środa, 28 czerwca 2017

11. Strażnik tajemnicy


Jestem tylko pyłkiem
Istnieniem
Nikłym światełkiem
Wspomnieniem


                Rubinowy blask półmroku przekradał się po Pokoju Wspólnym Gryffindoru, rzucając cienie w zagłębieniach czerwonych foteli, przeskakując między wyszywanymi wzorami na ozdobnych dywanach, przyglądając się postaciom na zakurzonych gobelinach. Jedynym, co pozostało po wcześniej jaśniejącym płomieniu w kominku, był dogasający żar, chciwie pochłaniający resztki spopielałego drewna. Za wysokimi, witrażowymi oknami czaił się mrok, pozbawiony gwiazd. Za to księżyc, dumnie wypinający swą bladą pierś w pełnej okazałości, nie kłopotał się rzuceniem światła na równie dostojną Wieżę Gryffindoru, która musiała zadowolić się blaskiem pochodni i długich, kiwających się świec.
                Pokój Wspólny został podzielony w sposób następujący – przy jednej ze ścian, przyozdobionej kamieniami kominka, stała największa kanapa i fotele, dalej kilka stolików, a przy nich miejsca siedzące. Tuż przed płytami kominka, na wytartym, niegdyś bordowym dywanie, leżały dwa połyskujące złotem jaja. Ostatki dogasającego ognia rzucały na nie chwiejne światło, ciepłe, lekko migotliwe, niby senne.
                – Co z nimi zrobicie? – Ginny Weasley, o włosach bardziej ognistych niż kominkowe płomienie, nachyliła się do przodu, przyglądając zdobyczom.
                – Zdążyłaś zadać to pytanie dokładnie siedem razy w ciągu ostatnich trzech minut – mruknął Harry – i odpowiedź pozostaje taka sama.
                – Nie wiemy. – Hermiona Granger, jak wielu uważało, najbardziej utalentowana czarownica swojego pokolenia, skrzywiła się nieznacznie, przypominając sobie po raz kolejny o fakcie niezaprzeczalnym – niewiedza była dla niej równie uciążliwa, co dla Rona brak obiadu. Czyli bardzo.
                – Ale przecież otworzyliście je…
                – I mało brakowało, a przyprawiliby o głuchotę połowę populacji Gryffindoru. – Ron Wealsey, wygodnie rozparty na jednym z foteli, ziewnął przeciągle, pocierając oczy.
                – McGonagall byłaby niepocieszona – zauważył Harry, zatrzymując wzrok na połyskującej powierzchni jaja. – Dobrze pokonać smoka i ujść z życiem, ale jeszcze lepiej rozszyfrować zdobytą zagadkę.
                – A przynajmniej ją usłyszeć. ­– Głowa panny Granger opadła do tyłu, wsparta na oparciu fotela. – To bez sensu, siedzimy tu już ponad dwie godziny, a jedyne wnioski, jakie udaje nam się wyciągać, wcale nie różnią się od tych, z jakimi tu przyszliśmy.
                – Nie żebym narzekał – odparł Ron – ale chyba się pogubiłem. Uważam to za znak. Wiecie, co oznacza?
                – Czas, żebyś przestał się odzywać? – podpowiedział Harry, jak sądził, dobrotliwie.
                – Blisko. Czas zagrzać nasze miejsca na mięciusich materacach, oddając się przy tym podniosłej sztuce zapadania w sen.
                Hermiona spojrzała na niego przelotnie.
                – Świetny pomysł. A gdy pozostali rozpoczną drugie zadanie, nasz brak udziału wytłumaczymy senną regeneracją umysłu.
                – Żeby jeszcze było co regenerować… – zauważył Harry, również uznając wypowiedziany komentarz za wcale niezgorszy.
                Umówili się, że w rozwiązywaniu zadań nie będą sobie nawzajem pomagać. Świetnie nam to wyszło. Okazało się jednak, co, przynajmniej dla Harry’ego, wydawało się raczej zaskakujące, oboje nie mieli pojęcia, jak wydobyć z jaja to, na czym zależało im najbardziej – wskazówkę do drugiej próby. Nie wiedzieli też, czy panna Delacour albo nawet Wiktor Krum rozgryźli, o co w tym wszystkim chodzi – choć akurat tym nie musieli się przejmować, bo, niezależnie od odpowiedzi, kwestia fundamentalna pozostawała taka sama. Dwójka, jakby nie patrzeć, o kilka lat starszych zawodników swoimi wnioskami by się nie podzieliła.
                – Dobra. – Ron przymknął oczy. – Przejdźmy przez to wszystko od początku, ostatni raz… dzisiaj, oczywiście. Może tym razem zauważymy coś, co wcześniej przeoczyliśmy.
                – Dlaczego mówisz o wymienionych czynnościach w pierwszej osobie liczby mnogiej? – Panna Granger przechyliła głowę, zauważając mimochodem, jakie Weasley miał jasne rzęsy. Choć nie są nawet w połowie tak jasne, jak u Mal… Nie! Przestań natychmiast, kobieto, masz ważniejsze sprawy na głowie.
                – Cóż… – Leniwy uśmiech wypłynął na wargi rudego, rozciągając je w przyjemnym grymasie. – To taka motywacja z mojej strony. Przecież mam wkład w to, co robicie.
                – Ależ tak?
                – Oczywiście.
                – Że też wcześniej musiałam to przeoczyć. Przypomnisz mi, w którym momencie dokładnie udzieliłeś nam pomocy? Mówisz o tym, gdy zsunąłeś się z fotela, przewracając jaja, czy raczej chodzi ci o te kilka chwil, w czasie których zdążyłeś pochłonąć całą miskę ciasteczek?
                Ron zmarszczył brwi i oparł brodę na dłoni, zastanawiając się wnikliwie.
                – W obu tych momentach. Wspieram was duchowo przez cały czas, jakbyś nie zauważyła.
                Panna Granger zdobyła się tylko na prychnięcie, za to Ginny cały czas kręciła głową.
                – Dobra. – Harry przeciągnął się niby kot, poświęcający każdą wolną chwilę na wygrzewanie się przed kominkiem. Chociaż Malfoy robił to zwinniej, wdzięczniej, z większą… Stop! – Otworzyliśmy jaja dokładnie tutaj. Skutek?
                – Przeraźliwy wrzask. – Hermiona oparła jeden palec na udzie, „odhaczając” pierwsze otwarcie.
                – Potem zrobiliśmy to samo na Błoniach. Skutek?
                – Hałas jakich mało. ­– Drugi palec.
                – Spróbowaliśmy też w lochach ze względu na niższą temperaturę.
                – Wiadomość nie do odczytania. – Trzeci.
                Harry zawahał się, na co Ginny odchrząknęła.
                – Chowaliście je we wszystkim, co wam wpadło w ręce, skrzynie, pościel, szafki, komory… i tam otwieraliście.
                – Horrendalnie nieskuteczne. ­– Czwarty.
                – Wzleciałem z nim na wysokość… no, wysoką.
                Hermiona pokręciła głową.
                – Żadnych zadowalających obserwacji.
                – Było tylko w cholerę zimno.
                Spojrzeli na spokojną twarz Rona, który co jakiś czas pukał palcem w usta. Powtarzali to samo dziesiątki razy, nie wyciągając z tych prób niczego konkretnego. Albo przynajmniej przydatnego, bo konkretem było to, ile jedzenia jest w stanie pochłonąć Weasley w czasie krótszym niż pięć minut.
                – Czyli ­– podsumował Harry – otworzyliśmy jajo w każdym możliwym środowisku. I nic z tego nie wynikło.
                Rodzeństwo Weasley pokiwało głowami, ze zrezygnowaniem osuwając się na czerwoną powierzchnię foteli.
                To nie może być takie trudne, Hermiona podciągnęła nogi, opierając brodę o kolana. Spopielałe drewno już przestało się żarzyć, jedyne światło dawały tylko dogasające pochodnie. Rozchybotane cienie, rzucane przez umeblowanie Pokoju, tworzyły na ścianach groteskowe kształty, przeskakujące z kąta w kąt, z gobelinu na gobelin, w końcu pochłaniane przez noc, czającą się za oknem.
Byli wszędzie – w podziemiach i na wysokości, w zamkniętych pomieszczeniach i na otwartej przestrzeni. W każdym możliwym środowisku…
                – Nieprawda, Harry. – Panna Granger wstała gwałtownie, uśmiechając się z niedowierzaniem. – Ale byliśmy głupi… Przecież to oczywiste! Banalnie proste… Że też wcześniej na to nie wpadłam! – Zauważywszy niezrozumienie na twarzach swojej publiki, machnęła ręką. – W KAŻDYM środowisku. W każdym. „Każde” oznacza powietrze, ziemię i wodę. Na powietrzu próbowaliśmy, a nie możemy zakopać się pod ziemią, bo wyszłoby na to samo. Może z tą różnicą, że hipotetycznie moglibyśmy się nie odkopać…
                – Ale pod wodą głos brzmi całkiem inaczej. W tym przypadku… – Harry wyprostował się nagle, wielkimi z podekscytowania oczami wpatrując się w sylwetkę panny Granger.
                – Może zabrzmieć zrozumiale! – dokończyła Ginny, wieńcząc swoją wypowiedź klaśnięciem w dłonie.
                – Jesteś genialna, Hermiono!
                – Szkoda, że tak późno… ­– mruknęła, zajmując swoje wcześniejsze miejsce na kanapie. ­– Idziemy tam teraz?
                Przecież to było proste… Tak oczywiste, że aż trudne do zauważenia. Zdążyła przeglądnąć dobre kilkanaście ksiąg, szukając jakichkolwiek wzmianek o wrzeszczących jajach. Jak się jednak spodziewała, nic takiego nie znalazła, a pani Pince tylko spojrzała na nią dziwnie, gdy zdradziła temat swoich poszukiwań. W akcie desperacji była gotowa wkraść się do Działu Ksiąg Zakazanych, ale szczerze wątpiła, czy dzieła poświęcone w całości najmroczniejszym tajnikom czarnej magii będą zawierać w sobie rozważania o czymś tak, cóż, mało czarnomagicznym, jak złote jaja wydające niekontrolowane i nad wyraz uciążliwe wrzaski. Cieszyła się, że do takiej wyprawy nie doszło, bo, mimo wszystko, miała opory przed łamaniem regulaminu, który poniekąd uznawała za świętość. Dlatego sposób, w jaki dostali się do Turnieju bardzo ją gryzł i przeszkadzał, przyznawała jednak, że znajdą się sytuacje, w których taką czy inną zasadę trzeba obejść, nawet otwarcie zignorować.
                – Idziemy gdzie teraz? – Wybraniec chwycił jedną ze złotych zdobyczy wykradniętych smokom, jakby już zbierał się do wyjścia.
                – Do łazienki prefektów, oczywiście. Tam nikt nie będzie zaglądał, a na pewno nie o tej porze.
                Tak, skromne podwoje łaźni dla uprzywilejowanych mieszczące się na piątym piętrze były najlepszym wyborem, najbezpieczniejszym. Hermiona już chwyciła drugie jajo, dźwigając je z dywanika, gdy zatrzymał ją zaspany, ale pewien swojej racji głos.
                – Hola, hola! ­– Ron uniósł rękę. – Nie ma za co, nie musicie dziękować.
                — Dlatego też ­— odkrzyknął Harry, znikając w przejściu prowadzącym do obrazu Grubej Damy — nie dziękujemy!
                Hermiona wybiegła za nim, pospiesznie machając ręką na pożegnanie.
                — Widziałaś to? — Weasley uniósł ręce w geście niedowierzania. — Stara się człowiek, produkuje, wylewa siódme poty, a jedyną reakcją, jaką otrzymuje w zamian, jest „nie dziękujemy”!
                — Nie wiedziałam, braciszku — szepnęła Ginny, składając dłonie za głową — że pochłanianie ton pożywienia w jak najkrótszym czasie wymaga aż takiego poświęcenia.
                — Otószzz… to…  Nibdypff nie łozumiauas japie o wyszerpjoce… — Ron miał problemy z wyartykułowaniem, o co mu chodziło, co, jak uznała Ginny, było spowodowane zbyt szybko postępującym zapchaniem ust. Tak się dziwnie złożyło, że wraz z gęstością zapchania następował znaczny spadek zawartości miski, która leżała na podłodze i swego czasu ledwo mieściła kruche ciasteczka z czekoladą.

****

                Łazienka Prefektów na piątym piętrze przez niektórych była nazywana pomieszczeniem „wyższych sfer”. Chociaż przyciągała swoim luksusem i pozycją (o ile można w taki sposób mówić o łazience) niewielu odważyło się przekroczyć jej progi, a co dopiero zażyć kąpieli. Wanna rozmiarem przypominała mały basen, a ilość kurków i pokręteł górująca nad nią w stożkowatej konstrukcji sprawiała wręcz onieśmielające wrażenie. Wystarczy dodać do tego witrażowe okna, przedstawiające półnagie kobiety z ogonami, a każdy zachowujący jakieś resztki rozsądku czy też samokontroli zaraz by uciekł.
                Najwyraźniej Gryfoni zostali pozbawieniu obu tych przymiotów, bo bez skrępowania wpatrywali się w spienioną wodę, która napełniała wannę, a że było co napełniać, cały proces następował stosunkowo powoli. Hermiona ostrożnie trzymała przed sobą złote jajo, za to Harry zdecydował, że jego zdobycz znakomicie odnajdzie się na posadzce, gdzie też ją zostawił.
                — Może już wystarczy tej wody? — Panna Granger zerknęła na Wybrańca wzrokiem, który Ron określiłby jako „ponaglający”.
                — A bo ja wiem… Głębokość pewnie nie zrobi zbyt dużej różnicy. — Zmarszczył brwi, podchodząc do kurków i uznając, że nie ma pojęcia, jak je zakręcić.
                — Jestem taka troszkę… zdenerwowana tym wszystkim.
                — Ja też. Jeżeli tu nie zrozumiemy wiadomości, chyba nie zrozumiemy jej wcale.
                — Na trzy?
                — Na trzy.
                Chwycili się za ręce, Harry podniósł swoje jajo z płytek. Pierwsze zadanie wykonane, pierwsza wskazówka zdobyta. Teraz mieli ostatnią szansę, żeby ją odczytać, ostatni pomysł, który mogli wcielić w życie. Woleli nie rozważać możliwości, że wnioski, które wyciągnęli w Pokoju Wspólnym, były błędne.
                — Raz… — szepnęła Hermiona.
                — Dwa…
                — Trzy!
                Skoczyli, a woda pełna kolorowych olejków i piany zamknęła się nad ich głowami. Dopiero teraz Harry zrozumiał, dlaczego nie mógł zakręcić kurków — barwne strumienie ciągle wpadały do wanny i tworzyły w niej prądy, ławice kolorów, planktony bąbelków. Osiadały one na płytkach, przylepiały się do ciała, zostawały wciągnięte przez wielobarwne fale. Gryfonów otoczyły podwodne tancerki, łagodne pociągnięcia wody zachęcały do dalszego oglądania spektaklu. O ile wygląd samej łazienki onieśmielał, jej podwodne oblicze było zachwycające.
                Hermiona wydostała się na powierzchnię, plując i parskając. Kasztanowe loki całkiem się wyprostowały, a te, które zostały pod wodą, poruszały się w rytm jej ruchów. Zaraz obok niej wynurzył się Harry.
                — Jesteśmy idiotami — stwierdziła, pocierając oczy. — Wskoczyliśmy do wody w szatach.
                — Celna uwaga — zauważył Harry, uśmiechając się szeroko. — Ale wcale mi to nie przeszkadza.
                — Cóż… — Panna Granger zerknęła w dół, piana otuliła jej szyję na kształt kołnierza, spływała z ramion i falowała na wodzie za nią, niby poły płaszcza. — To dobrze, że lubisz wodę, Harry.
                — Ach tak? — Zerknął na nią podejrzliwie. — A to dla…
                Nie zdążył dokończyć, bo pokaźna porcja piany i kolorowej cieczy zatkała mu usta. Krztusił się przez chwilę, plując bąbelkami, a gdy Hermiona podpłynęła do niego z zamiarem sprawdzenia, czy wszystko w porządku, pociągnął ją pod wodę. Było w porządku.
                Podduszali się nawzajem, raczyli pianą i wydmuchiwali bąbelki z nosa, jednocześnie śmiejąc się i krztusząc wodą. Harry był z siebie niezwykle zadowolony, bo wygrał konkurs na najdłuższe wstrzymanie oddechu (może dlatego, że tylko on wiedział o jego rozpoczęciu) i udało mu się wciągnąć Hermionę pod powierzchnię więcej razy, niż jej jego. Woda zdawała się bawić razem z nimi, bo z kranów zaczęło lecieć jeszcze więcej kolorowej piany, która poza wanną zajęła też część podłogi.
Panna Granger właśnie miała zgarnąć kolejną porcję różowych bąbelków, gdy stanęła na czymś wystającym, twardym i owalnym.
                — Harry. —Uniosła ręce w geście kapitulacji. — Dobra, przyznaję, wygrałeś. Oczywiście, pokonałabym cię, gdybyśmy nie musieli teraz otworzyć wskazówek.
                — Dobre sobie. —Potter prychnął, a z jego ust wydostała się wiązka bąbelków. — Nie chcesz przyznać mojego całkowitego zwycięstwa, tyle ci powiem. Ale racja, czas na wskazówki.
                Hermiona kiwnęła głową z zamiarem odłożenia dyskusji co do tytułu Króla Piany na potem. Zanurzyła się i chwyciła jajo, a Harry pojawił się obok niej z ręką na otwarciu. Mrugnęła na znak zgody i jednocześnie otworzyli wykradnięte smokom zdobycze.
                Przez chwilę słyszeli tylko melodię, przypominającą syreni śpiew, choć i to było lepsze od wcześniejszych wrzasków. Zaraz jednak w wodzie rozległ się głos, który zdawał się płynąć razem z jej prądami i falować w rytm jej fal. Śpiewna inkantacja tworzyła tekst zagadki.

Szukaj nas tam tylko, gdzie słyszysz nasz głos,
Nad wodą nie śpiewamy, taki nasz już los,
A kiedy będziesz szukał zaśpiewamy tak:
To my mamy to, czego tobie tak brak.
Aby to odzyskać, masz tylko godzinę,
Której nie przedłużysz choćby i o krztynę.
Po godzinie nadzieję przyjdzie ci porzucić,
A to, czego tak szukasz, nigdy już nie wróci.
               


                Hermiona wynurzyła się gwałtownie, oddychając ciężko, zamknięte jajo odłożyła na brzeg wanny.
                — Wiesz co, Harry… — sapnęła, spoglądając na Wybrańca, który właśnie wypłynął na powierzchnię. — Nie lubię pływać.
                — Wydaje mi się, że będziesz musiała przemóc tą niechęć przynajmniej na godzinę. —Skrzywił się. — Chodzi o jezioro, prawda?
                Skinęła, odgarniając mokre pasma z twarzy.
                — Zakładam, że to coś, co mamy odebrać, będzie strzeżone przez trytony… — Znieruchomiała nagle, nasłuchując. — Słyszałeś to?
                Harry zaczął kręcić głową, aby zaraz nią kiwnąć, gdy ktoś na korytarzu podniósł głos. Wybraniec przyłożył palec do ust i wskazał na pianę, a panna Granger zaczęła tworzyć z niej większe stosy. Nie zajęło to dużo czasu, bo też piany były pokaźne ilości, więc zaraz, ukryci za murem z bąbelków, czekali na dźwięk oddalających się kroków, modląc się, żeby nikt tu nie wszedł. Mogli mieć poważne kłopoty, gdyby znalazł ich prefekt, ale kto chodzi się kąpać tak późno w nocy? Percy zapewne już smacznie spał, ewentualnie odrabiał jakąś pracę domową albo komenderował rodzeństwem. Nie chodził do łazienki. Prawda?
                Drzwi skrzypnęły, ciche klapanie butów, zamek ponownie zaskoczył.
                — Nie wiem, czy to taki dobry pomysł… — rozległ się głos, a choć przytłumiony, był dziwnie znajomy.
                — No nie bój się, Wiewióra, nikogo tu teraz nie będzie.
                — Ale ktoś tu niedawno był, skoro zostawił tyle piany. I musiał się chyba kąpać na podłodze…
Cichy śmiech i mlaśnięcie, Hermiona z przerażeniem spojrzała prosto w oczy Wybrańca.
Ginny? — powiedziała bezgłośnie, na co Harry niepewnie skinął głową.
A on? — poruszył ustami, ale panna Granger tylko wzruszyła ramionami.
                — Uczą w piekle całować, „Diable”, czy w twoim przypadku to umiejętność wrodzona? — mruknęła Chyba-Ginny, na co odpowiedziały jej kolejne mlaśnięcia. Hermiona nad wyraz umiejętnie przedstawiła odruch wymiotny.
                — Nawet gdyby uczyli, robiłbym za instruktora…
                Blaise? — Nie musiała ruszać ustami, żeby Harry wyczytał to z jej oczu. Niechętnie skinął głową.
                Ale jak to? — Wzruszył ramionami. Chyba-Ginny umawiała się z Raczej-Blaisem? Niedorzeczność.
                Ledwie przetrzymali kolejną serię mlaśnięć i westchnięcie, przerywane niewybrednymi komentarzami na temat piekielnych technik całowania.
                — Powiesz im, Wiewióro? — Raczej-Blaise chyba usiadł, bo usłyszeli głośniejsze plaśnięcie na poziomie podłogi.
                — Nie mów tak do mnie. — Chyba-Ginny raczej usiadła obok albo n… obok niego.
                — Nie zmieniaj tematu. — Raczej-Blaise pewnie przewrócił oczami. — Miałaś im powiedzieć.
                — Wiem, ale…
                Najwyraźniej Chyba-Ginny bardzo nie chciała ciągnąć tematu, bo kolejne mlaśnięcia trwały dobre pięć minut. Hermiona prawie zwróciła obiad, z Harry’m było niewiele lepiej.
                — Powiedz im, bo dowiedzą się od kogoś innego i zrobi się nieprzyjemnie. — Raczej Blaise’a cechowała umiejętność silnej samokontroli, bo z własnej woli przerwał mlaśnięcia.
                — Ale Malfoy też musi się dowiedzieć.
                — Ginny…
                — Teraz Ginny, tak? Skoro ja muszę przyznać się Harry’emu, Hermionie i… mojemu bratu, że łazi za mną wstrętny Ślizgon, ty powinieneś to samo przekazać Malfoyowi.
                — Mam mu przekazać, że łazi za mną wstrętny Ślizgon?
                Usłyszeli klapnięcie i tłumiony syk, Chyba-Ginny chyba uderzyła Raczej-Blaise’a.
                — Że ty jesteś wstrętnym Ślizgonem, który łazi za Gryfonką.
                — Jesteś pierwszą osobą, którą, mimo że obraża mnie w ten sposób, mam ochotę…
                Kolejne mlaśnięcia, Harry zakrztusił się wodą. Panna Granger, w desperacji ratując Wybrańca, poklepała go po plecach z niemałą siłą, co spowodowało, że całkiem się zanurzył.
                — Słyszałeś to? — szepnęła Chyba-Ginny.
                — Nie i mało mnie to obchodzi…
                — Blaise! Kroki na korytarzu…
                Hermiona zamarła, trzymając dłonie na ramionach Harry’ego, który w międzyczasie zdołał się wynurzyć i dojść do siebie. Najwyraźniej Zabini i panna Weasley podjęli jakieś nieme ustalenia, bo zaraz wskoczyli do wanny, natykając się przy okazji na ukrytych Gryfonów. Cała czwórka otworzyła usta z zamiarem wydania z nich okrzyków „zaskoczenia” (przynajmniej w mniemaniu panny Granger i Pottera), ale przeszkodziły im w tym szybkie kroki, trzask zamka i klapanie na zalanej posadzce.
                Więcej ich matka nie miała? — Harry poruszył ustami, przenosząc spojrzenie z Hermiony na Na-Pewno-Ginny i W-Cholerę-Prawdziwego-Blaise-Który-Zaraz-Pożałuje-Że-Się-Urodził, ostatecznie zatrzymując je na tej pierwszej.
                Przybysz, kimkolwiek był, zapewne męczył się z czymś niemiłosiernie, bo nieustannie chodził, mamrocząc pod nosem. Na szczęście, a może nieszczęście, okazał się zbyt zajęty własnymi rozterkami by zwrócić uwagę na czworo uczniów, kryjących się za murem z bąbelków, już lekko nadwyrężonym.
                Tymczasem atmosfera w wannie nieco się zagęściła, Harry piorunował wzrokiem raz Autentyczną-Ginny-Nie-Mogę-W-To-Uwierzyć, raz Nie-Ukryjesz-Się-W-Zatęchłych-Lochach-Blaise’a, Hermiona z niedowierzaniem wpatrywała się w wodę, wciąż walcząc z mdłościami, a panna Weasley sprawiała wrażenie, jakby zaraz miała się zanurzyć i pozostać przy dnie, dopóki wszyscy sobie nie pójdą. Nawet Zabini wydawał się mniej nonszalancki niż zazwyczaj, co jednak nie przeszkodziło mu w tworzeniu mydlanych baniek na ustach i nosie.
                — Choć za daleko, za daleko od siebie… — szeptał przybysz, krążąc po łazience. — Spotkamy… spotkamy się w niebie! Czy to nie zbyt przyszłościowe? Chociaż, biorąc pod uwagę statystyki, dziewczęta lubują się w tworzeniu planów na przyszłość…
                Kto to? — pytały usta Hermiony, na co Harry tylko pokręcił głową. Nawet Blaise, znany z tego, że znał każdego, nie wiedział, kto zakłócał spokój Łazienki Prefektów. Znowu.
                — Jesteś jak kwiat, leciusi ptak, ja niby szpak… oglądam cię spośród traw…
                Zabini kręcił głową nad wątpliwym talentem poetyckim przybysza, sam uznawał się bowiem za całkiem niezgorszego w wierszykowe klocki, a w poematach miłosnych wiódł w Hogwarcie prym. Jeśli ktoś miał wątpliwości, co napisać na swojej koślawej walentynce, przychodził do Ślizgona, który za symboliczną opłatą w wysokości trzech galeonów udzielał rad i rozdawał własne utwory. Gdyby więc przyjrzeć się przedsięwzięciu rozleglej, wyszłoby na to, że zdecydowanie grzeszący skromnością Blaise Zabini zasługiwał na miano odnoszącej największe sukcesy swatki w historii Hogwartu. Zdecydowanie godny tytuł.
                — Nawet od książek wolę ciebie, sprawiasz… że zapominam o chlebie…
                Harry ledwo przytrzymał Twoje-Serce-Jest-Bardziej-Zatęchłe-Niż-Lochy-Blaise’a, gdy ten chciał wyjść i pouczyć przybysza w sprawie delikatnej sztuki tworzenia poematów.
                — Kupiłem ci kota, ale ze mnie… Co się rymuje z „kota”?
                — Idiota — warknął Blaise, a przybysz ładnie podziękował i wyszedł, trzaskając drzwiami. Gdy troje Gryfonów i nieszczęsny Ślizgon wygrzebali się z wanny, na podłodze poza pokaźnymi zwałami piany i wody znaleźli srebrną blaszkę. Dokładnie taką, jaką nosił każdy prefekt naczelny.

****

                Hogwart z natury, a może nawet z definicji, był ogromny. Nieprzebyte labirynty korytarzy ciągnęły się głęboko pod ziemią jak i wysoko nad jej powierzchnią, zwijając się w coraz to węższe wieże i wieżyczki, zakończone tańczącymi na wietrze proporcami. Kamienne mury troskliwie otaczały wszelkie hogwarckie przejścia i zakamarki, pyszniąc się swoimi majestatycznymi rozmiarami, spoglądając z góry na ewentualnych przybyszów, wypinając chropowatą pierś w oczekiwaniu na starcie z burzą. Z zewnątrz zdobiły je rzeźbione zdobienia i okalały krużganki, z wewnątrz — twarze tych, którzy kiedyś zamieszkiwali owe mury, przemierzali korytarze, wspinali się po krętych stopniach wiedzy. Portrety, obrazy i obrazki wisiały wszędzie tam, gdzie czarodziej mógł sięgnąć wzrokiem, niektóre jeszcze dalej. Przedstawione na nich postacie znały każdy kamień w zamku, każdą szczelinę i każdą mysz, która przez tę szczelinę przechodziła, rozumiały szept okiennic, skrzypiących pod naporem wiatru, przysłuchiwały się narzekaniom drzwi i oburzonym piskom klamek. Rozpoznawały szacownych belfrów po odgłosie ich kroków, pamiętały imiona uczniów, którzy mijali je w pośpiechu, szeleszcząc zwojami szat i pergaminów. Niewielu z adeptów magii poznało Hogwart tak, jak znały go portrety, o ile ktokolwiek kiedykolwiek tego dokonał. A trzeba przypomnieć, że każdy jeden nowoprzybyły spoglądając w głąb pogrążonych w cieniu korytarzy solennie przyrzekał spenetrowanie ich wszystkich wzdłuż i wszerz, ze szczególnym uwzględnieniem tych ukrytych. Najbliższym osiągnięcia powyższego postanowienia był sam Harry Potter, który, choć dotarł najdalej, miał wciąż dużo do zwiedzenia, a poziomem znanym mu w najmniejszym stopniu okazały się lochy. Głównej przeszkody w podziemnych wędrówkach nie stanowiła ciemność, wilgoć czy jakiekolwiek wrażenie grozy, bo owa przeciwność nosiła miano czegoś, czy też raczej kogoś, o zgoła innej naturze — Severusa Snape’a. Niezmordowanie przemierzał on porośnięte mchem korytarze, jego czarna peleryna szeleściła w rytm zamaszystych kroków, a jeszcze ciemniejsze oczy zdawały się świecić w półmroku lochów. Co zastanawiające, zawsze dobrze wiedział, kto, gdzie i kiedy wkradał się na poziomy podziemnie nawet ze swojego gabinetu i ta niepokojąca umiejętność stała się powodem wielu plotek, a nawet mitów, szeptem przekazywanych przez uczniów. Tajemnica, wydawałoby się, wszechwiedzy Mistrza Eliksirów była wynikiem działania o wiele mniej mistycznego, a mianowicie — współpracy. Nawet w otulonych ciemnością lochach znajdowały się portrety, nadzwyczaj swoim położeniem znużone, dlatego też zawarły z Severusem umowę — on będzie im przysyłał uczniów dla odrobiny rozrywki, a one powiadomią Snape’a o każdym nieproszonym gościu w podziemiach Hogwartu. Jedynymi niezadowolonymi z tego typu paktów z pewnością zostaliby właśnie adepci magii, gdyby, oczywiście, zdawali sobie sprawę z ich istnienia.
                — Emirtrudo — mruknął Severus, podnosząc głowę znad pustego blatu biurka — jeśli dolega ci kaszel, radziłbym udać się do Skrzydła Szpitalnego. Zaraz… — Zmarszczył brwi w udawanym zastanowieniu. — Przecież portrety nie chorują.
                Przysunął się do obitego skórą oparcia fotela, ale nawet go nie musnął. Przed nim, na ciemnej połaci biurka, nie znajdowało się dokładnie nic — tylko mebel, starannie wypolerowany. Choć gabinet Mistrza Eliksirów nie należał do dużych, mieścił wszystko, czego Severusowi było potrzeba, to jest — zajmujące całe ściany regały z fiolkami, buteleczkami, ingrediencjami, księgami i Merlin wie czym jeszcze, w każdym razie, wszystkie te przedmioty nosiły miano niezbędnie potrzebnych Snape’owi do wykonywania zawodu. Natomiast na lewo od biurka, na jedynej niezajętej przez półki ścianie, wisiał portret, pierwsze mienie, nad którego wyrzuceniem właśnie się zastanawiał.
                — To jedyny sposób, żebyś łaskawie zwrócił na mnie uwagę. Jesteś przecież tak zajęty przez… a, no tak… wpatrywanie się w pustkę — kąśliwie zauważyła kobieta z portretu, dama średniego wzrostu i średniego wieku, ale nieprzeciętnej urody. Rudawe pukle falami opadały jej na blade ramiona, gorset ściskał wąską talię, a oczy rzucały błyskawice przeplatane iskierkami współczucia i niepełnego zrozumienia.
                — Nie masz do powiedzenia nic, o czym bym nie wiedział. — Severus zadarł głowę, spoglądając na Emirtrudę i jej włosy, nieprzyjemnie rude. Dlaczego miała rude włosy? Prawie jak u Li… Nie.
                — Racja. Ale najwyraźniej przyszło mi utwierdzić cię w przekonaniu, które od wczoraj zdążyłeś porzucić. — Kobieta odrzuciła pukle z ramienia, te jednak zaraz powróciły na swoje wcześniejsze miejsce.
                — To pomysł Minerwy, niech ona się nim zajmie. Nie mam zamiaru się tłumaczyć.
                — Jesteś niepoprawny, Severusie. Wiesz, że ona nie da sobie rady, jest zbyt roztrzęsiona.
                — Jakoś przez ostatnie… ile?… czternaście lat to jej nie przeszkadzało.
                Ostatnim komentarzem zasłużył sobie na zirytowane spojrzenie rudowłosej, co trochę go usatysfakcjonowało. Ale tylko trochę.
                — Wiesz dobrze, że powinniście to zrobić. Już dawno.
                Westchnął, składając dłonie na biurku.
                — Tak? Widzisz, po tych kilkunastu latach ukrywania się i czekania, aby w odpowiednim momencie powrócić do rzeczywistości, ostatnim, co mi przyszło do głowy była wizyta u Dumbledore’a.
                — Coś podobnego… To by sugerowało, że coś jednak do tej głowy wpada, a w to śmiem wątpić, biorąc pod uwagę okoliczności. — Świdrowała go wściekłym spojrzeniem, zaciskając pięści poza ramą obrazu. Nie mogła w tak oczywisty sposób pokazać, że traci kontrolę. Damie nie wypada.
                — Waż słowa, Ermitrudo, chyba że masz ochotę na pokój kilkadziesiąt metrów w głąb, miejsce zaraz przy starym Salazarze.
                — Wolałabym, jakbyś przejrzał na oczy. Nie możecie z tym zwlekać, Severusie. Zróbmy tak, jak ustaliliśmy wczoraj, będziesz mówił, ja wysłucham i zasugeruję pewne… sugestie. O ile, oczywiście, byłyby potrzebne.
                Mistrz Eliksirów uniósł ciemną brew, z powątpiewaniem wpatrując się w Ermitrudę.
                — Rzeczywiście, to będzie bardzo naturalne. Ty i Albus jesteście jak dwie krople wody, gdzie by nie spojrzeć.
                — Daruj sobie te idiotyczne gadki, Severusie. Zrób to po prostu. Nie musisz mówić do mnie, po prostu powiedz do siebie, żebyś potem się nie zapętlił, nie pogubił czy nie pominął czegoś ważnego.
                — Przypomnij mi, proszę, dlaczego to robimy?
                — Przeszłość się powtarza, o czym wiecie tylko ty i Minerwa, ale nie macie pojęcia, co z tym zrobić. Za to Albus Dumbledore jest znany z tego, że wie różne rzeczy.
                Severus niechętnie pokiwał głową, oparł się o fotel i przymknął oczy. Czy to będzie pierwsza tajemnica, którą zdradzi? Czy w ogóle tajemnica w ustach jej właściciela mogła być nazwana „zdradzoną”? Nie chciał tego robić, wolałby uwarzyć eliksir, rzucić zaklęcie, szukać rozwiązania, ale nie prosić o pomoc. Wolałby pozostać strażnikiem sekretu, a nie tym, który musi go wyjawić. Dla większego dobra.
                Zawsze w ten sposób się tłumaczy decyzje, które wraz z podjęciem wywołują szkodę.
                Odetchnął głęboko, oczyszczając umysł, skupiając się na tym jednym dniu i następujących po nim latach. Latach czekania, niezdrowej ostrożności, ukrywania się.
                Niepewności.
                Przygotuje się, powie wszystko, krok po kroku. Dokładnie tak, jak było — wyjawi Ermitrudzie, potem Albusowi. Wytłumaczy samemu sobie.
                — Pamiętasz, jak wyglądał świat czternaście lat temu, Albusie? Zatopiony w krwi, umierający przy akompaniamencie cierpienia. Ja też wtedy… nie byłem nieomylny. — Podrapał się po lewym przedramieniu, nie otwierając oczu. Nie musiał patrzeć, żeby widzieć Mroczny Znak, wytatuowany posoką samej śmierci. — Czarny Pan rósł w siłę, stał na czele powiększającej się armii wyznawców. Ogarnięci szaleństwem zabijali wszystko, co się nawinęło, spalali świat. Aż tu nagle TRACH! zginął. Uznawany przez wielu za największego czarnoksiężnika, jaki kiedykolwiek chodził po ziemi, sam widział siebie w ten sposób, gdy spoglądał w lustro. Kto pokonał Czarnego Pana, Albusie? Kto odebrał mu życie? Jak to możliwie, że po tylu latach nic nie zostało rozstrzygnięte, żadne dowody znalezione? Jak to możliwe, że dziecko, niemowlę właściwie, odbiło zaklęcie Voldemorta, zabijając go w ten sposób? Otóż, niemożliwe. Ten, który miał zmienić świat, miał wynieść czarodziejów na tron istnienia, miał dowieść swojej potęgi i mocy, został zamordowany przez oszustów.
                Severus mówił, a Emirtruda drżała, słysząc głos człowieka, na którego barkach spoczywał ciężar świata.
                — To byłem ja, Albusie. Ja i Minerwa. Jak to, powinieneś spytać, skoro siedziałeś wtedy z nami w tym właśnie gabinecie? Oszukaliśmy je, oszukaliśmy przeznaczenie. Cofnęliśmy się w czasie o prawie półtorej dekady, wiedząc, co się stanie, jeśli ktoś nie powstrzyma Czarnego Pana odpowiednio szybko. Mówię tu o naszych osobach z przyszłości, oczywiście. W „oryginalnej” linii zdarzeń, tak ją nazwijmy, Voldemort wtedy nie umarł. Zamordował Lily i Jamesa Potterów, próbował odebrać życie ich… ich dziecku, Harry’emu. Jakimś cudem jednak sam został trafiony, a małemu Potterowi została tylko blizna. Duch Czarnego Pana uciekł, aby się odrodzić, nękał nas próbami powrotu od czasu pojawienia się Harry’ego w Hogwarcie. To wszystko działo się najpierw, to wszystko działo się w oryginale, Albusie. Dotrwaliśmy do czwartego roku nauki Pottera, do Turnieju Trójmagicznego, podczas którego wylosowano o jednego zawodnika za dużo. I tym zawodnikiem był nie kto inny, jak Potter. Prawie zginął w ostatnim zadaniu, porwany przez Voldemorta we własnej osobie, który dzięki krwi chłopaka zdołał się w pełni odrodzić. Co mieliśmy zrobić, Albusie? Czekać przez tyle czasu, ile nam zostało, aż Czarny Pan zabije Pottera, aż obejmie władzę, aż zniewoli nas wszystkich? Nie mogliśmy do tego dopuścić. Walczyliśmy, ale wydawało się, że na przegranej pozycji. Chociaż z drugiej strony, skąd mogliśmy wiedzieć, że się nie powiedzie? Że Wybraniec Potter nie uratuje nas wszystkich? Nie mogliśmy. I już nigdy się nie dowiemy.
                Severus mówił, a Ermitruda drżała, słysząc głos strażnika, który wyjawiał swój sekret.
                — Zdecydowaliśmy się, ja i Minerwa, że cofniemy się w czasie, zapobiegając temu wszystkiemu, co się wydarzyło, ratując tych wszystkich, którzy zginęli. Chcieliśmy uratować świat. Co w tym takiego złego? Nie powiedzieliśmy ci, bo wiedzieliśmy, co byś o tym sądził. Wiedzieliśmy, że byś się nie zgodził, a my musieliśmy coś zrobić. Chyba nie chcieliśmy usłyszeć, że jedyne widziane przez nas wyjście, choć możliwe, było niewłaściwie. Planowaliśmy godzinami, obliczaliśmy prawdopodobieństwa, słuchaliśmy przepowiedni i czytaliśmy z gwiazd, nawet warzyliśmy eliksiry. To wszystko, żeby się upewnić, przygotować, zabezpieczyć. Musieliśmy wymierzyć idealnie, cofnąć się o określoną ilość lat. A dlaczego, skoro już tak bardzo ingerowaliśmy w bieg zdarzeń, nie zabić Toma Riddle’a, gdy był jeszcze chłopcem? Z prostej i jednocześnie egoistycznej przyczyny. Musielibyśmy kryć się o wiele dłużej, zanim powrócilibyśmy do czasu, z którego się cofnęliśmy. Nie byliśmy też pewni, czy to w ogóle zadziała, czy przypadkiem nie zginiemy. Nie byliśmy pewni, czy czternaście lat to nie za dużo, nie mówiąc już o większych liczbach. A ten moment, próba zabicia Wybrańca, wydawała się najbardziej przełomowa, planowana przez nas śmierć Czarnego Pana wtedy najlepiej uzasadniona. Nie przewidzieliśmy jednego — że ostateczny punkt planu, po udanym przeniesieniu, po udanym podejściu Lorda, to zaklęcie, dwa słowa, okażą się tak trudne. Skąd mogliśmy wiedzieć, że śmierciożerca nie będzie w stanie zabić?!
                Severus gwałtownie chwycił się za lewą rękę, wbijając paznokcie w przedramię. Po chwili na jego dłoni pojawiła się cienka strużka krwi, niby ofiara za to, czego nie zrobił. Mówił, a Ermitruda drżała, gdy po na jej różanym policzku spłynęła pierwsza łza.
                — Zobaczyłem ją, Albusie. Leżała na podłodze, powykręcana, ranna. Łkała i krzyczała, starając się dostać do dziecka, a z jej pięknych oczu wypływały strumienie łez. Moczyły włosy, rozrzucone na podłodze, rozdygotane dłonie. Płynęły razem z cierpieniem, tak przemożnym pragnieniem ratunku. Zasłoniła syna własnym ciałem, błagając by Czarny Pan przestał. A ja… nie mogłem jej pomóc, Albusie. Stałem tam tylko jak spetryfikowany i patrzyłem na jej ból. Widziałem tylko ją, jej twarz, słyszałem tylko ją, jej głos, to przeraźliwe wołanie… Dlaczego to nie okazało się katalizatorem, który popchnąłby mnie do działania? Dlaczego nie byłem w stanie pomóc kobiecie, która najbardziej na pomoc zasługiwała? Dlaczego ta ręka — wściekle uniósł dłoń — nie rzuciła zaklęcia, które rzucała już tyle razy?! Dlaczego nie mogłem okazać jej miłości, którą ona okazała mi...?
                Zamilkł, a z jego zamkniętych oczu wypłynęły łzy.
                — Nazwałem ją kiedyś szlamą, Albusie. Nie byłem godny jej przyjaźni, a chciałem, żeby mnie kochała… I kochała, ale nie w ten sposób. Dała mi tyle, dlaczego ja nie mogłem dać jej choć jednej rzeczy? Minerwa to zrobiła. W ostatniej chwili, już widziałem poruszenie mięśni na twarzy Czarnego Pana. Nie chciałem jej tym obarczać, w ogóle nie było o czymś podobnym mowy. Chyba zamierzałem zawrzeć w tym symbol, największy śmierciożerca zginął z rąk swojego sługi. Chyba po prostu chciałem ocalić Lily… Nie byłem gotowy, Albusie! Nie byłem gotowy do podjęcia decyzji, która miała decydować o losach świata! Nie byłem cholernym Wybrańcem! To Potter, Potter miał go pokonać… Potter miał uratować nas wszystkich. Miał uratować mnie…
                Ukrył twarz w dłoniach, a na pusty blat biurka spadła pojedyncza łza i jedna kropla krwi. Jak ból i żal.
                — Wiem, Severusie — powiedział Albus Dumbledore, odwracając fotel przy drzwiach. — Jeszcze nie jest za późno, by uratować nas wszystkich. Właśnie się wyzwoliłeś, wyzwalając prawdę. A z racji tego że jest ona zarówno cudowna i straszliwa, trzeba się z nią obchodzić ostrożnie. Pozwól, że teraz zajmiemy się nią razem.
                Snape spojrzał na niego, w starcze oczy, wypełnione ciepłem i mądrością, w starcze oczy, które wiedziały i sprawiły, że Severus też wiedział. Uśmiechnął się do tych oczu i zapłakał.


****

                Dopilnowana Wieczysta Przysięga.
                Szafa Zniknięć.
                Jedno zwycięstwo, gdy starcze ciało przechyliło się przez barierki wieży i spadło.

                Zwycięstwo? Brak zrozumienia dla bliźniaczej istoty. Postać z wizji tego wszystkiego nie zrobiła. Postać z wizji była tylko wizją.

                Prawda?





Witam w gorącu...
Rozdział jedenasty dość późno i dość krótki (czułam, że już MUSZĘ coś opublikować), ale mam nadzieję, że zostanie przyjęty. Najbardziej ciekawi mnie Wasza reakcja na część z Severusem, bo jest najbardziej... kontrowersyjna?

Do następnego,
Vi

7 komentarzy:

  1. Cudowny!!!
    Cieszę się, że Severus wszystko wyjawił Albusowi. Zawsze będzie mu lżej, gdy wyjawił już to co leżało mu na sercu. Pokładam w dyrektorze nadzieję, że to wszystko naprawi i historia się nie powtórzy!
    Scena z Ginny, Blaisem i ich przydomkami mistrzowska, uśmiałam się! No i pozostaje pytanie kto jeszcze wszedł do łazienki? Nie jest to na pewno bez znaczenia. No i gdzie jest Draco w tym rozdziale? Pewnie to jego Hermiona będzie musiała uratować!
    Czekam niecierpliwie na kolejny i pozdrawiam!
    Mary! :*

    PS Gdybyś ciała, to zapraszam: dramione-high-hopes.blogspot.com , dopiero jest prolog :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się ogromnie :))) Co do Albusa, wiadomo, jest znany z tego, że udaje mu się naprawiać różne rzeczy. Ale nie zawsze gdy coś jest złamane, można to skleić ponownie.
      Prawda, Draco tu zabrakło, ale czasem trzeba go sobie odpuścić - za dużo wspaniałości dla zwykłych śmiertelników.

      Dziękuję serdecznie za komentarz,
      Vi

      Usuń
    2. Pomyślałam o Twoim opowiadaniu i przypomniała mi się jedna obawa o ktorej zapomniałam napisać w poprzednim komentarzu. Mam nadzieję, że ją rozwiejesz! :) Mamy rozdział 11 i juz drugie zadanie tuż tuż. Mam szczerą nadzieję, że nie zbliżamy się do połowy opowiadania, albo chociażby 1/4, bo byłoby mi przykro!

      Usuń
    3. Ogromnie Cię przepraszam, że odpowiadam dopiero teraz, ale byłam odcięta od świata na ponad tydzień i zabrakło mi możliwości chociażby zalogowania się na bloggera, nie mówiąc już o komentarzach.
      W odpowiedzi na Twoje pytanie - długość opowiadania nie jest sprecyzowana. Ale nie przywiązywałabym się zbytnio do tego, że skoro drugie zadanie to koniec bliski. Bo widzisz, Turniej w tym wszystkim wcale nie jest najważniejszy... ale nic już więcej nie mówię. W każdym razie, wydaje mi się, że dotrwaliśmy do jednej trzeciej najwyżej, może rzeczywiście jednej czwartej. Wyjdzie w praniu :))

      Usuń
  2. Podobał mi się początkowy opis Pokoju Wspólnego, jak zawsze bardzo nastrojowy i klimatyczy. I i sprawa z zagadka jest fajna, że wszyscy razem próbują pomóc Harry'emu i Mionie ją rozwiązać... Bo niby mięli sobie nie pomagać, ale z pewnością zadne z nich nie pozwoliłoby przyjacielowi aż tak się upokorzyc podczas drugiego zadania - czyli nawet nie rozwiązać jajecznej zagadki :D
    "Choć nie są nawet w połowie tak jasne, jak u Mal… Nie! Przestań natychmiast, kobieto, masz ważniejsze sprawy na głowie."," Chociaż Malfoy robił to zwinniej, wdzięczniej, z większą… Stop!" - Aj, kochana Hermiono, przed pięknym Draco nie uciekniesz, nawej jak nie zaszczyca nas swoją obecnoscią w rozdziale. Nie muszę chyba wspominać, że cudne fragmenty :D
    I coraz bardziej mi się podoba ta sarkastyczna Hermiona. Bo nadal jest tą dziewczyną z kanonu, ceni sobie książki, wiedzę i dobre stopnie, ale jednocześnie jest naprawdę zabawna gdy pierdyknie jakąś ironiczna uwagą. Szczególnie, kiedy jest zirytowana albo kogoś ochrzania - jak np tutaj na początku wypominała Ronowi, że im wcale nie pomaga. I fajnie pokierowałaś rozwiązaniem zagadki, stawiajac tym razem na Hermionę i jej umiejętność dedukcji i łączenia faktów, zamiast na pomoc Cerdika, spadającą jak grom z jasnego nieba w odpowiednim moencie :D Bo i Cedrika wśród uczestników tym razem nie mamy.
    "a pani Pince tylko spojrzała na nią dziwnie, gdy zdradziła temat swoich poszukiwań" - co ta Pince, nie wie, ze uczestnicy dostali zagadkę z wrzeszczącym jajkiem? By wystawiła czasem nosa z tej biblioteki i sie zorientowała co sie dzieje wokół niej :D Ciekawa też jestem, czy fakt, że Hermiona od razu pomyślała o łazience prefektów jest jakąś pozostałością poprzedniej lini czasowej w jej głowie (bo wiedziała, gdzie Harry otworzył jajko w Czarze) czy moze ot tak, bo właściwie to jednak najwygodniejsze miejsce... ale z drugiej strony, skąd Hermiona czy Harry by o tym wiedzieli? Przecież są na czwartym roku, więc żadne z nich prefektem nie jest, więc może jednak właściwymi ścieżkami wędrują moje myśli :D + naprawdę coraz bardziej lubię twojego Rona, jest taki pocieszny.
    Piękny był też opis basenu i wody, po tym jak do niej wskoczyli. Nie sposób gyło się również nie uśmiechać od ucha do ucha, gdy nasza para przyjaciół urządziła sobie wodną bitwę. No kurcze, dzieci kochane, nie w takim momencie! :D Że tez postacie czasem nie zdaja sobie sprawy, ze występują w opowieści, która akurat dotarła do ważnego punktu, tj usłyszenia jajecznej zagadki xd Lubię relację, jaka łączy tę dwójkę.
    A fakt, że Hermiona nie lubi pływać nie wróży za dobrze, oj nie.
    A potem oczywiscie wkracza moment, który moim skromnym zdaniem totalnie wygrał ten rozdział xd Blaise i Ginny - gwiazdy wieczoru! Śmiałam sie jak głupia podczas całej tej sceny, naprawdę genialnie napisana xd "Chyba-Ginny" i "Raczej-Blaise" też mnie ubawiły, ale już "Na-Pewno-Ginny" i "W-Cholere-Prawdziwy-Blaise-Który-Zaraz-Pożałuje-Że-Się-Urodził" prawie mnie zabiły.
    "Mam mu przekazać, że łazi za mną wstrętny Ślizgon?" - uwielbiam Blaise'a. I potem, kiedy ukrywali się w pianie całą czwórką, a Blaise wyrywał się, chcąc pomóc przybyszowi w rymowaniu - dobry Boru, mój biedny brzuch tak bolał ze smiechu.
    Muszę też pochwalić późniejszy, piękny opis Hogwartu ( naprawdę, nie wiem już jak mam chwalic te twoje opisy, więc pozostaje mi po prostu dać znać w komentarzu, że mnie zachwycił i tyle). I bardzo lubię, kiedy narracja wpuszcza nas niego do głowy Severusa. Podobała mi się jego rozmowa z portretem i krótka, delikatna wzmianka o porównainu rudych włosów do Lily. Wgl Ermitruda to fajna kobitka się wydaje, mimo że malowana :D
    " Severus mówił, a Ermitruda drżała, słysząc głos strażnika, który wyjawiał swój sekret." - łaaadne, ładne zdanie.
    Cieszę sie, niesamowicie się ciesze, ze Albus sie o wszystkim dowiedział i bardzo nie wzruszył fragment o Lily i jak to wszystko wyglądao oczami Severusa. Nie mogę się już doczekać, co będzie dalej.

    OdpowiedzUsuń
  3. I też mnie trochę ciekawi, na jakim etapie opowiadania jestesmy. Bo jeśli rzeczywiście planujesz mocno rozwinąć wątek dramione, to żywię cichą nadzieję, że twoja opowieść nie będzie zamiknięta na czwartym roku i pozwolisz nam obserwować ich rozwijającą się relacje, gdy będą troche starsi. No ale zobaczymy :D
    Oczywiście moje serce zwija sie z tęsknoty za Draco i liczę na jego wielki powrót w kolejnnym rozdziale :D Aczkolwiek mimo jego nieobecności, rozdział naprawdę udany, a fragment z łazienką prefektów oraz wyznanie Severusa naprawdę fantastyczne. Choć oczywiście każdy z nich w inny sposób :D
    Czekam na kolejny i niech Moch i Wena będą z Tobą!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak już zdążyłam błagać o wybaczenie drogą Mary Alice, tak błagam Ciebie - bardzo Cię przepraszam za tak późną odpowiedź, przez ostatni tydzień nie miałam możliwości jakiegokolwiek dostępu do bloggera, a przecież z reakcją na takie komentarze nie można zwlekać. Mam nadzieję, że zostanie to wzięte pod uwagę na mojej rozprawie.
      Już szybko przechodząc dalej, co mogę powiedzieć więcej, jak tylko ogromne "dziękuję". Niby jedno niezbyt długie słowo, ale znaczy wiele, na pewno w tym przypadku. Nawet nie wiesz, jaka to motywacja i po prostu radość czytać Twoje ślady pod rozdziałami. Zaraz, powiedziałam ślady? Chodziło mi o epopeje.
      Jeśli o Łazience Prefektów mowa, wiedzę o jej istnieniu przypisałabym raczej obsesyjnemu przeszukiwaniu Hogwartu przez Harry'ego. Bo jak mógłby nie wiedzieć, mając i pelerynę niewidkę, i Mapę Huncwotów? Mimo wszystko, cieszę się, że zwracasz uwagę na takie niuanse, bo one właśnie zasługują na miano bardzo ważnych.
      Nie mogę nie dodać, że jestem niezmiernie zadowolona z Twojej ronowej sympatii. Chciałam, żeby był lubiany.
      Ja też lubię (a może nawet więcej) relację Harry-Hermiona. Zależało mi na tym, żeby nie wyszło tylko na Draco-Hermiona, a ona jak tylko go spotyka, zostawia za sobą cały świat. Przyjaciele, ot co, przyjaciele. Fundamentalny motyw.
      Heh, skoro się śmiałaś, to powiem tylko, że jestem zadowolona. Dziękuję.

      Co do długości, spokojnie, koniec raczej dalej niż bliżej. Żywię tylko cichą nadzieję, że wytrzymacie ze mną tyle czasu. A Draco wkrótce wraca w swoim własnym, malfoyowskim stylu. Przecież nie można bez niego długo wytrzymać.

      Dziękuję serdecznie za opinię, kłaniam się w pas i wzajemnie Mocy życzę, bo tej nigdy za dużo,
      Vi

      Usuń