niedziela, 28 maja 2017

9. Zresetować

       Rzadko okazywała emocje. Nie zrobił na niej wrażenia widok tłoczących się uczniów, podenerwowanych i jednocześnie pełnych ekscytacji. Nie uśmiechała się, chociaż uprzejmie kiwała głową pozostałym nauczycielom i pracownikom Ministerstwa. Była niewzruszona, niczym Czara, roztaczająca wokół siebie stałą, błękitną poświatę. Zastanawiała się, co okazałoby się twardsze – jej serce czy może kamienny postument Czary. Bała się, że odpowiedź, która pojawiała się nieproszona, zasługuje na miano tej właściwej.
– Hermiona Granger.
Wystarczyły jednak zaledwie dwa słowa, aby wytrącić ją z równowagi. Z sykiem wciągnęła powietrze, przyciskając rękę do brzucha. Wystające żebra wbijały się w napiętą skórę przedramienia, ale nie zwracała na nie uwagi. Rozglądnęła się po otaczających ją czarodziejach, szukając oznak rozbawienia na skutek mało udanego żartu. Nic takiego jednak nie dostrzegła, a zastygłe w bezruchu twarze tylko utwierdziły ją w przekonaniu o wyborze Czary. Zmarszczyła brwi, bruzdy na twarzy mocno się pogłębiły. To niemożliwe… prawda?
Sama możliwość wymyślenia sposobu na przekroczenie linii wieku przez pannę Granger nie zdziwiła jej – Hermiona była najlepszą uczennicą w całym Hogwarcie, przekonała się o jej zdolnościach. Nie tyczyły się one jednak łamania regulaminu, do czego nieprzeciętnym talentem odznaczał się chociażby młody Potter. Gryfonka, jej wychowanka, nie zachowałaby się w ten sposób.                Nie chciałaby…
Czegoś udowodnić?
Ale co miałaby udowadniać? Była przecież…
Sierotą?
Brak rodziców spowodowałby coś takiego? Hermiona nigdy nie chciała się narażać, w kłopoty wpadała tylko przez wymysły Pottera i Weasleya. Tak, zdecydowanie tak. Tak było zanim…
Zresetowałaś ją?
Niedorzeczność. Nie mogła zmienić się w tak dużym stopniu, tak diametralnie. Chociaż, z drugiej strony, dlaczego nie? Wychowana inaczej. Sama. A Minerwa dobrze wiedziała, kto ponosił za samotność Hermiony odpowiedzialność. Ta świadomość nie okazała się pomocna.
– Harry Potter…
Nazwisko, które już kiedyś rozbrzmiało w tej sali. Wypowiedziane w ten sam sposób, przez tą samą osobę, głębokim, skrywającym zdziwienie głosem.
Zdawać by się mogło, że Minerwa zatoczy się do tyłu, upadnie, ewentualnie zemdleje. Ale stała tylko, sztywna i wyprostowana. Usta, zaciśnięte w cienką kreskę, sprawiały wrażenie zrośniętych. Dłonie, ułożone na ciemnym materiale szaty, nawet nie drgnęły. Tylko w wyblakłych oczach krył się strach, milczący i nieruchomy. Mały, wredny cień, czekający na odpowiednią chwilę, aby zgasić światło. Bo, jak dobrze wiedziała, w mroku miałby nieograniczone pole do popisu. Wszechobecny, a jednocześnie niewidoczny. Jeszcze bardziej niebezpieczny.
Spojrzała na nich, wstrząśnięta. Hermiona stała tuż przy pozostałych reprezentantach, Harry właśnie do niej dołączył. Lwy Gryffindoru na ich ciemnych szatach dumnie wypinały piersi, zadowolone i dostojne. Minerwa widziała, jak pozostali reprezentanci wymieniali między sobą pełne niezrozumienia spojrzenia. Fleur marszczyła wypielęgnowane brwi, ale Wiktor z nikłym uśmieszkiem przyglądał się Hermionie.  McGonagall nie zwracała uwagi na gorączkową dyskusję Albusa z pracownikami Ministerstwa. Skupiła się na Wybrańcu, który omal nie zginął w TAMTYM Turnieju. Na jego gładkim czole, pozbawionym choćby śladu po bliźnie. WTEDY, przez te wszystkie lata, chroniła go miłość matki. Jednak teraz, mimo że Voldemort już nigdy nie otworzy martwych oczu, najwyraźniej coś innego postanowiło zająć jego miejsce.
Kiedyś potężniejsza od śmierci miłość matki, teraz wciąż żywej, nie mogła Pottera ochronić.
Przyszła jej go głowy okrutna myśl, wywołując obrzydzenie do samej siebie – po Harry’m przynajmniej ktoś by płakał. Wątpiła w przywiązanie dalekiej ciotki Hermiony, jedynej jaką panna Granger miała.
Zaraz… dlaczego już zakładała, że któryś z uczestników zginie?
Mogłaby przysiąc, że w zagłębieniu pod kielichem Czary dostrzegła oczy, łzawiące krwią.

****

Skradał się bezgłośnie, szponiastymi łapkami chwytał nierówności na kamiennej powierzchni. Prychał, szukając woni, węsząc. Już raz przebył tę trasę, ponowna wędrówka nie powinna więc sprawić mu większego problemu. Otarł stwardniały grzbiet o zakrzywienie ściany, warcząc cicho. Krwiste ślepka utkwił w błękitnym płomieniu, oblizując pozbawioną warg mordkę.
Wskoczył na postument, podtrzymujący Czarę z płomieniem, wdrapał się po węższej nóżce kielicha. Gdyby tylko mógł, zaśmiałby się, widząc te przerośnięte istoty. Wydawało im się, że wraz ze wzrostem dostały władzę. Najwyraźniej lubiły kłamstwa, a to jedno bardzo im pasowało.
Czas już dawno wykrzywiłby swoją groteskową twarz w imitacji kpiącego uśmiechu. Myśleli, że mogą sobie, ot tak, manewrować biegiem wydarzeń, zmieniać je. Mieli niebezpieczne narzędzie, które zagrażało Czasowi, ale było jednocześnie wybitnie niedokładne, otwierając jemu, Poczwarce, wolną drogę.
Wrażliwe ślepia źle reagowały na światło, wydzielając śluz, spływający z ciemnych policzków aż na zrogowaciały tułów. Nazywał tą ciecz śluzem, bo Czas tak mu kazał. Ale dobrze wiedział, czym lepka maź była naprawdę.
Krwią, której przelew powstrzymano.
Nieskutecznie.

****


Słońce już zdążyło skryć się za pofałdowaną linią horyzontu, ale ciepłe barwy zachodu wciąż uparcie trzymały się nieba. Fioletowawe czerwienie przechodziły w pomarańcze, te zaś od łagodnych żółci aż po błękity i wreszcie nieprzerwany granat, który jednak zaraz miał zostać naznaczony tysiącami migoczących punkcików. Czubki drzew Zakazanego Lasu zdawały się chwytać ostatnie skrawki dziennego światła, zanim całkiem pogrążą się w mroku. Ich niższe partie nie zmagały się z tego typu problemami, znajdujące się zawsze w cieniu nawet nie zdawały sobie sprawy z innych niż ciemność możliwości. Były nieświadome i jednocześnie przekonane o swojej wyższości. Dlatego rzadko wpuszczały obcych za progi sczerniałych korzeni, a jeszcze rzadziej ich wypuszczały. Zakazy Las poniekąd nie atakował – bronił się, a że wszyscy naokoło mylili defensywę z ofensywą, ich błąd. Jeśli zaś o błędy chodzi, popełnienie niektórych z nich mogło kosztować życie.
Dumny profil na tle ciemniejącego horyzontu prezentował się jeszcze dostojniej niż w okolicznościach dziennych, co wręcz ocierało się o niewykonalne. Nie trzeba by długo się zastanawiać, żeby przypisać ostre rysy do osoby panicza Malfoya, zajmującej aktualnie miejsce przy balustradzie na Wieży Astronomicznej. Oczy, w których płynne srebro przelewało się, niby w rytmie morskich fal, błyszczały nieznacznie, wolne od wszelkich masek i kpin przybieranych na użytek otoczenia. Gdyby wtedy ktoś zanurzył się w tym srebrnym spojrzeniu, już nigdy nie byłby w stanie całkiem się z niego wynurzyć. A że potem zostałoby ono zakryte kolejnym z tysięcy pozorów, ułamek nieostrożnego obserwatora zachowałby się w nim na zawsze, nie mogąc wydostać się z morza metalu. Można więc uznać, że dobrze się stało, skoro Malfoy siedział wtedy sam – nie miał nawet szansy uwięzić nikogo we własnym spojrzeniu. Z drugiej strony jednak, przy osobie postronnej nie odkryłby się tak bardzo, nie stałby się tak prawdziwy.
Draco często chwalił swoją wybitną personę, czego nie trzeba specjalnie podkreślać – wiedzieli to wszyscy, bo wszyscy słyszeli. Mimo to, główny zainteresowany uznawał, że nie zdradzając innym tego, co codziennie widział w lustrze, zrobi i im, i sobie przysługę. Znając Malfoya tylko z widzenia, a może nawet całkiem dobrze, nie pomyślałoby się, że Ślizgon nie myśli o własnej osobie w takich kategoriach, w jakich to przedstawia. Jedynie Blaise i Potter zdołali dokopać się do swego rodzaju niepewności i strachu w sercu Dracona, przemożnej potrzeby zmazania dawnych, a przy tym nieswoich grzechów. Malfoy, nie nieustannie, ale jednak, czuł presję osoby, od której odciął się całkowicie i która, przynajmniej w teorii, nie miała na niego żadnego wpływu. Lucjusz najwyraźniej był mistrzem w dręczeniu ludzi wszelakiej maści i krwi, w tym z własnej rodziny, nawet na odległość. Draco, niezależnie od tego, jak bardzo chciał – a chciał bardzo – nie był w stanie uwolnić się od obrazu szyderczej twarzy ojca, który, niczym wredny pasożyt, zagnieździł się gdzieś w głowie i ani myślał jej opuszczać. Widział te pozbawione emocji oczy, swego czasu wyglądające z okładkowych stron gazet, wykrzywione w okrutnym grymasie usta i uczucie najmniej w takiej wizji spodziewane – zadowolenie Lucjusza z czynów, których kiedyś, nie chwaląc się, dokonał i pewnie nie zawahałby się przed powtórzeniem ich. Młody Malfoy męczył się z tym niemiłosiernie, ale cieszył się po cichu, że ojciec nawiedzał go tylko w snach, tak więc myśli dzienne były od jego postaci wolne.
Draco nierzadko odnosił wrażenie, że jakakolwiek opinia o nim jest z góry przesądzona z powodu nikogo innego, jak zamkniętego w Azkabanie ojca. I choć zdarzało mu się uznawać tego typu myślenie za nieuzasadnione, teraz zyskał dostateczny dowód – przez swoje pochodzenie, krew, niezmordowanie krążącą w jego żyłach, nie był godny wziąć udziału w Turnieju Trójmagicznym. Niektórzy, jeżeli nie większość, uznaliby tego typu logikę za bezsensowną, Malfoy jednak wiedział swoje. Doskonale zdawał sobie sprawę z własnych umiejętności, a, co ważniejsze, ich poziomu. Opanował zakres materiału na prawie rok w przód, ćwiczył zaklęcia praktycznie, jak i teoretycznie każdego wieczora. Był lepszy od niejednego ucznia z ostatniego roku, może nawet od większości. Uznając tak, nie chwalił się przed sobą – po prostu stwierdzał fakty, które okazjonalnie potwierdzał Mistrz podczas ich wspólnych lekcji. Musiał więc być powód, dla którego nie został wybrany, powód niezwiązany z brakiem doświadczenia czy jakichkolwiek umiejętności magicznych. Jedynym, jaki przychodził Malfoyowi do głowy, był Lucjusz i jego dziedzictwo.
Mistrz pewnie by go zganił za tego typu stwierdzenia. W niektórych kwestiach się nie zgadzali, nie zrażało ich to jednak. Draco spotykał się z Mistrzem co kilka dni, choć kiedyś robił to częściej. Wymykał się nocą, zawsze rzucając na siebie zaklęcie maskujące. Był poniekąd zadowolony ze skrytości własnych poczynań, bo podczas tych późnych wędrówek nauczył się skradać właściwie bezszelestnie, co zaliczał do dość przydatnych umiejętności. Zgodnie z wcześniejszymi instrukcjami, raz przychodził do Wrzeszczącej Chaty, to znowu znikał w Zakazanym Lesie. Jeszcze na początku nauki w Hogwarcie opuszczał zamkowe mury codziennie, mały, blady chłopiec ze spojrzeniem wykutym z metalu. Poznał Mistrza przypadkiem, gdy dziwnym sposobem trafił na ukryte przejście pod Wierzbą Bijącą. Siedział sam, zgarbiony, jakby zbolały i pełen niewypowiedzianego smutku, opierając się o jedną ze ścian Wrzeszczącej Chaty, całą w bruzdach. Każdy normalny czy też zachowujący resztki rozsądku jedenastolatek, uciekłby natychmiast, zostawiając za sobą jedynie kurz i echo wcześniejszego krzyku. Draco jednak otworzył jeszcze szerzej srebrne oczy, wyjął z kieszeni różdżkę i poprosił:
– Nauczy mnie pan zaklęcia na uśmiechanie?
Wtedy Mistrz się uśmiechnął. Rozjaśnił zmęczoną, stosunkowo młodą, ale już poznaczoną zmarszczkami twarz i ten tak niewyobrażalnie prawdziwy uśmiech spowodował jedno – Draco z miejsca pokochał nieznajomego człowieka. Nie miało znaczenia, że był straszny, tajemniczy i samotny w walącej się chacie, bo był prawdziwy. A na samotność chłopiec mógł zaradzić. Mistrz nigdy nie zdradził mu własnego imienia, jak mówił, nie miało ono żadnego znaczenia, wywoływało tylko niepotrzebne domysły. Został więc Mistrzem, bo nauczał, a do Dracona zwracał się najprościej w świecie – chłopcze. Chociaż ten przypuszczał, że mężczyzna bardzo dobrze wiedział, jak Malfoy się nazywał. Raz w miesiącu Draco nie mógł do niego przychodzić, a choć nie poznał dokładnego powodu, miał wrażenie, że wynika z czegoś ważnego i raczej drażliwego. Nie pytał więc, powstrzymując swoją wrodzoną ciekawość i Mistrz najwyraźniej był mu za to wdzięczny. Mistrza uznawał za mentora i przyjaciela, pierwszego, jakiego kiedykolwiek miał. I kochał go całą niewinnością dziecięcego serca, mocniej i mocniej z każdym kolejnym dniem. W podobny sposób kochał tylko jedną osobę na świecie, matkę, w podobny sposób kochałby ojca, gdyby mężczyzna, zasługujący na takie miano, istniał.
A porzucając już wspomnienia oraz myśli o wszelkiego rodzaju niesprawiedliwości i zawodzie, odczuwał w środku coś dziwnego, czego nie potrafił do końca określić. Czara wybrała Granger i Pottera. Podekscytowanie zostawało momentami zagłuszane przez niepokój, to znowu dumę – udało im się, eliksir, zaklęcie, nazwiska w niebieskich płomieniach. Cieszył się z tego, choć pewnie cieszyłby się bardziej, gdyby sam został wybrany. Ale najbardziej gryzło go coś innego – niezrozumiałe poczucie déjà vu, gdy tylko usłyszał „Harry Potter” z ust Dumbledore’a. Zdawało mu się nawet, że na aktualne postrzeganie nakłada się inny obraz, nieco rozmazany, jakby widziany z innego miejsca sali. Wizja przedstawiała tą samą scenę, nie zgadzały się tylko szczegóły – słyszał nazwisko „Potter”, ale poza Fleur i Krumem reprezentantem był Cedrik Digory, w rzeczywistości grzecznie siedzący w gronie swoich wyznawców. Nie miał pojęcia, dlaczego coś podobnego w ogólne przyszło mu do głowy. Wydawało się jednak rażąco prawdziwe – jak stare wspomnienie, przypadkiem znalezione i odkurzone, ale dość wyraźne, by je odczytać.
Nie rozumiał go, nie rozumiał, dlaczego czuł, że nie powinien tej wizji uznać za przywidzenie. Zmarszczył brwi, kręcąc lekko głową. Nie wymyśli nic nowego, a w ten sposób tylko tracił czas. Wciąż widział jednak Cedrika Digoriego i Hermionę, raz stojącą przy Czarze, to znowu odchylającą się ze zdziwienia na ławce, gdy Harry podchodził do reprezentantów. Sam gubił się w tych myślach, w każdym razie jedno było pewne – nie wymyślił tej wizji.
Ktoś albo używał legilimencji, albo jakiegoś innego rodzaju czaru, żeby Draco zobaczył konkretny obraz – sposób, w jaki mógł odbyć się wybór Czary. Nie miał pojęcia, co to miało na celu, ale pewnie musiało zawierać jakieś znaczenie, dać mu coś do zrozumienia.
Ale po co pokazywać coś, co stać się mogło, lecz się nie stało?

****

Ludzie mówią, że cuda się nie zdarzają. Nigdy nie przychylała się do takiego werdyktu – była dowodem na jego błędność. Poczynając na ciotce i magii, przechodząc przez Hogwart, a kończąc na Turnieju, jej życie przypominało łańcuszek cudów, do którego wciąż doczepiano nowe ogniwa. Nie narzekała na taki stan rzeczy, bo też nie miała na co narzekać, uznawała się więc za osobę zadowoloną z własnego losu. I choć wiedziała, że to jej nazwisko wybrała Czara, budziła się każdego dnia, niepewnie zerkając na szafkę nocną. A na gładkiej, drewnianej powierzchni spokojnie leżała nieco przypalona karteczka, na której równo wypisano dwa słowa „Hermiona Granger”. Ta krótka czynność, upewnienie się, stało się codziennym nawykiem, a jego praktykowanie koniecznością. Gryfonka była przekonana, że, gdyby nie namacalny dowód, każdego dnia budziłaby się z myślą typu „To tylko sen” i  zawiedziona zasypiałaby ponownie.
Przewróciła się na bok, rzucając okiem na zwęgloną na końcach karteczkę. Uśmiechając się lekko, rozglądnęła się po pomieszczeniu, zatrzymując wzrok na poszczególnych współlokatorkach. Bordowe zasłony trzymała odsłonięte, lubiła czuć na twarzy pierwsze promienie słońca, które zbłądziły do dormitorium Gryfonek. Jak się jednak okazało, nie tylko one. Harry Potter, w żaden sposób nieporuszony tym, że właśnie wbiega do damskiej sypialni, zamaszyście otworzył drzwi. Cały rozczochrany, w szacie narzuconej na piżamę, wrzasnął:
– Hermiono!
Zaraz jakby się zreflektował, zauważając śpiące dziewczyny, uśmiechnął się przepraszająco i podszedł do łóżka panny Granger.
– Muszę ci coś pokazać. – kręcił się nieustannie, wyraźnie podekscytowany.
– Harry, jak tu wszedłeś? – Hermiona stłumiła ziewnięcie. Przyszło jej do głowy, że przecież schody do damskiego dormitorium potrafiły się bronić przed nieproszonymi gośćmi.
– Mam miotłę – Potter wykonał bliżej nieokreślony ruch ręką, która miała zapewne wskazać drzwi i leżący za nimi drewniany atrybut – Wstawaj! Nie mamy czasu.
– O co chodzi? – panna Granger przetarła oczy, siadając na łóżku. Harry rozglądnął się ostrożnie, nachylił w stronę  Gryfonki i szepnął, błyskając zielenią zza okularów:
– Wiem, jakie będzie pierwsze zadanie.
To wystarczyło, aby Hermiona zerwała się, wzięła przykład z Harry’ego (czyt. narzuciła szatę na piżamę) i wyskoczyła z dormitorium szybciej niż Potter do niego wpadł. Zatrzymała się dopiero przy portrecie Grubej Damy, odwracając w stronę przyjaciela:
– Skąd wiesz?
Oczywiście, że ekscytacja aż wylatywała jej uszami, pierwsze zadanie to niebyle jaki powód. Odezwały się w niej jednak pierwotne instynkty, a właściwie, wrodzona uczciwość. Nie miała pewności, czy to aby w porządku, robić sobie taką przewagę nad resztą uczestników. Niby byli młodsi, dość już jednak kombinowali, chociażby w celu samej możliwości wystartowania w Turnieju. Gryzło ją to, gryzło strasznie i pewnie jeszcze trochę pogryzie. Nie chciała pozbyć się poczucia winy, chciała po prostu być równa. Nie mieli takiego doświadczenia, jak starsi reprezentanci, zostali jednak wybrani, a to coś znaczyło. Bo samo wrzucenie karteczki do Czary o niczym nie przesądzało, równie dobrze żadne z nich mogło nie wystartować.
– To nie ma znaczenia – Harry machnął ręką – Wyszło przypadkiem. Chodź, zanim wszyscy się zorientują. – już miał popchnąć obraz, gdy zatrzymał go głos Hermiony.
– Nie sądzę, żeby to był najlepszy pomysł. Oszukiwaliśmy, chcąc zdobyć choćby szansę na Turniej. Nie lepiej teraz grać uczciwie? Dziwne, że nas w żaden sposób nie ukarali, w końcu jesteśmy za młodzi.
Potter podrapał się po głowie, marszcząc brwi.
– Może i racja…
– Nie bądźcie głupi. – znajomy głos rozbrzmiał gdzieś ze strony kanap Pokoju Wspólnego Gryfonów. Ruda czupryna podniosła się z fotela – Wszyscy inni wykorzystaliby taką możliwość, nawet się nie zastanawiając. Tylko sobie popatrzycie. – Ron uśmiechnął się szeroko – A ja pójdę z wami i zdążycie mi opowiedzieć, jak się w to wszystko wpakowaliście. I, co ważniejsze, dlaczego beze mnie.
Nie było mu łatwo zrozumieć. Przez te pierwsze dni, pełne rozgardiaszu i bardziej niż chaotyczne, nie znaleźli jeszcze czasu, żeby porozmawiać. Weasley czuł się trochę zdradzony, ale przede wszystkim smutny, że nawet mu nie powiedzieli. Gdy jednak zobaczył te ich niepewne spojrzenia i zarumienione policzki, wszelkie złe czy też nieprzyjemne emocje od razu go opuściły, pozostawiając po sobie lekkie rozbawienie. Jestem dla nich aż za dobry, przeszło mu przez myśl, zanim wygonił przyjaciół za obraz Grubej Damy.
On też wiedział doskonale, na czym będzie polegało pierwsze zadanie, albo raczej, co zostanie w nim zawarte. Sam naprowadził Harry’ego na wskazówki, prowadzące do odkrycia tajemnicy. Owa wiedza nie wynikała jednak z głęboko skrywanych umiejętności dedukcji, a raczej z nieostrożności starszego brata, Charliego, którego momentami dopadały konsekwencje posiadania zbyt długiego języka. Czuł niedorzeczną dumę, że pierwszy raz zdawał sobie sprawę z czegoś, o czym panna Granger nie miała pojęcia.
– Ron… - Hermiona zerknęła na Weasleya spod kurtyny kasztanowych loków. Odkaszlnęła cicho – Ron, my… ja…
– Nie musisz się obwiniać, Miona. Już… nie ma sprawy. – nie wierzył, że to mówił, ale jednocześnie czuł, że był szczery… naprawdę szczery. Jestem zdecydowanie za dobry. Może wezmę korepetycje u Malfoya?
– Nie, Ron, pozwól mi powiedzieć…
– Nam. – wtrącił się Harry.
– Nam. – Hermiona skinęła głową pod czujnym spojrzeniem Rona – To wszystko wydarzyło się tak szybko… My… - zerknęła na Harry’ego – chyba nie mamy żadnego konkretnego wytłumaczenia. Napatoczył się Malfoy, Harry mnie przekonał w bibliotece, ważyliśmy eliksir i  znalazłam to zaklęcie, ale nie byliśmy pewni i nawet mi do głowy nie przyszło, że ty też byś chciał, bo… właściwie to nie wiem, dlaczego, ale tak nas to wciągnęło, myśleliśmy tylko o tym i wiem, że to było złe i powinieneś być na nas obrażony, ale nie jesteś i tego nie rozumiem. Chociaż jednocześnie się cieszę, bo w końcu nie jesteś…
– Byliśmy złymi przyjaciółmi, bo nawet ci nie powiedzieliśmy. I właśnie teraz chcemy cię, no… - Harry uśmiechnął się smutno – Chcemy cię przeprosić, bo postąpiliśmy okropnie i pewnie czujesz się okropnie…
– Nie zasługujemy na ciebie…
Ron zatrzymał się już jakiś czas temu i stał tak z szeroko otwartymi ustami, podnosząc ręce w geście „poddaję się”. Mogło się to nawet wydawać całkiem zabawne, dlatego zaraz cała trójka, jak jeden mąż, wybuchnęła śmiechem.
– Dobra, słuchajcie, nie zrozumiałem z tego nic, poza tym, że jestem wspaniały, więc wszystko od początku proszę – Ron, nadzwyczaj poważnie, poprawił szkolną szatę – I nie tak chaotycznie, Granger, bo „punktów zawsze może ubyć”.
Punktów rzeczywiście ubyło, bo nie zwrócili uwagi na profesora Snape’a, który wrzeszczał za nimi na korytarzu. Nie przejęli się tym jednak, przekonując się o czymś, o czym niewielu z nas ma szansę się przekonać – o tym, co jest naprawdę ważne. O sobie nawzajem, o relacji, którą budowali już od pierwszej klasy, a która stała się więcej niż zwykłym koleżeństwem. Zwrócili uwagę na swój sposób chodzenia, zawsze obok siebie, w trzyosobowym rzędzie. Zawsze nierozłączni. I nawet jeśli odchodzili, wracali. Za każdym razem. Może właśnie o to w tym wszystkim chodziło.
Potem, gdy Ron już poznał nawet najpikantniejsze szczegóły ich turniejowych spisków, zauważyli też smoki, ukryte w Zakazanym Lesie.
Ale one nie były tak znowu ważne.

****
              
Przepowiednia, zaklęta w szklanej kuli.
Intryga.
Walka. Nierówna walka.
Śmierć. Rodzinna śmierć. Zadana własną ręką.

Było późno, ale tak trywialne zagadnienia straciły na znaczeniu. Noc stawała się dniem, a dzień przybierał szatę nocy. Niemożność snu zdawała się momentami gorsza od koszmarów, ale tylko zdawała się.
Tym bardziej, że koszmary nie powinny być aż tak realistyczne. Wyraźne, jak wspomnienia. Jak wizje. Jak prawdziwe zdarzenia.
Prawda?




Witam ponownie, po dłuższej niż zazwyczaj przerwie!
Dopiero dzisiaj publikuję rozdział, ale chyba rozumiecie ten końcowoszkolny rozgardiasz. Notka nie zbyt długa, ale taka miał być, jak sądzę, a nie chcę dodawać nic na siłę. Oj, z następną zacznie się dziać. Postaram się rozwijać kolejne notki, żeby były tak z dwa, trzy razy dłuższe, z racji tego, że pojawi się więcej czasu (ale nic nie obiecuję).

Pozdrawiam serdecznie z nadzieją, że powyższe przypadło Wam do gustu,
"Moc jest we mnie, ja jestem silna Mocą",
Vi


7 komentarzy:

  1. Wybacz spóźnienie (znowu... jestem okropną czytelniczką), ale postawiłam sobie nierealny cel obejrzenia wszystkich sezonów Pretty Little Liars zanim wyjdzie finał, co mnie nieco odciągnęło od blogosfery. Zbliża sie sesja, czyli idealny czas na takie rzeczy! Na potwierdzenie moich słów dodam, że postanowiłam też znowu przeczytać "Przemineło z wiatrem", no bo to przecież nie przystoi, żeby tyle miesięcy przejść bez Scarlet.
    Ale powiem ci też, że zawsze czytam twoje rozdziały od razu po publikacji, bo oczekuję ich z niecierpliwością. Tylko z komentowaniem troche się obijam.
    No ale dobra, koniec tego biadolenia, przejdźmy do rozdiału. Podobał mi się bardzo, choć rzeczywiście był krótszy niż te, do których ostatnio mnie przyzwyczaiłać. Ma się rozumieć, czasem takie są potrzebne, więc to tylko takie maoje czytelnicze marudzenie, bo wiadomo, im więcej do czytania, tym lepiej.
    Te przemyslenia Minerwy na początku były bardzo trafione. Bo przecież znała już Hermionę, tamtą Hermionę, przez kilka dobrych lat i możnaby pomyśleć, że wiedziała, jakich zachowań powinna się po niej spodziewać. I tu zgadzam sie z panią profesor, że nasza kanoniczna Hermiona nigdy by nie pomyślała o tym, żeby wrzucić swoje nazwisko do czary czy o tym, żeby knuć, jak by tu złamać zasady, np. przekroczyc linię wieku, tylko dla własnej korzysci, dla przebywania chwilę w blasku reflektorów. Ale jednak, jak to sama ujęła "zresetowała" ją i może przekonywać samą siebie, że brak rodziców nie spowodowałby takiej zmiany w tej konkretnej odsłonie jej charakteru, ale nawet z kanonu wiemy, że małe zmiany mogą pociągnąć za sobą te ogromne (eśli wychowanie bez rodziców można nazwać z tym kontekście czymś "małym". Nie próbuję tu w żaden sposób umniejszać tragedii Hermiony). Efekt motyla, czy cos tam ;p
    No a potem oczywiście zrzuciłaś na nią bombę w postaci kartki Pottera. Nawet sobie nie wyobrażam, jaki to musiał być szok dla Minerwy, ze historia, którą tak bardzo próbowała zmienić, naprawić, zaczyna sie powtarzać. A tym razem nasz biedny Harry nie jest chroniony. Nic dziwnego, że Minerwa od razu pisze w głowie czarne scenariusze. Cholera, mój mózg buzuje od teorii spiskowych, jak to sie stało, że czara i tym razem wyrzuciła więcej nazwysk niż powinna :D
    "Mogłaby przysiąc, że w zagłębieniu pod kielichem Czary dostrzegła oczy, łzawiące krwią." - damn, dlatego kocham twój styl pisania.
    W ogóle ta cała krew, przwijająca się przez rozdział, zwłaszcza w tym krótkim, tajemniczym fragmencie (ktrego nie będę rozkładać na czynniki pierwsze, bo wiem, ze jak tylko podziele się jakimikolwiek podejrzeniami i interpretacjami, to będziesz to czytać i chichotać z mojej głupoty :D). Ale powiem ci, ze ten fragment, choć nie mówił o żadnym z moich ulubionych bohaterów, totalnie wygrał rozdział, niesamowicie wprowadziłaś nim klimat.
    I już się powoli zakochiwałam w twoim opisie horyzontu, a potem, jakbyś próbowała powiedzieć "Hej, na świecie są jeszcze piękniejsze rzeczy!" i wyjeżdżasz z Draco. Jak ja uwielbiam, gdy go opisujesz.
    I tak mi sie go szkoda zrobiło, jak przypisywał "niegodność" wziecia udziały w Turnieju swojemu pochodzeniu i krwi, z której w innym świecie był taki dumny... Głupi Draco. Przecież Czara z założenia była sędziom sprawiedliwym, nie wzięlaby czegos takiego pod uwagę, przynajmniej w moim wyobrażeniu. Ogólnie te jego przemyślenia bardzo mi się podobały, bo jednocześnie wie, że ma umiejętności, które go wyróżniają, ale nie do końca może się pogodzic z tym, że nie jest całkiem NAJLEPSZY.
    I kim jest Mistrz, na litość boską, mało ci tych tajemnic, okrutna autorko? :D
    Te wspomnienia z tego jak Draco go poznał, otworzył szeroko swoje piękne, srebrne oczy i wyjechał z zaklęciem na uśmiechanie, kompletnie mnie rozczuliły. Mam jakąś przedziwną słabość do całej rodziny Malfoyów (Może oprócz Lucjusza), ale jak jeszcze do tego ktoś mi podsuwa wyobrażenia małego Draco lub Scorpiusa to już w ogóle mi serce topnieje.
    +

    OdpowiedzUsuń
  2. +
    Sam Mistrz wywołuje u mnie uczucia przeciwstawne - jednocześnie zapałałam do niego sympatią, bo Draco odnalazł w nim substytut ojca, z drugiej eksplodowały w mojej głowie podejrzenia i niepokój. Zobaczymy, co z tego wynikne.
    Za to wielką ekscytację wywołało u mnie uczucie déjà vu u Dracona, gdy wyczytano Harry'ego. I twoje piękne porównania do odkurzonego wspomnienia.
    Cieszę się, że mieliśmy też trochę Rona i że jego reakcja była nieco inna niż w kanonie, zdecydowanie przyjemniej się przy tym poczułam :D Ale też trochę ciężko mi nakreślić relację, pomiędzy nim a Harrym i Hermioną. Bo w większosci fragmentów wydaje sie, jakby całkiem zastąpił go Draco, choć Hermiona pałała do blondyna niechęcią, to jednak poczułam jakieś ich wrażenie wspólnoty, gdy obmyślali i realizowali swój plan. Z drugiej strony Ron wyraźnie jest nadal obecny w ich życiach. Potrzebuję więcej informacji, zeby dokładnie umiejscowić go na mojej wyimaginowanej mapie myśli :D Ale podobały mi się bardzo te jego wewnętrzne teksty, że "jest dla nich za dobry" i że podsuwa im wskazówki odnośnie pierwszego zadania :D
    Ogólnie rozdzial naprawdę udany, pełen przydatnych informacji i, cholera, kolejnych pytań :D
    Także czapki z głów, a ja czekam niecierpliwie na kolejny.
    Niech Moc i Wena będą z Tobą.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nałogowe oglądanie PLL jak najbardziej jestem w stanie zrozumieć (choć wcale tego nie robię, nie, wcale nie... mogę się przynajmniej pochwalić, że, nadrobiwszy wszystko już jakiś czas temu, teraz jestem na bieżąco :D ). Z komentarzem spóźniona czy nie, najważniejsza jest Twoja obecność... no i ten późniejszy komentarz, ma się rozumieć.

      Tak, można i uznać to za jakiś efekt motyla, który osobiście uwielbiam i skrycie czczę w rozmyślaniach. Odczytujesz wszystko to, co zdarzy mi się nabazgrolić tak trafnie, że zaczynam się zastanawiać, kto powinien pisać to opowiadanie... Może wystarczy to małe "trafnie", żebym przypadkiem za wiele nie zdradziła. Serce rośnie, jak czytam Twoje rozważania, bardzo się cieszę, że moje wypociny do Ciebie trafiają.
      Tak, relacje z Ronem jest pewnie deczko niejasna... jak i wiele innych wątków... Ponadrabiamy wszystko w najbliższym czasie, spokojnie. Wybacz te kolejne pytania, chyba mam dość dużą skłonność do zatajania niektórych (ba, niektórych)... niektórych.

      Niech Moc i Wena i "wygrana" sesja będą z Tobą wzajemnie,
      Vi

      Usuń
  3. Rozdział przyjemny i intrygujący. Ciekawi mnie, co z tym czasem i podejrzewam zmieniacz czasu. Czekam z niecierpliwością na kolejną publikacje.

    OdpowiedzUsuń
  4. Rozdział krótki, ale na szczęście czeka mnie jeszcze jeden! :D
    Zastanawiam sie kim jest ten Mistrz Dracona i nie zdziwiłabym się, gdyby tak naprawdę tylko udawał dobrego, a tak naprawdę namiesza! No i te przebłyski, ze to już się kiedyś zdarzyło, bardzo mnie to ciekawi. Najwidoczniej po tamtej rzeczywistości pozostało jakieś echo. No i znowu smoki! <3
    Ściskam,
    Mary!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nic o Mistrzu nie mówię, zamykam usta i wyrzucam kluczyk, bo czasem męczy mnie dolegliwość o potocznej, jakże wdzięcznej nazwie "zbyt długiego języka".
      Nie sposób zaprzeczyć, po tamtej rzeczywistości, po przeszłości echo zostało i to niejedno. A smoków nie mogłam sobie odpuścić :D

      Pozdrawiam serdecznie,
      Vi

      Usuń