciwie łowię wzrokiem nawet najdrobniejsze wstawki o bladych dłoniach gładzących materiał koszuli i oczach z czystego srebra.
    I nawet nie wiesz, jak się cieszę, że to właśnie Draco podsunął jej jakąś podpowiedź w związku z pierwszym zadaniem, aż mi serce urosło. I połaczył to przy okazji z bardzo fajnie napisanym wspomnieniem o ojcu.+

    OdpowiedzUsuń
  2. +Taką miałam ochotę go przytulić, ze ci mówię. Nie wiem jak Hermiona się powstrzymała xd
    I tak sobie myślę, ze to strasznie ciężkie musi być, żeby przepisywać w inny sposób, coś co było w książce… nie wiem jak ty to robisz, ja nie mam dość samodyscypliny i cierpliwości, żeby przebrnąć przez te fragmenty, które muszą zaistnieć. Biję pokłony przed twoją wersją pierwszego zadania.
    „Oczywiście, głupia, walką ze smokiem nawet się nie przejmiesz, ale pojawi się taki Malfoy i już dostajesz padaczki.” – hahah no daj spokój, Hermiona, kto by nie dostał przy nim padaczki? I wgl bałąm się o nia strasznie i cieszę się, ze tak brawurowo sobie poradziła. Nie wiem czemu się tak denerwowałam, skoro to było pewne, że da radę, ale to chyba dobrze świadczy o twoich umiejętnościach budowania napięcia.
    Ach no i uwielbiam Minerwę. Naprawdę jej współczuję, ze ten cały czas ciagle robi jej na złość, że wszystko się powtarza na oczach jej i Severusa, choć tak się starali wszystkiemu zaradzić.
    Końcówki nawet nie komentuję, bo jak zwykle miliard teorii mi się żre ze sobą w głowie.
    I chyba nigdy nie przestanę sie zachwycać nad twoimi pięknymi opisami i porównaniami... pozwole sobie zacytować perełki z tego rozdzialu, żeby zostały należycie docenione :D
    "...ba, nawet pakował go do kartonu oznaczonego plakietką „niemile widziane” i chował gdzieś w rogu strychu"
    "Grał, a jasna tarcza księżyca opadała w dół, jak chyli się głowa dziecka, uśpionego przez kołysankę. Grał, a delikatny szelest skrzydeł docierał do niego niby przytłumione brawa, gdy publiczność, niepewna czy już czas, chce wyrazić swój zachwyt nad talentem muzyka."
    „Schowała różdżkę do kieszeni, otwierając wolną drogę zachłannym mackom ciemności.”
    „Tworzyły swego rodzaju mozaikę na smukłym cielsku, zaprojektowaną przez najdokładniejszego z rzemieślników – naturę.”
    Ogólnie wybacz mi ten chaotyczny komentarz, bo choć długi urósł w cholerę, mimo jednej sprawnej dłoni, to chaos tu straszny i milion cytatów ale… no nie mogłam się powstrzymać xd
    Rozdział naprawde dobry i naprawdę długi, działo się działo no i wgląd w Rona też na duży plus, podoba mi się jak do niego podchodzisz. Choć dla mnie rozdział kradną Draco i Hermiona, of kors :D
    Jeszcze raz dziękuję dedykacje! I tradycyjnie, niech Moc i Wena będą z tobą, bo widać, ze ich obecność wpływa nadzwyczaj korzystnie. Trzymaj się! I trzymaj też kciuki za moją rękę xd

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapewniam, że między komentarzami pisanymi pogruchotanymi palcami a tymi w pełni sprawnymi nie ma różnicy, co więcej - pogruchotane w jakiś pokrętny sposób cieszą bardziej, bo musiałaś się troszkę wysilić, żeby coś tu naklikać. Wiem, okropna ze mnie istotka. Ale nawet z palcami mniej sprawnymi piszesz komentarze niemal długości moich rozdziałów, co chyba oznacza, że muszę się ostro wziąć za siebie.
      Miło mi to słyszeć ("czytać" głupio brzmi), ten wywiad był jednocześnie łatwy do przeprowadzenia, ale z drugiej strony mogłam nie zawrzeć w nim tego, na czym mi tak bardzo zależało. Chyba jednak się udało, skoro obudziłam w Tobie mordercze instynkty :D
      Zdecydowanie, Ron to zazwyczaj ten zły gość, bo ktoś w końcu musi być zły. Niespecjalnie lubię go w tym wydaniu, nie mówiąc już o tym, że jego kanoniczne zachowania niekiedy doprowadzały mnie do białej gorączki. Chciałam pokazać go z innej strony, w moim osobistym przekonaniu, lepszej.
      Zobaczyłam "Drarry" i prawie uciekłam. Żartuję oczywiście (hah, taki ze mnie śmieszek... :D).
      Mała wskazówka, która ukazuje zbyt długojęzyczną część mojej natury - bliżej przyjrzałabym się ciotce.
      Masz rację, pewnie to "rozdzielenie" w planowaniu przejścia przez Turniej wyszło trochę nieprzyjemnie. Cóż jednak poradzę skoro Gryfoni uznali, że w taki sposób postąpią fair, nie chciałam się z nimi kłócić.
      Dziękuję, dziękuję, dziękuję, że zwróciłaś uwagę na pytanie o gwiazdy. Taki mój wewnętrzny sukcesik :D Nie będę ukrywać, że też mam ochotę Dracona przytulić. Właściwie, niezależnie od sytuacji.
      Wśród osób pozostawiających po sobie ślad jesteś chyba jedyną, która do Minerwy pała czymkolwiek, a co dopiero sympatią. Niemniej jednak, cieszy mnie to, co się będę hamować.
      "Choć to szaleństwo, lecz jest w nim metoda". Muszę oznajmić, że Twoje komentarze wcale nie są chaotyczne. Przynajmniej nie dla mnie :D

      Niech Moc będzie z Tobą, a sprawność z Twoją ręką,
      Vi

      Usuń
  3. No i skończyłam, No i mi smutno, że będe musiała teraz czekać!
    Tworzysz naprawdę coś niezwykłego, jeszcze nigdy nie spotkałam się z czymś podobnym. Zaczynajac od oryginalnego pomysłu, przez opisy, ktore nadal mnie zachwycają i na zabawnych dialogach kończąc! To opowiadanie ma u mnie naprawde mocna pozycje!
    Opisy są niezwykle graficzne, jestem w stanie poczuć nastrój bohaterów i ich emocje, chociażby smutek w słowach Dracona w tym rozdziale. Scena na arenie była naprawde stresująca, chociaz oczywistym bylo ze Hermionie nie moze sie nic stać.
    Juz nie mogę doczekać sie kolejnego rozdziału!
    Możesz życzyć mi szczęścia, bo niedługo startuję z czymś swoim! :D
    Ściskam i czekam,
    Mary! :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, bardzo, ale to bardzo nie lubię tego przyznawać, ale zabrakło mi słów. "Dziękuję" to jedno z nielicznych, na jakie się zdobędę.
      Dlatego też najzwyczajniej w świecie - dziękuję Ci. Dziękuję za powyższe, dziękuję za pozostanie ze mną i moją historią, choć jeszcze wiele jej brakuje. Dziękuję z nadzieją, że jak już jesteś, to będziesz do końca.

      Życzę szczęścia, jakżeby inaczej :D
      Pozdrawiam,
      Vi

      Usuń