wtorek, 4 kwietnia 2017

6. Do dna, panowie

Światło pochodni go oślepiało. Zmrużył krwiste oczka, marszcząc nos. Szponiastymi łapkami wyszukiwał zagłębienia w ścianach, starając się znaleźć dobre punkty podporu. Poruszał się szybko, lekko zygzakowatym ruchem, na wzór jaszczurki. Chropowata, szarawa skóra, zgrubiała od upływu Czasu, stapiała się z powierzchnią kamiennych bloków.
Odbił się i przeskoczył na przeciwległą ścianę. Opuścił się na poziom podłogi, krzywiąc szpetną mordkę. Węszył. Sunął zrogowaciałym tułowiem po płytach posadzki, łapiąc coraz to nowsze wonie. Były ich setki, niektóre całkiem przyjemne, inne rażąco odpychające. Prychnął. Odpychające jak on sam. Nawet Czas to przyznał.
Coś ogłuszająco zawyło. Dziesiątki rozwrzeszczanych istot wysypały się na korytarz. Podskakiwał w rytm ich kroków, zbyt słaby by utrzymać się przy podłodze. Wonie przybrały na sile, wachlarz zapachów potu przeplatał się z mgiełką perfum. Zawył z bólu, gdy jakaś wyjątkowo niezdarna stopa nadepnęła mu na ogon, zaraz się przewracając. Odczuł przynajmniej cień satysfakcji, widząc zaskoczoną twarz radośnie witającą podłoże. Cień.
Jak on sam.
Ledwo wyczuwalna woń łaskotała go w nos. Parsknął, skupiając się na jej pochodzeniu. Czuł, czuł coraz wyraźniej. Odwagę, była tam. Szczęście, cuchnące szczęście. Przeznaczenie, ostre, gryzące. Oszukane przeznaczenie.
Na co decyduje się myśliwy, gdy wytropi swoją zwierzynę?
Trzeba rozpocząć łowy.

****

– Harry, wszystko w porządku?
– Tak, tylko trochę boli mnie głowa. – Gryfon dotknął palcami rozgrzanej skóry na czole. Paliła go, pulsowała. Co dziwne, ból skupiał się jedynie po prawej stronie, zaraz pod grzywką. Nierównomierny, wręcz liniowy, kształtny. Miał wrażenie, jakby już kiedyś go odczuwał, ale nie przypominał sobie tego. Może coś mu się przyśniło?
– Jesteś pewny? Nie wyglądasz najlepiej. Jak chcesz, zaprowadzę cię do Skrzydła… – Hermiona zmarszczyła brwi, odbicie troski zabłysło w jej orzechowych oczach.
– Nic mi nie jest, to pewnie zaraz przejdzie…
– Panie Potter, chce nam pan coś powiedzieć? – ociekający zaciekawieniem głos profesor McGonagall dotarł do uszu Wybrańca. Minerwa odwróciła się od tablicy, odkładając kredę na biurko. Zmarszczyła brwi, widząc skrzywioną twarz ucznia i rękę Hermiony, która błyskawicznie wystrzeliła w górę. Harry uraczył przyjaciółkę bynajmniej nieprzypadkowym kopniakiem w goleń, na co ta jednak nie zareagowała.
– Tak, panno Granger?
– Pani profesor… – Gryfonka przesunęła się lekko – Harry’ego boli głowa. Czy mogłabym go zaprowadzić do Skrzydła Szpitalnego?
Zmarszczone brwi zawsze można zmarszczyć bardziej, a żywym dowodem tego była Minerwa McGonagall.
– Nie jest pan w stanie uczestniczyć w lekcji, pani Potter?
– Nic mi ni…
– Nie jest w stanie, pani profesor. – Hermiona rzuciła Wybrańcowi karcące spojrzenie, którego ten nie zauważył, dotykając czoła w kolejnym przypływie bólu.
Czoła.
Minerwa znała ten gest, wiedziała, co oznaczał. Swego czasu był wręcz naturalny, częsty, niezaskakujący. Ale nie w tym świecie. Nie miał prawa, ba, możliwości się pojawić. Taki ból wywoływała obecność tylko jednej osoby. A, jakby nie było, owa osoba nie żyła już od dobrych piętnastu lat. To przeczyło wszelkim zasadom – On nie mógł powstać z martwych, nie mógł cofnąć wyroku śmierci…
Tak? – szepnął cichy głosik w jej głowie – A ty mogłaś cofnąć Czas?
Jednak dobrze się stało, mówiła sobie. Tłumaczyła, przekonywała, musiała wierzyć, że to było jedyne wyjście, że nie znalazłaby lepszej drogi. Teraz pojawiły się wątpliwości, nie pierwsze, ale jak najbardziej namacalne.
– Dobrze, panno Granger, proszę zaprowadzić Harry’ego do Skrzydła…
A co jeżeli…? Nie, nie, to niemożliwe. On nie powstał, Severus by wiedział, jego Znak by wiedział. Paliłby. On nie miał do kogo wracać – wszyscy śmierciożercy albo nie żyli, albo się go wyparli. Bez grona wyznawców byłby bezradny, bezsilny. Przecież został pokonany. Minerwa znała moc własnych zaklęć, a Avady nie można rzucić tylko „w połowie”. Skoro nie On, co innego? Jedno wykluczyła od razu – bolące czoło Pottera, w tym konkretnym miejscu, na pewno nie było przypadkiem. W życiu Wybrańca takowe się nie zdarzały. Nie ma potrzeby od razu zakładać najgorszego, powiedziałby Albus. Ale zakładając najgorsze, trudno się potem rozczarować.
– I z nim zostać. – dodała, gdy dwójka uczniów zamykała za sobą drzwi. Hermiona tylko skinęła głową.
Oczywiście, profesor McGonagall panikę uznawała za wysoce niewskazaną. Może ból minie, może to przemęczenie. Nie mogła od razu podrywać na nogi całego magicznego świata, twierdząc, że Czarny Pan wrócił. Nawet on nie posiadł mocy wystarczającej do zmartwychwstania. Żyła po nim tylko pamięć… prawda? Pozostało jej trzymać się tej myśli i wrócić do zajęć. Rozszerzone źrenice u siedzących przed nią Gryfonów uparcie jej o tym przypominały. A zaraz po dzwonku porozmawia z Severusem.
Zapyta go, czy czegoś nie wyczuł, nie zauważył. Przezorny zawsze ubezpieczony, czyż nie? Musiała samą siebie jeszcze przekonać, że wcale nie wykazuje oznak paranoi. Ale co mogła zrobić?
Przyznać się?
Zakłóciła bieg zdarzeń, złamała jedno z najważniejszych praw. Obiecała nieprzyjemnemu głosikowi, który coś mruczał z tyłu głowy, że powie to swojemu lustrzanemu odbiciu, jak tylko wróci do komnaty. Wiedziała, że wyznanie zapoczątkuje przełom – nie miała pojęcia, czy aby na pewno w dobrą stronę.
Co innego myśleć o znaczeniu, konsekwencjach własnych czynów. Co innego przyznać to na głos. Przed samym sobą.

****

Skrzydło Szpitalne nie należało do najprzytulniejszych miejsc w Hogwarcie – białe i sterylne, surowe. Rzędy metalowych łóżek ciągnęły się pod nagimi ścianami, gdzieniegdzie urozmaiconymi przez średniej wielkości okna. Nikomu jednak nie przyszłoby do głowy, że w tym świętym przybytku pani Pomfrey nie poradziłaby sobie nawet z najbardziej zaawansowanymi urazami. Każdy podświadomie czuł, że gdyby mu odpadła głowa, nieznająca granic swoich medycznych zdolności Poppy, umiejscowiłaby ją z powrotem we właściwym miejscu. Harry nie wyróżniał się w tym wypadku spośród „wszystkich”, dlatego nie zdziwił się, że sam dotyk ciepłej dłoni pielęgniarki podziałał kojąco na jego obolałe czoło.
Przełknął kilka eliksirów, dziesięć razy zapewnił, że czuje się całkiem dobrze i wymógł na pani Pomfrey możliwość odwiedzin, gdy wyraziła absolutny zakaz opuszczania przez niego łóżka. Przestał się zastanawiać nad powodem wcześniejszego bólu, przypuszczając, że był on skutkiem małej ilości snu. Ostatnio koszmary nawiedzały go coraz częściej – dziwne koszmary, niezrozumiałe, ale pełne wręcz monstrualnego przerażenia. Odczuwał w nich nieznaną dotąd tęsknotę, wymieszaną z ogromem samotności i smutku, którego doświadczają jedynie ludzie, znający pojęcie „strata”. Miał przed oczami krwawy blask śmiercionośnego zaklęcia, słyszał głuchy odgłos ciała, upadającego na posadzkę. Pokrzywiona w nieludzkim wyrazie twarz na dobre wyryła się w jego pamięci, dopełniając koszmarnych wizji zimnym śmiechem. Wyraźnie odróżniał w nich nuty wściekłości, brzmienie obrzydzenia. Miał wrażenie, że krwiste oczy przyglądają mu się, gdy śpi, raz przekazując nieposkromioną wściekłość, to znowu bezradność. Czując na sobie rażący czerwienią wzrok, gwałtownie zrywał się, tłumiąc wrzask, a jedynym świadkiem jego niepokoju była blada powierzchnia księżyca.
Przeglądał właśnie książkę o quidditchu, którą dostał od Hermiony, gdy próg Skrzydła przekroczyła ognistowłosa postać Ginny Weasley.
– Harry! – jej pełen wyrzutu głos rozniósł się po pomieszczeniu – Wszystko w porządku?
Przysunęła sobie stołek, niepewnie wpatrując się w czoło przyjaciela. Rude pasma założyła za uszy, które barwą coraz bardziej przypominały dojrzałe truskawki.
– Wiesz, jak się martwiłam? Każdy przekazuje inną wersję zdarzeń, a co jedna, to gorsza.
– To było chwilowe… Zwykły ból głowy. – przerwało mu ciche skrzypienie drzwi. Wybraniec zerknął na wejście, z którego wyłoniła się platynowa czupryna Malfoya i, czyżby go Godryk zmylił, Blaise Zabini. Ginny odwróciła się na odgłos kroków i wyprostowała gwałtownie, dostrzegając drugiego z odwiedzających. Jej uszy poczerwieniały jeszcze bardziej, cała sylwetka nienaturalnie napięła.
– Ładnie to tak mdleć na transmutacji, Potter, ty symulancie? – Malfoy zaskakująco szybko znalazł się przy łóżku Gryfona – Wyobraziłeś sobie, że już więcej mnie nie zobaczysz i cię zamroczyło? Oszczędź sobie tak makabrycznych wizji, wiem, że to byłby cios.
Głowa otoczona wachlarzem kasztanowych loków zaglądnęła do środka pomieszczenia.
– I przyszło moje słońce. – Hermiona zamknęła drzwi Skrzydła. Obojętnie zlustrowała sylwetkę Dracona, zagłuszając irracjonalną chęć zatopienia palców w jego platynowych włosach – Lepiej ci, Harry?
Wybraniec zawiesił na niej wcześniej rozbiegany wzrok, powoli skinając głową. Nieco zdziwiła go wizyta tylu znamienitych osobistości i to w tym samym czasie, ale nie mógł powiedzieć, że zamierzał na powyższy fakt narzekać.
– Więcej was matka nie miała? – syknęła Ginny, nienawistnie wpatrując się w wyprostowane sylwetki Ślizgonów.
– O to samo mógłbym zapytać ciebie, Weasley, więc siedź cicho i daj mi się zająć Potterem. – Draco zaczął oglądać poszczególne butelki, stojące na szafce przy łóżku. Co jakiś czas kiwał głową, mrucząc „analgeticum, no tak” albo „nootropicum, prawidłowo”.
– Jak ty się nim zajmiesz, to nigdy stąd nie wyjdzie. – Hermiona przysiadła przy nogach Harry’ego.
– Mam tu coś dla ciebie od… kogoś. – podała mu pudełko Czekoladowych Żab.
– Podziękuj komuś. – Gryfon uśmiechnął się nieznacznie, majstrując przy opakowaniu.
– Nie ma sprawy. – zapewnił Malfoy, biorąc do ręki następną fiolkę. Ruch, choć nieznaczny, uspokajał go. Blaise opowiedział o „wypadku” Pottera w tak makabryczny sposób, że Draco nie miał pewności, czy zastanie w Skrzydle cokolwiek poza krwawą papką. Zabini natomiast zmarkotniał nieco, widząc, że poszkodowanemu nic nie jest i, co więcej, odwiedza go panna Weasley. Pocieszał się faktem, że Harry bardziej skupiał się na Czekoladowych Żabach i Hermionie niż kimkolwiek innym. To z kolei sprawiło, że Malfoy był wyraźnie niepocieszony.
– Może zwróciłaby Wasza Wysokość uwagę na swego najwierniejszego towarzysza? – Draco założył blade ręce na piersi – Rozumiem, że plebs również trzeba obdarzać zainteresowaniem dla zachowania pozorów, ale bez przesady.
– Zapamiętam sobie. – Harry kiwnął głową, którą zaraz zanurzył w pudełku z Żabami, starając się znaleźć tą jedyną. Widząc uniesioną brew Malfoya, dodał – Właśnie wcielam w życie twoje słowa.
Odgryzł czekoladową głowę, podsuwając pudełko Hermionie, która nieznacznie pokręciła głową. Spojrzała na obrażonego Ślizgona, znowu zajmującego się kolorowymi fiolkami. Pojawił się tu, przyszedł, choć nikt go o to nie prosił. Jego zachowanie świadczyło o jednym – przyjaźń z Harry’m traktował na poważnie i najwyraźniej martwił się o Wybrańca, jak zwykle chowając uczucia za kpiącymi odzywkami. Podziwiała ostro zarysowaną szczękę Malfoya, platynowe sploty włosów rozwichrzone na głowie. Stal przejmowała kontrolę nad błękitem w jasnych oczach, które raz po raz zerkały na Wybrańca, pochłaniającego Żaby. Szata Slytherinu leżała idealnie na jego lekko umięśnionym, szczupłym ciele. Każdy, nawet najmniejszy ruch wydawał się wyważony, pełen niewystępującej u nikogo innego gracji. Uznała, że sprawdziłby się świetnie jako tancerz. Może nawet już się sprawdzał, kto go tam wie? Długie palce, subtelne i delikatne, przekładały fiolki z lekarstwami. Nigdy nie widziała go w stanie nieogarnięcia, zawsze perfekcyjny, dystyngowany. Zgrabny w ruchach, odważny w słowach, koci. A do tego wcale niegłupi.
Zerknęła na starte trampki, zdobiące jej stopy, przeczesała lekko potargane włosy. Czy ktoś taki, jak Malfoy, zwróciłby uwagę na osobę jej pokroju? Ani urodzenie, ani uroda nie wyróżniały panny Granger spośród innych. Zwykle siedziała w otoczeniu swoich nieodłącznych kompanów – grupki starych przyjaciół i stert książek. Właściwie, jakie to miało znaczenie? Był Ślizgonem, zarozumiałym i aroganckim, przecież nie zwracała na niego większej uwagi. On na nią też nie.
Ale akurat ta myśl wywoływała nieprzyjemne drapanie gdzieś w środku.
Zamyśloną ciszę, panującą w Skrzydle, przerywała tylko niezobowiązująca rozmowa Harry’ego z Ginny, która za wszelką cenę starała się nie zwracać uwagi na czarnoskórego osobnika, czającego się gdzieś za nią. Co niespotykane u Zabiniego, nie odezwał się on ani razu od swojego przybycia. Szczerze wątpiła, czy kiedykolwiek zdarzyło mu się powstrzymać od wydawania jakichkolwiek dźwięków na czas tak długi, jak, uwaga, pełne dziesięć minut. Nie dziwiła się Malfoy’owi czy Hermionie, którzy, z tego, co wiedziała, nierzadko wpadali w stan milczącego zamyślenia, szczególnie w ostatnich czasach, ale Blaise? Nie mogła wymyślić żadnego sensownego powodu jego obecności w Skrzydle, a jedyny, jaki jej przychodził do głowy, starała się usilnie z niej wyrzucić. Owe próby przychodziły jednak z marnym skutkiem, powodując pogłębienie się czerwieni, która zdążyła już całkiem ogarnąć uszy panny Weasley. To tylko moje chore wymysły – powtarzała nieustannie, starając się uspokoić pędzące myśli. Nie chciała się przyznać, że „wymysły” powinna raczej zamienić na „nadzieje”.
– Szanowni zgromadzeni… – niski głos, na dźwięk którego Ginny aż podskoczyła, rozniósł się po pomieszczeniu – Czy wasze gryfońskie zwyczaje nakazują wam siedzieć w takiej męczącej ciszy? A może podjęliście się słownego celibatu?
Nie dostawszy żadnej odpowiedzi, kontynuował.
– To miało oznaczać „nie”? Doprawdy, nie rozumiem, Dracze, co ty w nich widzisz.
– Diable… – Malfoy nad wyraz powoli dobierał słowa – Zakładam, że to twoje milczenie zaskoczyło wszystkich tu obecnych, wliczając mnie.
– A co w tym takiego dziwnego?
Wszyscy jak jeden mąż wspomnieli nieustraszonego Blaise’a, który zawsze miał coś do powiedzenia. Niezależnie od tego, czy akurat trwała szkolna uroczystość, wizytacja z ministerstwa, powitanie delegacji uczniów – każdemu doniosłemu wydarzeniu towarzyszyły ciche komentarze albo nucone pod nosem piosenki. Dla przykładu, Madame Maxime z Akademii Magii Beauxbatons niezbyt radośnie zareagowała na przytyki odnośnie jej wzrostu i cierpliwe wskazówki, w którym miejscu zoo zazwyczaj znajdują się wybiegi żyraf. Karkarow natomiast, dostąpił zaszczytu wysłuchania zapierającego dech w piersiach wykładu na temat zalet zgolenia kilkuletniego zarostu. Zabini nie omieszkał zauważyć, że dyrektor Durmstrangu pewnie urodził się z brodą i spytał, czy bardzo łaskotała jego matkę podczas porodu. To wystarczyło, aby zrazić wyżej wymienione persony z zagranicznych instytucji magicznych, dlatego zaraz po otwarciu Turnieju Trójmagicznego w roku bieżącym, zamknęli się w gościnnych komnatach Hogwartu, które opuszczali jedynie z uczniami, chcącymi wrzucić karteczki z nazwiskami do Czary.
– Nic. – wymamrotał Harry, rozgryzając ostatnią Żabę – Absolutnie nic.

****

Siedzieli pod jedną ze ścian Pokoju Życzeń, z niepokojem wpatrując się w dymiącą miksturę. Niebieskawe macki dymu nieśmiało łaskotały ich napięte oczekiwaniem policzki. Oplatały nogi, zagłębiały się w skrzywienia szat. Niepewnie zbliżały się do herbów poszczególnych Domów, naszytych na ciemnych szatach. Lew Gryffindoru dumnie spoglądał na niegroźną mgłę, ślizgoński wąż zmrażał ją spojrzeniem. Byli zjednoczeni – czerwień przy zieleni, ogień przy wodzie, odwaga przy sprycie. Byli niewinni. Tuż obok siebie.
Ciemne oczy panny Granger nerwowo spoglądały na zegarek, odliczając mijające sekundy. Stalowe spojrzenie skupiło się na pochylonej sylwetce Gryfonki, korzystając z faktu, że go nie zauważa. Natomiast ręka Wybrańca spoczywała na jego brzuchu, który dawał właścicielowi jasno do zrozumienia, że Czekoladowe Żaby postanowiły trochę w nim poskakać. Chłopiec, Który Przeżył wysyłał pod adresem owego „kogoś”, od kogo otrzymał smakołyk, litanię przekleństw, jakiej nie powstydziłby się żaden Ślizgon.
– Hermiono… to na pewno dzisiaj? – cichy szept Harry’ego zakłócił niezmąconą dotąd ciszę. Gryfon powstrzymywał się przy tym od głośnego beknięcia, które wydawało się mało stosowne, biorąc pod uwagę powagę sytuacji.
– Nie pomyliłabym się. – odparła panna Granger, uparcie wpatrując się w tykające wskazówki.
– Zdążyłem już zauważyć, że raczej w to wątpię? – Malfoy założył ręce za głowę, przeciągając się rozkosznie. Hermiona starała się nie zauważać, jak jego koszula podjechała w górę, odsłaniając część płaskiego brzucha i wyraźnie zarysowaną literę V.
– Jakoś sobie nie przypominam. – mruknęła, ignorując nagłe gorąco, które ją ogarnęło – No, może poza tymi dziesięcioma razami w ciągu ostatnich dwóch minut.
– Dziesięcioma? Jestem przekonany, że było ich co najmniej piętnaście.
– Licząc poprzednie dwie minuty, owszem. – Hermiona wsunęła kilka loków za ucho, odsłaniając bok twarzy, już po chwili ponownie zakryty przez niesforne pasma. Ręka Dracona drgnęła, chętna do ich odgarnięcia.
– Głupia. – mruknął, przyciskając ją mocniej do ściany.
– Co proszę? – panna Granger pierwszy raz od wejścia do Pokoju podniosła wzrok znad tarczy zegarka. Harry tylko westchnął, mając dziwne przeczucie, że na to pytanie nie ma dobrej odpowiedzi.
– Opary znikają. – Malfoy uśmiechnął się szeroko, zwycięsko wychodząc z sytuacji.
Rzeczywiście, niebieskawe pasma mgły cofały się, rozwiewały, gotowy już eliksir przestał dymić. Przychodź – Wychodź, wyglądający przez ostatnie tygodnie jak sauna parowa, wreszcie powrócił do swego pierwotnego stanu, w jakim wyobraziła go sobie Hermiona. Widzieli wyraźnie tytuły książek na najbliższej półce, drewniane stoły przestały przywodzić na myśl otoczone oparami potworne sylwetki. Nagła przejrzystość aż ich poraziła, bo przez dobre trzydzieści sekund nikt nie ruszył się z miejsca.
– To znaczy, że już? – zagadnął Harry, chcąc się upewnić, że obraz przed jego oczami to nie przywidzenia, spowodowane niezadowalającą kondycją brzucha.
Hermiona skinęła głową, podnosząc się z kamiennej posadzki. Zaglądnęła do kociołka i odchyliła się z zadowoleniem, obserwując szarawą, mętną ciecz, wciąż nieznacznie falującą. Ostatni raz otworzyła księgę, sprawdziła, czy niczego nie pomyliła (chociaż, oczywiście, nie miała co do tego wątpliwości, to Malfoy ze swoimi nieuzasadnionymi przypuszczeniami pewnie by podobnego zachowania oczekiwał) i srebrną chochlą nalała płyn do stojących nieopodal kubków.
– Mam wam wysłać zaproszenie? – prychnęła, wskazując na naczynia – Przez posła czy sowa wystarczy?
– Jakbyś była łaskawa osobiście. – Ślizgon podniósł się z podłogi, nieufnie podchodząc do szklanic napełnionych eliksirem. Zaraz za nim kuśtykał Harry, zastanawiając się, jak zareaguje jego żołądek na kolejną dawkę magicznych substancji.
– To jest konieczne, prawda? – Gryfon skrzywił się, gdy do jego nozdrzy dotarł wątpliwej jakości zapach mikstury.
– Bez niego zaklęcie nie zadziała. A już na pewno nie utrzyma się wystarczająco długo. – Wybraniec skinął głową.
– Nie ma odwrotu, Potter. – mruknął Draco, z nieodgadnionym wyrazem twarzy wpatrując się w mętny płyn – Za daleko zaszliśmy, żeby teraz się wycofać.
– Jeśli się uda, już za dwa dni jedno z nas zostanie przedstawicielem szkoły. – Hermiona wzięła kubek do ręki, skupiając się na wszystkim poza wonią eliksiru. I Malfoy’em.
– To się wydawało takie nierealne jeszcze miesiąc temu. – Harry zapomniał o swoich dolegliwościach, ściskając w dłoni ciepłą szklankę.
– Ale przyznajcie, że wiecie, które nazwisko wybierze Czara? – Ślizgon uśmiechnął się nieznacznie – Na jedyną godną tego personę wołacie „Malfoy”.
– Ja bym się za wiele nie spodziewała na twoim miejscu, jeszcze się rozczarujesz. – panna Granger nieopatrznie spojrzała prosto w stalowe tęczówki, które bynajmniej nie zamierzały przerywać tego rzadkiego kontaktu.
– Oj, zapewniam cię, Granger, ja się bardzo rzadko rozczarowuję. Czuję w trzewiach, że tym razem również się nie zawiodę. Na razie widzę same plusy.
Hermiona spuściła wzrok, modląc się, żeby gorąco na twarzy nie oznaczało zarumienienia.
– Do dna, panowie. – podniosła kubek, kiwając im głową.
– Do dna.

****

Szaleńcze krzyki.
Śmiech.
Pogarda.
Wyższość.
Ciało kuzyna znikające w ramionach śmierci.


Z drgających ust wydostał się niechciany jęk. Wychudłe dłonie zakryły ciało wcześniej odrzuconą kołdrą. Sen. To był tylko sen.
Ale lewa ręka nosiła na sobie niezmywalne znamię kiedyś popełnionych grzechów.




 Z powyższego specjalnie zadowolona nie jestem, wena ma kaca, a Moc poszła się paść. W każdym razie ostateczną ocenę pozostawiam tym, którzy tu wpadną. Jakiś znak na dowód Waszej obecności bynajmniej mi nie zaszkodzi, żeby nie było wątpliwości :D
  Udanej reszty tygodnia, ludziki, niezależnie od tego, w którym jesteście Domu

Vi

9 komentarzy:

  1. Oj dopiero dzis mogłam przeczytać, bo byłam parę dni odcięta od cywilizacji, a o żadnym internecie nie było mowy :d Czuję sie jakbym powstała z martwych xd
    Początek bardzo niepokojący i intrygujący. Po przeczytaniu nasuwa mi się dużo pytań, ale trochę się obawiam snuc jakieś teorię, zeby nie wyszło na jaw, jak daleko jestem od prawdy :D Poczekam z tym aż uraczysz nas jakaś wiekszą dawką informacji.
    Genialny opis bólu głowy u Harry'ego i nawiązanie do miejsca, gdzie powinna być jego blizna... wychodzi na to, że czas jest silniejszy niż którekolwiek z naszych bohaterów. Najwyraźniej alternatywna linia zdarzeń pozostawiła niewidoczne dla ludzi blizny, mimo że przecież po działaniach Snape'a i Minerwy żadne z tamtych zdarzeń nie miało miejsca. Kurcze, nie wiem co mysleć, ale dobre to jak cholera. Już nie mogę się doczekać aż wyjawisz, do czego to wszystko zmierza xd
    Dla Minerwy bardziej iepokojaca jest mozliwość powrotu Czarnego Pana, co jest zrozumiałe bo juz widziała Pottera łąpiącego się za czoło, ale ja się bardziej uczepiłam tego, ze on się zachowuje, jakby tam była jakakolwiek blizna, a przecież to zostało zmienione...
    Możliwe, że teraz ona i Sev poniosą konsekwencje tego, ze w ogóle nie skonsultowali się z Albusem, kiedy podjęli decyzje o likwidacji Voldemorta W końcu nie mogli wiedzieć o horkruksach, a z tego wynika, ze w twoim opowiadaniu historia Voldemorta pozostaje kanoniczna i horkruksy rzeczywiscie były i teraz pomogą Voldemortowi odzyskać pełnie mocy.
    "Oczywiście, profesor McGonagall panikę uznawała za wysoce niewskazaną." - bardzo mi to do niej pasuje, nawet sposób w jaki to ujęłaś.
    Myślę że powinna wyjawić Dumbledorowi prawdę, w końcu on zawsze wiedział co robić, a i mózg miał nie od parady. Nie zdziwiłabym się, jakby jakimś cudem w tym swoim geniuszu, czekoś się domyślał.
    Jestem bardzo ciekawa, jak Harry by zareagował gdyby to on dowiedzial sie prawdy i tego, jak miało być.
    Draco i jego ironizowanie przyjemnie rozjaśniło mrok tego rozdziału :D
    A niepokój Zabiniego o fakt, ze Ginny odwiedza Pottera nasilił moją nadzieję na jakieś miłe Blinny <3 Wgl relacja Pottera z Draco jest strasznie fajna, urocza i taka autentyczna. Malfoy wydaje sie nawet troche zaborczy, kiedy w grę wchodzi Harry, jak nie dość że od razu chciał się nim zająć i skontrolował jakie dostał eliksiry, to jeszcze się bulwersuje, ze Harry nie zwraca na niego dość dużej uwagi :D I uwielbiam opisy wyglądu Draco, nigdy nie będę miała tego dosć. Jak tylko sie pojawia to od razu mi tańczy przed oczami, taki piękny, blady i perfekcyjny.
    A no i przez ciebie i wspomnienia docinków Zabiniego, nie mogę wyrzucić z głowy obrazu brodatego noworodka, wielkie dzięki xd
    "Ręka Dracona drgnęła, chętna do ich odgarnięcia." O Jezu <3 Rozwaliłąś mnie tym
    Mam nadzieję, ze cały plan się powiedzie. Już się nie mogę doczekać następnego :)
    Ogólnie rozdział bardzo udany, wiec nie wiem co tam mamrotałaś w dopisku :D Ale na wszelki wypadek życzę kilogramów, ton, ciężarówek weny. I Mocy, bo Moc zawsze potrzebna.
    Porszę o wybaczenie mi wszelkich popełnionych przeze mnie literówek i pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie na takie komentarze się czeka w mrokach nocy, obserwując prawie nierosnący licznik wyświetleń... Sprawiasz mi przeogromną radość tymi wszystkimi rozważaniami, dziękuję serdecznie, że znajdujesz czas, aby się ze mną nimi podzielić.
      Co do samego rozdziału, konsekwencje na pewno się pojawią, a i pomoc Albusa mogła by okazać się nieoceniona, ale dwójka naszych profesorów stała się niebezpiecznie samodzielna. W końcu znamy Dumbledore'a z tego, że cokolwiek się stanie, zawsze wymyśli jakiś podniosły tekst, zawierający starczą mądrość, nieomylną i jakże trafną.
      Bardzo się cieszę, że odbierasz relację Harry - Malfoy w taki właśnie sposób. Natomiast Zabini tworzy w swojej główce przeróżne diaboliczne plany, niby sam Diabeł, dlatego można się spodziewać od groma szalonych scenariuszy, może nawet pomysłu na miłość... A brodaty noworodek i mnie nie chce opuścić, więc nie jesteś w tym sama :D

      Wzajemnie życzę i Mocy, i weny
      Pozdrawiam gorąco

      Vi

      Usuń
  2. Dotleniłam się i wróciłam, teraz pora na rozdział.

    Ja wcześniej rozważania McGonagall były nijakie i niespecjalnie do mnie przemawiały, tak w tym rozdziale są one rzeczywiście dobrze napisane, nie nużą mnie, może dlatego, że pojawiają się w nich jakieś wątpliwości, że Minerwa jednak gdzieś zdaje sobie sprawę, że mogła zwieść, coś mogło się nie udać; tekst zasługujący na uwagę. Widać, że z kolejnymi rozdziałami idzie Ci lepiej i wiesz, czym zaintrygować czytelnika. Przynajmniej mojego pokroju.

    Zwracam uwagę na pierwszy fragment, ten najwyższy, bo to jest kawał genialnego tekstu i tu nie można się czegoś przyczepić; pojawia się w nim ta groza, której nie oddają wszystkie zakończenia minionych rozdziałów, krwawe oczy, odór śmierci, złowieszcze śmiechy, woń zamordowanych ciał... Wszystko to nic w porównaniu z tą częścią, bo to ona dopiero sprawia, że poczułam wyraźniej klimat tego opowiadania. Ta istota, sposób, w jaki ją opisałaś, on jest wyjątkowo dobry, nie żeby poprzednie deskrypcje nie były, ale on ma w sobie to coś, czego wcześniej nie mogłam się doszukać. Mówiłam już kiedyś, że od dziecka panicznie boję się Golluma? Nie? No to teraz mówię, szczególnie sceny, gdy w kopalni Morii najpierw pojawiają się jego palce chwytające się drabiny, a potem wyłaniają te kaprawe ślepia; spać nie mogłam przez to nocami. Dlatego ten fragment jest naprawdę zaskakująco dobry i niczego mu nie brakuje. Innymi słowy opowiadanie rośnie w moich oczach.

    Co do bólu głowy Harry'ego... No nie wiem, jakoś mam mieszane uczucia, a już tym bardziej do licznej grupy odwiedzających go w Skrzydle Szpitalnym. Jakoś tak się złożyło, że nie dostrzegłam w nim niczego zaskakującego, co wcale nie znaczy, że nie ma on potencjału. Po prostu z mojej perspektywy najbardziej udał się w nim koniec, czyli wszystko, co dotyczyło Zabiniego, którego bardzo lubię. Szczególnie wzmianki o Madame Maxime i Karkarowie. Jakoś humor Blaise'a trzyma się mnie wyjątkowo ;)

    No i jak się okazuje, jednak nie będzie Pottera w spódnicy, a szkoda, a może i nie, bo mogłoby być ciekawie. Nie znaczy, że jednak nie będzie. Tylko jeśli to nie Severusa dotyczą mroczne wizje senne, to znak, że moja dedukcja smacznie sobie śpi i nie zanosi się, żeby miała wstać.

    Oczywiście najważniejsze przemyślenia idą na koniec, czyli kogo wybierze Czara z trójki, póki co najważniejszych, bohaterów. Mogłabym w ciemno obstawić, że będzie to Harry, w końcu blizna (której nie ma, ale jednak się odzywa - hej! a może to zwykły pryszcz formujący się pod skórą? Mnie czasem też tak boli, a potem... sama dobrze wiesz, co się dzieje w takich przypadkach.), czające się gdzieś zło w postaci obślizgłej istoty (nigdy więcej Golluma przed snem), no i jest Wybrańcem, a przeznaczenia nie da się do końca zmienić, mimo ingerencji w przeszłość. Z drugiej jednak strony coś mnie pcha w kierunku Hermiony. Nie wiem co, może to zwykłe przeczucie, jakieś niesformułowane wnioski z wcześniejszych rozdziałów; jest coś, co mi mówi, że panny Granger nie powinno się wykluczać. Natomiast Malfoy... Przepraszam, ale on i jego idealna fryzura, biała koszula prana codziennie w Vizirze (bielsza już przecież nie będzie) i ciało, jakby mu je Michał Anioł w marmurze dłutem haratał, pasują mi najmniej i dziwnym trafem nie dostrzegam możliwości, jakoby on mógł zostać wybrany przez Czarę. Zresztą sama chyba rozumie, że za dużo by naraziła, chcąc umożliwić mi start w Turnieju. Poczekamy, zobaczymy, z pewnością na werdykcie się nie zawiodę.

    Ruszam dalej, oczywiście z przerwą na petunię, i widzimy się pod ostatnim (chyba, bo nie jestem pewna) rozdziałem,
    Realistka

    PS Błędów nie ma albo ich nie widzę. Jest coraz lepiej i bardzo mnie to cieszy, mimo że moich wskazówek jeszcze wtedy nie znałaś. Taki mały egoista się we mnie odzywa :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ulga leje się z nieba, cieszę się niezmiernie, że wreszcie przedstawiłam Minerwę i jej wątpliwości trochę lepiej. Co do samego Golluma, strach przed nim również mi towarzyszy, chociaż nie jest mój własny, ale siostrzany. Lubię ten fragment, dlatego bardzo mi miło, że Tobie również przypadł do gustu i właściwie oddał to, co tak usilnie staram się przekazać.

      Skoro humor Blaise'a się Ciebie trzyma, mogę to uznać za przynajmniej połowę sukcesu. Sama scena w Skrzydle, w moim odczuciu, wyszła trochę dziwnie, ale co innego robić, jak rozwijać się metodą prób i błędów.

      O wizjach może lepiej wypowiadać się nie będę, żeby nie zdradzić za dużo. Wiadomo, jak jest, zbytnia rozwiązłość jeżyka w niektórych przypadkach nie sprawdza się za dobrze.

      Niestety wiem, co się dzieje, gdy te małe, wredne przygotowują się do "skoku". Pozostaje mi tylko ufać, że wybór Cię nie rozczaruje :D

      Dziękuję serdecznie za powyższe,
      Vi

      Usuń
  3. Comeback Oli!!!
    Jestem zachwycona, jak zawsze.
    I pełna podziwu, zważając na to, że sama nie potrafię napisać ładnego komentarzyka.
    Nie umiem również dać ci rad jak osoby wyżej, bo albo jestem za tępa aby ewentualne błędy zauważyć, albo ich nie ma. Chociaż muszę przyznać, że ten rozdział wciągnął mnie bardziej, niz poprzednie.
    /Twoja Ukochana Ola

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jejku ze złego konta poleciał komentarzyk, no trudno

      Usuń
    2. Pozostaje mi się tylko cieszyć, że wciągnął. A nawet komentarzyk się udał...

      Twoja Ukochańsza,
      Vi

      Usuń
  4. Nie wiem co to za głupoty, ze wena Cię opuściła! Rozdział świetny i do tej pory najciekawszy moim zdaniem. Zazdroszczę umiejętności budowania opisów, ja jestem pokrzywdzona pod tym względem :D
    Ściskam,
    Mary!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba nie muszę zaznaczać, jak bardzo się cieszę, że coś tam jednak przypada do gustu. Z tymi opisami nie przesadzajmy, jak kiedyś będę z któregoś naprawdę zadowolona, to dam znać :D

      Pozdrawiam serdecznie.
      Vi

      Usuń