sobota, 25 marca 2017

5. "Ręko..."

Z dedykacją dla Coffe Sugar. Twoje komentarze jako pierwsze rozjaśniły mroki tego bloga, a wirtualne kopniaki są nadal odczuwalne.

****

No, jak tam ręko? A może jeszcze za wcześnie pytać?*

Siedziała w drugiej ławce. Długie włosy łagodnymi falami opadały jej na plecy, kasztanowy wodospad loków. Co jakiś czas zakładała niesforne pasma za uszy i pochylała się bardziej nad książką. Pewnie marszczyła wtedy brwi, zastanawiając się nad jakąś niezrozumiałą kwestią. Szaty opinały szczupłą linię pleców, smukłe nogi odbywały powolną wędrówkę pod ławką, jakby chciały znaleźć najwygodniejszą z możliwych pozycji. Odwracała głowę, słysząc głupie żarty Weasley’a i uśmiechała się. Widział te jasne błyski w jej oczach, malinowe usta odsłaniały białe kształty zębów. Chciał, żeby kiedyś obdarzyła go takim uśmiechem. Żeby obdarzała go nim codziennie.
Rozparł się na twardym krześle, właściwie prawie półleżał. Zanurzył dłonie w kieszeniach spodni, z nieodgadnionym wyrazem twarzy lustrując Her… Granger. Przyglądał się Granger. To chyba nic dziwnego w związku z tym, że znajdowali się teraz w jednej drużynie? Czara, Turniej, czysto profesjonalna relacja.
– Nie za wygodnie panu, panie Malfoy? – kpiący ton nauczyciela powinien zwrócić jego uwagę, ale nawet nie zarejestrował, że Snape się odezwał.
Severus przyozdobił twarz tym charakterystycznym wyrazem, na widok którego każdy mimowolnie drżał. Nawet profesor McGonagall. Tyle że ona z marnym skutkiem powstrzymywała wtedy śmiech.
– Ma pan problemy słuchowe, panie Malfoy? – zagadnął uprzejmie – Z chęcią wezwę szanownego Filcha, żeby przeczyścił panu uszy jedną ze swoich szczotek.
Łokieć Zabiniego niezbyt delikatnie powitał żebra Dracona.
– Powaliło cię? – Ślizgon syknął, zauważając wpatrzone w siebie oczy. Powoli przesunął wzrokiem po twarzy Mistrza Eliksirów i skrzywił się.
– A może się pan zamyślił? Oznaczałoby to, że cuda jednak się zdarzają. – Severus wykrzywił usta w kształt, który miał zapewne przypominać uśmiech – Brawa dla kolegi.
Kilku Gryfonów z Ronem na czele zaczęło gwałtownie klaskać i wiwatować, za co zaraz odebrano im punkty. Nikt się tym jednak specjalnie nie przejął – w końcu opiekun Slytherinu jeżdżący po Malfoyu, niczym Schumacher po torze to zdecydowanie niecodzienny widok.
– Właśnie się zastanawiałem, panie profesorze, nad pozytywnym wpływem środków czyszczących, o potocznej nazwie „szampony”, na włosy. – Draco pokręcił głową ze zrezygnowaniem – Jednak nie mogę poprzeć moich wniosków na osobach grona pedagogicznego. A przecież, biorąc pod uwagę to – przeczesał palcami lśniące pasma na własnej głowie – chyba warto owych środków używać.
– Mam przez to rozumieć, że pan dopiero zaczął? Wyjaśniałoby to żelowatą konstrukcję pańskiej fryzury we wcześniejszych latach. – Snape oparł się o biurko za sobą, z zadowoleniem obserwując ucznia. Kiedyś byłby delikatniejszy, w innych okolicznościach. Teraz jednak takich okoliczności nie było – nie musiał chronić Dracona. Mógł mu, jak każdemu innemu, troszeńkę zajść za skórę. Mógł zachowywać się normalnie, nie uciekając przed wiecznym niebezpieczeństwem. Mógł żyć bez strachu, nie czując zimnego oddechu Czarnego Pana na karku. Wydawało mu się to wręcz bezcenne. Bezpieczeństwo. Piękne słowo, które piętnaście lat temu na stałe wróciło do użycia.
Zawsze musiał wyciągać Malfoya z wszelkich rodzajów bagien, od tych ledwo błotnistych po głębokosadzawkowe. Współczuł mu wtedy. Los przygotował dla niego nad wyraz okrutną drogę - rodziny się nie wybiera, a Lucjusza do najlepszych rodziców zaliczyć nie można. Pamiętał swoje odwiedziny w Malfoy Manor. Pamiętał tłumione krzyki Dracona, gdy ojciec go „hartował”. Cruciatus było przygotowaniem – tak normalnym, jak uczenie syna pewnego utrzymania się na miotle. W Hogwarcie Severus uspokajał małego, przestraszonego chłopca, co noc zmagającego się z koszmarami. Podawał mu haftowaną chusteczkę od matki, żeby otarł łzy, których tak się wstydził.
Jednak dobrze się stało, prawda? Po zmianie przeszłości, po śmierci Voldemorta, w tym życiu, młody Malfoy nigdy nie płakał. A jego rodziciel grzecznie siedział w Azkabanie. Sam Merlin musiałby zejść na ziemię, gdyby kiedyś Lucjusza wypuścili.
Mimo wszystko, miał po prostu dziwną satysfakcję, że może utrzeć młodemu nosa. To już nie był ten zalękniony chłopiec, skrywający pod maską arogancji dziecięce cierpienie. Był… szczęśliwszy?
Spojrzał w dół, na bladą rękę, naznaczoną Mrocznym Znakiem. Na rękę, która miała zgładzić twórcę owego Znaku. Która, w ostatecznym rozrachunku, okazała się za słaba.
Gardził tą ręką.
– Ja praktykuję sztuki higieniczne już od najmłodszych lat, profesorze. I nie zdarzyło mi się jeszcze pomylić szamponu z sadzą. – Draco znacząco spojrzał na ciemne włosy Mistrza Eliksirów.
– W takim razie, nie ma się pan czego obawiać w trakcie czyszczenia kominków w lochach, panie Malfoy. Może nawet profesor Sprout pożyczy panu czepek, jeśli pan ładnie poprosi. – Severus obszedł biurko i zajął swoje zwyczajowe miejsce przy krześle – O osiemnastej pod moim gabinetem. Odbierze pan wszelkie niezbędne „środki czyszczące”.
Zabini czknął od długo powstrzymywanego śmiechu i  posłał przyjacielowi niezwykle pokrzepiające spojrzenie o treści „wujaszek Blaise weźmie sobie popcorn i powspiera Dracusia duchowo”. A ten miał temu podobną pomoc głęboko w… głębinie.
Pomyśleć, że to wszystko przez cholerną Granger.

****

Gęste opary unosiły się znad kociołka, aby zaraz nieprzerwaną falą zalać zastawiony fiolkami i ingrediencjami stół. Przyjemnie łaskotały dłonie, które mieszały mętny eliksir czy dosypywały do niego kolejne składniki. Zsuwały się z blatu, powoli opadając na podłogę i zakrywając obute w ciemne pantofle stopy. Praktykowały takie zachowania już od półtora tygodnia, cierpliwie ogarniając powierzchnię Pokoju Życzeń swoją mglistą egzystencją. Przy tym wcale nie wyglądały, jakby miały się kiedyś znudzić podobnymi zabiegami.
Panna Granger powoli zamieszała zawartość kociołka w prawo, potem dwa szybkie obroty w lewo. Teraz kolejny dzień samego wrzenia, ostatni składnik i jeszcze kilka dni do przeczekania, aby dać eliksirowi czas na „dojrzenie”.
Jej uwagę zwróciło nieciche kichnięcie – nieomylny znak, że szanowny Malfoy zaszczycił Przychodź –Wychodź swoją wybitną obecnością. Już od początku alergicznie reagował na szarawe opary z kociołka, kichał na potęgę i jeszcze bardziej kojarzył się Hermionie z kotem. Tak śmiesznie przekrzywiał głowę, marszcząc nos.
– Co ty tu robisz, Malfoy? Nie miałeś przypadkiem przyjść dopiero jutro? – Gryfonka odłożyła chochlę i wytarła ręce w kraciastą ściereczkę.
– Też cię miło widzieć, Granger. – Draco rzucił torbę pod ścianę, o którą zaraz się oparł – Musiałem się upewnić, że nie zaniedbujesz swoich obowiązków. I że wypełniasz je w odpowiednim stopniu dokładnie.
– A miałeś co do tego jakieś wątpliwości?
– Biorąc pod uwagę McLagena, który swoimi nieudolnymi zalotami mógł cię nieco rozproszyć, to tak. – przysunął sobie krzesło, które zaklepał już pierwszego dnia w Pokoju. Podpisał je nawet, żeby nikt nie miał wątpliwości co do właściciela. Mebel, bardziej przypominający przypadkowy zlepek desek niż cokolwiek innego, zdobił teraz wdzięczny napis „D.M.”. Harry, jak zobaczył go pierwszy raz, nie mógł zrozumieć, dlaczego Malfoy nazwał krzesło i to swoimi inicjałami. Od tego czasu, gdy dwójka Gryfonów mówiła o „Draconie” miała na myśli owo krzesło. A Malfoy to po prostu Malfoy.
Hermiona zarumieniła się lekko.
– Jakimi zalotami? Co ty sobie znowu ubzdurałeś?
– Nie mówiąc już o tym… no, jak mu tam… Szymusie? Naprawdę, te sztuczki z zaklęciami były tak żałosne i do tego nieudane, że aż śmieszne. Formułka na mokrość? Wydawałoby się, że to dość wyraźna sugestia, bezpośredni gość, nie ma co.
– Seamusie…
– No przecież mówię. – Malfoy odchylił się do tyłu, przykładając ręce do głowy – I ten… no wiesz… Co za długo na budowie przebywał i mu cegły łeb zabarwiły…
– Ron?
– Właśnie! Jakbym też musiał tyle jeść, to bym się raczej nie chwalił. Nie mówiąc już o podrywie na łakomstwo. Jak to w ogóle brzmi?
– Malfoy? – Hermiona zakasłała cichutko – Zdajesz sobie sprawę, że oni tak robią codziennie? Niezależnie od tego, kto akurat siedzi przy stole?
Ślizgon pokręcił głową z niedowierzaniem.
– Starają się zwrócić twoją uwagę, nawet gdy cię nie ma… To niedorzeczne.
– Oni nie starają się zwrócić żadnej uw…
– Ja już swoje wiem.
Gryfonka westchnęła, a bezradność w tym geście wyczuł nawet Draco, bo zaprzestał swojego wywodu.
– A jeśli masz rację, to co? – założyła ręce na piersi – Nic ci do tego.
– Moim jedynym celem było uświadomienie cię. Masz wyjątkowo niebezpieczne życie z takimi typami w sąsiedztwie.
– O ile masz na myśli siebie, zgadzam się całkowicie. Wystarczy, że zobaczę ten nienaturalnie jasny blond, a grozi mi ślepota.
– Nienaturalnie jasny blond? – Ślizgon rzucił Hermionie oburzone spojrzenie, na co ta poważnie pokiwała głową – Z takim się urodziłem. To zasługa niebyle jakich genów, koleżanko, z żadną farbą nie osiągniesz podobnego efektu, nie wspominając już o identycznym.
– Tak mi się też wydawało. Jakiego zaklęcia używasz? Musi w sobie zawierać coś z Lumos, inaczej by tak nie raziło.
– Dobre sobie. – nikt nie prychał tak, jak Malfoy, nawet Malfoy wersja żeńska 2.0 – Mówię ci, geny, nic innego. No, może odrobina osobistej niezwykłości, ale nie lubię się nią chwalić.
– Zdążyłam zauważyć. W takim razie, żadna ilość wody nie poskromi tej platyny?
– Umyj mi włosy, stopniowo wybierając wodę z Pacyfiku, a jak na dnie zostanie sam piasek, będą tak samo jasne.
Gryfonka powoli wyjęła swój magiczny atrybut z tylnej kieszeni szaty.
Aquamenti! – z różdżki panny Granger wytrysnął pokaźny strumień wody, trafiając w przerażoną twarz Malfoya i jego idealnie rozwichrzone włosy. Hermiona uśmiechnęła się szeroko, widząc zmokniętego Dracona, który patrzył na nią z żądzą, powiedzmy, mordu w stalowych oczach.
– Tak się chcesz bawić? Proszę cię bardzo.
Już po chwili wnętrze Pokoju Życzeń rozbłysło od rzucanych w nim zaklęć i uroków. Kilkucentymetrowa warstwa wody pokrywała kamienną podłogę, na ścianach wykwitła nadzwyczaj bujna roślinność, gdzie indziej wyrosło poroże. Buchały płomienie, powietrze przecinały czerwone błyskawice, mech urósł, formując się na wzór pokrzywionej sylwetki Filcha. Pomimo niemałych umiejętności obu walczących, żadne zaklęcie nie osiągnęło swego głównego celu – osoby przeciwnika.
Najbardziej w całym starciu ucierpiał Harry, który wybrał sobie na tyle dobry moment na wejście do Pokoju, że oberwał Densaugeo i jego przednie zęby sięgały dalej niż broda. Hermiona, z której to różdżki wytrysnął nieszczęsny promień, próbowała cofnąć urok, jednak z marnym skutkiem.
– Harry, tak strasznie cię przepraszam… – szeptała, starając się zmniejszyć przyjacielowi uzębienie. Co jakiś czas rzucała gniewne spojrzenie Malfoyowi, który zaśmiewał się w kącie.
– Spokojnie, Hermiono, każdemu mogło się zdarzyć… –Wybraniec machnął ręką i próbował się uśmiechnąć, ale przeszkadzał mu w tym jeden, dość znaczny, szczegół.
– Będziemy musieli iść do skrzydła… Wytłumaczę wszystko pani Pomfrey, już dość namieszałam..
– Powiemy, że to był wypadek, co z resztą jest prawdą.
– Dodaj jeszcze, że niezrównoważona Gryfonka w morderczych zapędach nie była w stanie trafić w obiekt swoich westchnień, dlatego zmieniła tor zaklęcia, na którego drodze się pojawiłeś, Potter. – Dziedzic Slytherinu dorzucił swoje trzy grosze.
– A widzisz tu gdzieś McLagena albo Szymusa, Malfoy? – warknęła panna Granger. Niejaki Malfoy zdobył się tylko na otwarcie ust.
Harry zmarszczył brwi z niezrozumieniem w zielonych oczach.
– Jakiego Szymusa?

****

Blaise Zabini był człowiekiem słownym. Jak sam rozgłaszał, pięknym, jak często przypominał, wymuskanym, ale słownym. Dlatego, gdy raz coś powiedział, słowa dotrzymywał. Nieczęsto też rozwijał dane obietnice dla dodatkowego efektu i dowodu zaangażowania. Nie zamierzał zrezygnować z własnych zwyczajów w przypadku szlabanu Dracona. Chciał też dowieść, że naprawdę pragnie wspierać przyjaciela. A, co wiedzą wszyscy jak Blaise skromny i skryty, nic tak nie pomaga, jak dwójka pewnych słuszności własnych działań Ślizgonów.
Zabini, wyposażony w popcorn i towarzysza w opanowanej osobie Teodora Notta, ruszył na podbój lochów. Szare, kamienne bloki ścienne z każdym krokiem stawały się ciemniejsze, mech porastał wszelkie zakrzywienia, wdzierał się w szczeliny. Wilgoć zdawała się być cięższa i bardziej wyczuwalna, Nott miał wrażenie, że dałoby się ją kroić nożem. Owymi spostrzeżeniami podzielił się z Blaisem, który nie omieszkał sprawdzić słuszności jego słów. O dziwno, nie odkroił nawet kawałka. Był tym faktem tak zawiedziony, że Teodor musiał przypomnieć mu o popcornie, który, co wiedzą wszyscy, nadzwyczaj szybko skleja złamane serca.
Poza wilgocią, korytarze otulał coraz większy mrok. Między pochodniami, rozstawionymi w kilkumetrowych odstępach, tworzyły się głębokie cienie, nieprzeniknione i niepokojące, bardziej niż czarne oczy Snape’a. O ile lekki chłód nikomu nie dokuczał, wszechogarniające poczucie grozy wdzierało się nawet do najodważniejszych umysłów. Jakby w starych częściach lochów kryło się coś pradawnego, stworzonego za czasów, gdy czarnej i białej magii nie dzieliła żadna granica. Blaise odwracał się często, przysięgając na wszystko, co mu tylko do głowy wpadło, że coś się za nim skrada. Teodor puszczał takie uwagi mimo uszu i zbywał je prychnięciami, ale musiał przyznać, że działały na jego wyobraźnię. Raz nawet zauważył cień, przyćmiewający światło pochodni i zaraz wnikający w ścianę. A może tylko mu się wydawało.
Dotarli na sam koniec mrocznego korytarza, do którego nigdy nie zapuścił się żaden Gryfon (nie licząc Pottera, ale ten był niezrównoważony) i z ulgą przekroczyli próg najgłębiej położonej hogwarckiej sali. Oślepiło ich nikłe światło, sączące się przez zakurzone okna przy suficie. Pomieszczenie nie zachwycało swoim rozmiarem, ale sprawiało o wiele przytulniejsze wrażenie niż korytarz. Nawet zakryte płachtami stoły, z kształtu przypominające zgarbionych dementorów, dodawały mu uroku. Tam, z zadowoleniem wymalowanym na pokrzywionej twarzy, czekał na nich towarzysz Malfoy.
Kucał przed obsydianowymi płytami kominka, miarowo poruszając ręką w górę i w dół. Szczoteczka do zębów zostawiała za sobą spieniony ślad środka czyszczącego, w żaden inny sposób nie zmieniając konsystencji zaschniętej na kamieniach sadzy. Czarna szata była zakurzona i pokryta popiołem, wypolerowane wcześniej buty zmatowiały. Obrazu nędzy i rozpaczy dopełniał kwiecisty czepek, utrzymany we wszystkich możliwych odcieniach różu, który zakrywał platynowe dzieło na głowie Dracona.
– Ani słowa. – wściekły syk ledwo wydostał się spomiędzy ściśniętych warg Ślizgona.
– Kto by pomyślał, że cię tu spotkamy! – zawołał Diabeł, który, jak sam utrzymywał, miewał sporadyczne problemy ze słuchem i rozumieniem tekstu mówionego. Teodor przewrócił oczami.
– Daj spokój, Blaise, poza mną nikt tu nie wykazuje żadnych funkcji myślowych. – zauważył, rozsiadając się na jednej z ławek i wpychając w siebie pokaźną porcję popcornu. Czasem zastanawiał się, co go właściwie podkusiło, żeby zadawać się z tymi idiotami. Odpowiedź, o dziwo, przychodziła stosunkowo szybko – ciągnie swój do swego.
– Przynajmniej ty być się zlitował, Teo. – Malfoy jęknął, przyciskając mocniej szczoteczkę do czyszczonej powierzchni.
– Oj, Dracze, Dracze, daj chłopakowi trochę rozrywki. – westchnął Zabini, zanurzając rękę głęboko w pudełku z popcornem – Zazwyczaj siedzi biedny, zawalony książkami na stercie z zaległych wypracowań i się męczy.
Teodor parsknął, nawet Malfoy uśmiechnął się lekko. Zaległe wypracowania to ostatnie, o co można by Notta posądzić. Odrabiał je bardzo skrupulatnie i na długo przed terminem, a jedynym męczącym w tym czynnikiem były zawodzenia Blaise’a, który za nic nie pojmował takiego podejścia do nauki. Uznał też, że musi równoważyć poziom obowiązkowości w ich dormitorium, dlatego prace oddawał tylko wtedy, gdy wściekły Snape latał za nim z siekierką.
– A tak swoją drogą, co cię tak rozproszyło na eliksirach? – kolejna porcja popcornu wylądowała w ustach Teodora.
Draco spiął się lekko.
– Zapatrzyłem się po prostu.
– Zafascynowała cię szata Nietoperza? Chyba ostatnio ją wyprał, bo te kilkuletnie plamy z kawy wreszcie zniknęły.
Blaise szturchnął Notta i szepnął teatralnie.
– Zakochał się chłoptaś…
– Waż słowa, przyjacielu. Nikt nie zauważy plamy po twojej czarnej mordzie na tej sadzy. – Malfoy uśmiechnął się lekko, jakby właśnie wyraził uprzejmą uwagę odnośnie stanu angielskiej pogody.
– Nie wiedziałem, że Potter tak na ciebie działa… a podobno to taki przykładny uczeń.
– Jeżeli przykładnymi nazywasz tych, którzy złamali wszystkie zasady regulaminu, i te spisane, i te niespisane… i te do tej pory niewymyślone… – dodał Nott, odwracając puste pudełko do góry dnem, jakby liczył, że coś z niego jeszcze wypadnie.
– No właśnie! Dracze lubi niegrzecznych chłopców, co? – Zabini mrugnął porozumiewawczo – Muszę się trochę postarać, a może na mnie też zwrócisz uwagę. Niewiele mi brakuje.
Przeciągłe westchnięcie poruszyło ciemne płachty na stołach, jakby wywołując w nich współczucie.
– Ile razy mam ci tłumaczyć, że nie jestem tobą zaineresowany, Diable? Nie kręci mnie czarne, a już czarne i debilne… Znajdź sobie jakiegoś Weasleya, może cię wreszcie przegoni w głupocie.
Cisza, która nastała po tych słowach, wywołała lekkie uczucie niepokoju w sercach Notta i Malfoya. Wprawdzie, dopiero kiełkujące, ale zdolne do osiągnięcia monumentalnych rozmiarów.
– Diable, czy my o czymś nie wiemy? – zagadnął Teodor, przekrzywiając głowę w prawo.
– Ah, pieprzyć was! Pieprzyć was, Snape’a i tego cholernika Pottera! – Zabini zerwał się ze stołu i zaczął krążyć po sali – Pewnie się zastanawiacie, co? Co ja sobie wyobrażam w ogóle, Ślizgon z Gryfonką? Powiem wam. Jeszcze mi się uda, a wy będziecie zdychać w kawalerskiej samotności. Nie rozumiecie, to jasne. Ale nie wszystko musi być proste. A ja… cóż, nie chcę się żenić, nie chcę mieć dzieci, ale chcę… z resztą, nieważne. Nie rozumiecie.
Ale Draco rozumiał.

****

Czarnomagiczne zaklęcia, rzucane w szale wściekłości.
Ofiary. Niewinne ofiary.
Krew. Krew na własnych rękach.
Żniwo.
Żniwo śmierci.
I śmiech. Zmrażający zmysły śmiech.


Ciężki oddech wydobył się z piersi. Drgająca ręka zakryła oczy. Sen. To był tylko sen. Ale dłonie pokryte potem wydawały się być umazane w niewinnej krwi.



Dzisiaj jeden z ostatnich rozdziałów, wprowadzających wszelkie potrzebne początkowe wątki. Może nawet ostatni? Spodziewajcie się niespodziewanego.

"Moc jest we mnie, a ja jestem silna Mocą"

Vi


*fragment z książki "Stary człowiek i morze", szczerze polecam


8 komentarzy:

  1. Dopiero się zebrałam do skomentowania, ach te seriale :P
    Oj Draco chyba przejawia zdecydowanie większe zainteresowanie Hermioną, niż mu się wydaje :)
    Bardzo mi się podobaly te przemyślenia Snape na temat Draco. A co trzeba trochę utrzeć nosa temu chłopcu, co teraz dzięki niemu i Minerwie może wieść życie w szczęściu , bez traum z dzieciństwa.
    No i co rozdział uchylasz nam bardziej okno na to, jak wyglądało te 15 lat w twojej alternatywnej wersji. Dowiadujemy sie, że Lucka złapano do Azkabanu (i dobrze, niech tam zdycha, gnida jedna), że Draco jest teraz innym człowiekiem, bo nie przeżyl dzieciństwa z okrutnym ojcem, odganiajac sie od koszmarów. Jest coś ciekawego w tym, jak Snape na to patrzy. Bardzo mi się podobała ich wymiana docinków.
    Szymus, hahahah <3 i Krzeseł Dracon <3
    Chyba ktoś tu jest zazdrosny o nieudolnych zalotników Hermiony.
    "Umyj mi włosy, stopniowo wybierając wodę z Pacyfiku, a jak na dnie zostanie sam piasek, będą tak samo jasne." - uwielbiam go :D I biedny Harry, temu to zawsze wiatr w oczy... jak nie Voldemort, to Hermiona i jej zaklęcia xd
    Mam nadzieję, ze będzie dużo Blaise'a, jest świetny :D I czyżbym mogła mieć nadzieję na Blinny? :D
    Ogólnie rozdzial bardzo mi się podobał, było trochę fajnego humoru, ale nie za dużo, więc nie gubisz pierwotnego nastroju opowiadania, a opisy oczywiscie jak zwykle na wysokim poziomie :)
    Także gratuluję dobrej notki i czekam na kolejne :D
    Pozdrawiam i zapraszam do siebie

    [rose-to-nie-rosie.blogspot.com]

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj, zapewniam, Blaise się jeszcze pojawi i to nie raz. Za bardzo go lubię, żeby został pominięty. A jeśli chodzi o Blinny, cóż.. wyjdzie w praniu.
    Bardzo dziękuję za budujący komentarz, jak to zwykle od Ciebie
    (A do Rosie zdążyłam już zawitać :D )

    OdpowiedzUsuń
  3. Strasznie Cię przepraszam, że resztę rozdziałów nadrabiam dziś, ale wczoraj wróciłam do domu tak późno, że nie mogłam odmówić kilku godzinom snu. A wyszłam tylko po papierosy i energetyki... Eh, tak to już niestety bywa.

    Pozwolisz, że odniosę się do Twoich odpowiedzi tutaj, tak pokrótce, bo jest mi zwyczajnie łatwiej.

    Wrażenie rozdwojenia dialogów i narracji chyba towarzyszyło mi wyłącznie w pierwszym i drugim rozdziale. Może dlatego, że to początek, a początki zawsze bywają najtrudniejsze. Czasami to pierwsze słowo potrafi zaważyć nad losem opowiadania. Kapuściński, zanim napisał jedną ze swych książek, leżał chyba z półgodziny na podłodze i się zastanawiał, jak powinno brzmieć pierwsze zdanie. Także w pozostałych rozdziałach minęło mi to uczucie, więc to bardzo dobry znak.

    Postać Octavii dalej jest dla mnie mniej istotna, dlatego cieszę się, że służy ona zaznaczeniu zmiany w przeszłości. Jej dalsze perypetie pozostawiam bez komentarza, ponieważ jeszcze ich nie znam, ale uspokoiły mnie Twoje słowa.

    Na Rona zwracam uwagę głównie dlatego, że w moim bieżącym opowiadaniu odgrywa on bardzo ważną rolę; prawdopodobnie w innym przypadku byłby mi obojętny. W Twojej historii zwyczajnie pasuje moim gustom, a to jest dość rzadko spotykane.

    Jeśli mowa o gustach, tak, jestem okropnie wybredną osobą. Począwszy od opowiadań, przechodząc przez ubrania i kosmetyki, a kończąc na osobach; ciężko mi dogodzić, sama nierzadko mam problemy, by znaleźć coś, co będzie mnie w pełni satysfakcjonowało. Nie ma się co przejmować, zresztą myślę, że to głównie wina tego, że obecnie czytam same biografie, nie licząc literatury hiszpańskiej, która zbyt emocjonująca nie jest. Warto też zwrócić uwagę na moją ignorancję części świata fanfiction, ponieważ nie zaglądam zbyt często na inne blogi, trochę wina czasu, bardziej jednak gustu; kiedy piszesz własne opowiadanie, które odbiega od tego, które czytasz, chciałabyś w nim dostrzec coś zupełnie innego, może dlatego nie zawsze wszystko nam się podoba; ja tak mam, mało blogów mnie fascynuje, bo gdzieś tam jednak ta samolubna cząstka się odzywa. Twoja historia jednak ciekawi mnie do tego stopnia, że jestem z nią trochę dłużej. Nie obiecuję, że będę do końca, ale postaram się wpadać co jakiś czas, żeby zobaczyć jak sobie radzisz.

    Określenie "fajny" dla mnie powinno być zakazane; nie znoszę tego słowa, jest dla mnie zwyczajnie paskudne i płytkie. Język polski obfituje w ogromną liczbę synonimów, którymi można zastąpić owego chwasta. Nie rozumiałam, nie rozumiem i nigdy nie zrozumiem, a nawet nie będę się starać pojąć, jak osoba pisząca, świadoma literacko, może się dopuszczać nadużycia powyższego określenia, które jest po prostu uwłaczające. I mówię tu zarówno o języku pisanym, jak i mówionym. Dlatego dziękuję, dziękuję, że gdzieś na świecie istnieje osoba, która się ze mną zgadza, tak wnioskuję, i świadomie nie używa tegoż niezwykle popularnego słowa, którym w obecnie ludzie chcą wyrazić wszystko. Dziękuję, naprawdę Ci dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koniec części pierwszej, czas na drugą, czyli na rozdział piąty i kilka błędów, ale najpierw oczywiście treść.

      Malfoy i Severus, Severus kontra Malfoy, scena udana w stu procentach i oddająca wszystko to, do czego jesteśmy przyzwyczajeni, a przede wszystkim do tego, co chcemy czytać. Snape w pełnej okazałości, czyli taki, jakiego lubię - nieustępliwy, perfidny do szpiku kości, a przy tym wyrafinowany, jakkolwiek można to rozumieć. Powinniśmy faworyzować Draco? O nie, nie w tym przypadku. Mistrz zawsze będzie Mistrzem; dla mnie Severus jest po prostu perfekcyjny w tym rozdziale i najbardziej mnie w nim urzekł.

      Kolejna osoba, która zagościła w mojej psychice i pewnie pozostanie w niej do końca, to oczywiście Blaise; on, mimo że jest dokładnie taki, jak przedstawia go zdecydowana większość blogerów, czyli z dozą humoru i niekontrolowanego romantyzmu, i tak bardzo mi się podoba, cały trafia w moje gusta, tak samo Snape. I tu masz wirtualny medal, bo raczej nie zwracam uwagi na tak trywialne rzeczy. Muszą być na tyle dobre, by mnie przy sobie zatrzymać, a Zabini jest więcej niż dobry, on jest niesamowity.

      Kolejna osoba, zaznaczam ją wyłącznie dlatego, że pojawia się w moim opowiadaniu, więc siłą rzeczy przykuła mój wzrok, choć pewnie nie ma większego znaczenia w Twoim opowiadaniu, jest Theodore Nott. Zwracam na niego uwagę, ponieważ z opisu jest taki, jaki siedzi w mojej głowie, innymi słowy wymyślony na potrzeby historii; trafiłaś idealnie, więc muszę Ci pogratulować. Dłużej się przy nim nie zatrzymuję, tak tylko zaznaczam.

      Hermiona i Draco; u nich wszystko po staremu, choć był fragment, który zasługuje na pochwałę ode mnie, a mianowicie "I ten… no wiesz… Co za długo na budowie przebywał i mu cegły łeb zabarwiły…" i dalej "Nie mówiąc już o podrywie na łakomstwo. Jak to w ogóle brzmi?" Oj brzmi zdecydowanie lepiej, niż "podryw na stolicę", a właśnie takowy mi się przypomniał, czytając tę scenę :D Nie wchodzę w szczegóły, powiem tylko, że Holendrzy wyjątkowo mało znają się na geografii.

      Końcówka to istna petarda, a moja wyobraźnia w tym momencie padła, widząc Malfoya czyszczącego ścianę w różowym czepku na głowie. To jest oczywiście zabawny fragment, ale przede wszystkim zgrabnie napisany, a to jest w nim moim zdaniem najważniejsze, dlatego bardzo podoba mi się, że potrafisz wykazać się kreatywnością. Co prawda zwrot "towarzysz Malfoy" zaleciał mi odrobinę komuną, ale wbrew pozorom też ma swoje plusy.

      Błędy, bo takowe się niestety pojawiają, to między innymi:
      1. Półtorej tygodnia. "Półtorej" jest do rzeczowników rodzaju żeńskiego, "półtora" do męskiego.
      2. Ziemia pojawiająca się u Ciebie z dużej litery; może się mylę i rzeczywiście miałaś na myśli planetę Ziemię, to jest ciało niebieskie, ale raczej chodziło Ci o ziemię w sensie strefa życia, miejsce człowieka, etc. Generalnie uważam, że w opowiadaniu powinna zostać napisana małą literą. Polecam zaprzyjaźnić się z poradnią językową PWN, sama zresztą to robię, ponieważ pozwala ona wyjaśnić wszelkie dylematy, z którymi się spotykamy w trakcie pisania.
      3.Zaimki przymiotne zawsze pchają się tam, gdzie ich nie chcemy, niestety nierzadko często się ich pozbyć. Nie mówię, że wprowadzasz ich za dużo, bo tak nie jest, tylko wyskakują w nieco nieodpowiednich momentach, jak na przykład: Szaty opinały szczupłą linię jej pleców (...); fragment odnosi się do Hermiony, więc w tym przypadku zaimek będzie zbędny, bo niby kogo innego plecy mogłaby opinać szata?

      Jest jeszcze kawałek, który brzmi równie źle: Mógł żyć bez strachu, nie czując zimnego oddechu Czarnego Pana na własnym karku. Jeśli się coś czuje, to zazwyczaj na sobie, więc niepotrzebnie podkreślać zdanie słowem "własny", to oczywiste, że na innym karku Severus nie mógł poczuć metaforycznego oddechu Voldemorta. Taka luźna sugestia.

      Robię przerwę na papierosa, czyli idę zasadzić petunię, i wracam do Ciebie za momencik,
      Realistka

      Usuń
    2. "nierzadko często się ich pozbyć (...)" ze mnie to jest polonista na medal :D Oczywiście chodziło o inną wersję: nierzadko trudno się ich pozbyć.

      Jak widać błędy przytrafiają się każdym, nie ma wyjątków od reguły ;)

      Usuń
    3. Severus jest dla mnie ogromnie ważną postacią, zarówno w tej historii, jak w oryginalnej, dlatego cieszę się, że "trafiłam". Jeśli mowa o naszym drogim Zabinim, to mam do niego ogromny sentyment, musiał się więc pojawić. Jeżeli tylko czytam jakieś opowiadanie, w którym przedstawia się go jako tego "złego Ślizgona", od razu jestem, że się tak wyrażę, zrażona.

      Miło mi, że zwróciłaś uwagę na fragment o cegłach i podrywie na łakomstwo. Co do samych Holendrów, chyba wolę się nie zagłębiać :D

      Postać Teodora też musiała się pojawić, głównie z racji tego, że przy Draco bardziej widzę powyższego z panem Zabinim, niż chociażby Crabe'a i Goyle'a. Co do jego ewentualnej roli i jej wielkości, pożyjemy, zobaczymy, sama nie mam go do końca ukształtowanego.

      Owego czepka na głowie Malfoya nie mogłam sobie odpuścić, ale jestem zadowolona, skoro cały ten fragment nie wypadł najgorzej.

      Dziękuję za wypisanie mi tych moich potknięć, już poprawione :D

      Ja osobiście za ogrodnictwem nie przepadam, ale mam nadzieję, że było miło. Wybacz tak późną odpowiedź, przynajmniej okazjonalny brak czasu dokucza chyba nam wszystkim...

      Pozdrawiam serdecznie, dziękując za komentarz,
      Vi

      Usuń
  4. Ku mojemu zdziwieniu w pracy musiałam jednak pracować, więc jestem dopiero dziś! :D
    W dalszym ciągu moje ulubione są te tajemnicze końcówki i to, że nie wiadomo kogo dotyczą.
    Scena podczas szlabanu mistrzowska! Uśmiałam się i zaskoczyło mnie wyznanie Zabiniego. Czekam, aż wreszcie eliksir bedzie gotowy i zacznie sie akcja.
    Ściskam,
    Mary.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to niespodzianka, praca rzeczywiście potrafi zaskakiwać... Bardzo dobrze, że zwracasz uwagę na końcówki, one są dość ważne jeśli chodzi o całokształt. A akcja zbliża się wielkimi krokami :D

      Niech Moc będzie z Tobą,
      Vi

      Usuń