wtorek, 7 marca 2017

3. Znany przyjaciel

— Co. — Nie, nie denerwowała się, bynajmniej. Zero agresji. Istna oaza spokoju. Z niewielkim ładunkiem wściekłości.
O sile rażenia pokaźnego pocisku atomowego.
— Przecież mówiłem, że znany… znany przyjaciel. — Harry kulił się w fotelu, z niepokojem obserwując gwałtowne ruchy i kołowy marsz przyjaciółki.
Minęły dwa dni od ich umowy odnośnie Turnieju Trójmagicznego. Dwa dni, w czasie których panna Granger nie zadawała niewygodnych pytań. Aż postanowiła się dowiedzieć, kto jest trzecim entuzjastą planu.
— Znany przyjaciel?! Zarozumiały, sarkastyczny, zrzędliwy arystokratyczny tyłek, a nie przyjaciel! Jak ty… Jak w ogóle mogłeś pomyśleć, że będę robić cokolwiek, co obejmie przebywanie przy tym gadzie w odległości mniejszej niż pięć metrów? — Hermiona znowu minęła kominek, szybkim krokiem okrążyła fotele i wytartą kanapę, aby powtórzyć tę trasę raz jeszcze.
— Nikt nie mówił, że musisz się do niego zbliżać…
— Zbliżać? Jedyny pewny sposób na osiągniecie celu wymaga, powiedzmy, bliskości. — Kolejne okrążenie.
— A jaki to sposób? — Harry wyprostował się nieco i oparł stopy na podłodze. — Nie zdążyłaś mi go zdradzić.
Wdech i wydech, wdech i wydech…
Właściwie, nie powinna się denerwować. Nie powinna, bo sytuacja wcale nie wyglądała tak źle. Nie mogła powiedzieć, że lubiła Malfoya — po prostu go nie znała. Cztery lata w tej samej szkole nic nie znaczyły, bo, pomijając fakt Gryffindoru i Slytherinu, odwiecznych wrogów, Hermiona żyła w całkiem innym świecie. Pochodzenie z mugolskiej rodziny kiedyś stałoby na pierwszym miejscu, ale przestano na to zwracać uwagę już ponad dekadę temu. Drogę blokowało coś diametralnie innego — Malfoy obracał się w swoich podejrzanych (według większości Gryfonów) kręgach, arystokrata, który zawsze dostawał to, czego chciał. Pannę Granger wychowywano w mniej bezstresowy sposób. A może po prostu normalnie.
Cały czas dziwiono się z faktu niekrytej przyjaźni Dziedzica Slytherinu z wiernym Gryfonem, samym Chłopcem, Który Przeżył. Jedynie Harry stanowił zaprzeczenie dla wszelkich teorii spiskowych dotyczących Dracona i stanowczo je potępiał. W Mafoyu było coś, niewyczuwalnego dla większości, co przyciągało Hermionę z wręcz Gryfońską zawziętością. Kochała wszystko to, co piękne, a on zdecydowanie zasługiwał na takie określenie. Wykraczające poza wszelką miarę poczucie estetyki u panny Granger, sprawiało, że niektóre obiekty (łącznie z ludźmi) mogła obserwować godzinami, nie nudząc się przy tym ani trochę. Jakby zaklęto w nich coś niepojętego, czego ludzki rozum nawet nie powinien próbować ogarnąć, bo nie byłby w stanie. Mówi się, żeby nie oceniać książki po okładce. Ale czy to nie okładka często jest tym, przez co kupujemy książkę?
Fascynował ją już od pierwszej klasy. Pamiętała go, małego, niewinnego chłopca, który swoimi wielkimi oczami starał się ogarnąć cały ogrom świata. Miał wtedy krótsze włosy, gładko uczesane. Z czasem zaczął nosić je rozwichrzone, ale nawet ta kropla nieładu wydawała się idealna. Pamiętała, jak rozmawiał z innymi dziewczynami. To rosnące uczucie zazdrości, że nie jest na ich miejscu, nie może go poznać. Chyba nie miała wystarczająco dużo odwagi. Albo od początku widziała we wszelkich staraniach brak sensu. Po co rozpoczynać coś, co i tak by nie wyszło?
Mimo wszystko, lepiej żałować kiedyś podjętych decyzji, niż tych, na które się nigdy nie zdecydowaliśmy.
Żałowała. Że nigdy nie spróbowała.
To nie tak, że pałała do niego jakąś skrywaną miłością. Miłość — za duże słowo na określenie stanu panującego w jej wnętrzu. Pewną częścią siebie chciała go pokochać, kogoś takiego, jak on. Tak pięknego, o zniewalającym uśmiechu, tajemniczych oczach. Chciała widzieć siebie w ramionach Malfoya… Nie, w ramionach Dracona. Podświadomie czuła, że gdyby przyjaźnili się od dawna, szczerze by go kochała. Pragnęła, żeby ktoś taki szczerze JĄ pokochał. W tych marzeniach czuła się trochę Bestią, czekającą na swoją Piękną. Nie uznawała się za szczególnie urodziwą, chociaż odrażająco brzydka też nie była. Przeciętna. Zwyczajna. Na pewno nie Piękna.
Pamiętała, że bywał niemiły — każdy bywa. Obrażał i wyśmiewał, zawsze na czele grupki swoich wyznawców. Gdy widziała te wszystkie nieprzyjemności z jego strony, zastanawiała się, co ją tak do niego ciągnie. Dlaczego była igłą w kompasie, a on niezmiennym polem magnetycznym, które cały czas zwracało ją w określonym kierunku — jego kierunku? Była pewna, że on tak nigdy nie myślał, nie obchodziła go. Pamiętała to ogromne rozczarowanie, kiedy miał jej coś przekazać i nie wiedział nawet, że siedziała w tym miejscu sali. Jakby wcale jej nie zauważał. Hermiona Granger dla Dracona Malfoya zawsze była, jest i będzie skryta pod peleryną niewidką. Czasem łudziła się, że jest inaczej. Tu na nią patrzy, może nawet o niej myśli. Ale wiedziała, że to tylko marzenia. Nie, marzenia to też za duże słowo — luźne myśli, tak. Które nigdy nie miały się spełnić.
Przyzwyczaiła się do rozczarowań. Rzadko dostawała to, czego chciała, na co liczyła. Miała tylko jedno — Hogwart. Pewnie dlatego kochała go z całego serca.
Otrząsnęła się z tej dziwnej melancholii i zwróciła wzrok na Harry’ego, który cierpliwie się jej przyglądał. Jego ciemne włosy żyły własnym życiem i sięgały we wszystkie możliwe strony, jakby chcąc uwolnić się od zbędnych korzeni oraz właściciela, usilnie starającego się je poskromić.
— Wcale nie taki trudny. Chociaż przygotowanie wymaga trochę czasu, na pewno zdążymy. — Hermiona przybrała na twarz „ten wyraz”, tak dobrze znany wszędzie jak Hogwart długi i szeroki. — Głównie chodzi o to, że każdy z nas osobno jest za młody. Ale razem mamy wystarczającą ilość lat. Znalazłam eliksir, współpracujący z zaklęciem, który sprawi, że się w jakiś sposób połączymy. Nie jestem do końca pewna, jak to zadziała, ale staniemy się jedną osobą, zawierającą cząstkę każdego z nas… trzech. Łącznie z naszym wiekiem, oczywiście. Dlatego Czara uzna, że mamy, bodajże, czterdzieści sześć lat.
Harry powoli skinął głową.
— I to niby nie jest trudne? — Zielone oczy błysnęły zza okrągłych szkieł.
— Może nie najłatwiejsze, ale jak najbardziej wykonalne. — Hermiona usiadła na jednym z foteli. — W końcu, niektórzy z nas przeżyli już o wiele gorsze rzeczy.
Chłopiec, Który Przeżył zaśmiał się, na co panna Granger odpowiedziała tym samym. Gdzieś głęboko w jego umyśle rozkwitła jednak nowa wątpliwość —Voldemort próbował zabić Harry’ego, gdy ten był jeszcze niemowlęciem, ale ktoś go powstrzymał. Dlatego mówiono o Potterze, jako o Tym, Który Przeżył. Gryfonka natomiast została zaatakowana i ugodzona dość głęboko. Harry nawet nie mógł sobie wyobrazić, jak to jest nie mieć rodziców.


****

Lubił siebie. Lubił to, że nie musiał się starać, aby wyglądać dobrze. Szczycił się, że ma to w genach.
Spojrzał na swoje lustrzane oblicze. Szare oczy uważnie przesuwały się po jego obrazie, z ciekawością obserwując krzywizny i linie twarzy. Nie był do końca przekonany o pięknie tego oblicza, choć wielu się nim zachwycało. Zatrzymał wzrok na pasmach platynowych włosów, próbując dostrzec w nich pszeniczne kłosy, o których często mówiła Parkinson. Nie zgadzał się z nią. Platyna ma odcień o wiele zimniejszy od złota, jaśniejszy, bardziej… szlachetny? Krytycznie ocenił własne spojrzenie, o kolorze stali, zimne. Może wyglądał inaczej, gdy się uśmiechał? Oczy Pottera błyszczały, dostrzegał w nich iskierki podekscytowania i zachwytu. One żyły. Zazdrościł mu tych oczu. Zazdrościł mu, że może nimi oglądać o wiele lepsze rzeczy.
Wyszedł z łazienki i usiadł na idealnie pościelonym łóżku. Całe dormitorium Ślizgonów już dawno opustoszało z racji obiadu w Wielkiej Sali. Tylko on zwlekał.
Ciche stukanie i niewyraźny kształt wyrwały go z rozmyślań. Hedwiga, dostojnie poruszając skrzydłami, uderzała dziobem w twardą taflę okna. Cień uśmiechu przemknął przez jego twarz na widok sowy, rozświetlając blade oblicze. Szybko wstał i wpuścił ptaka, który pozbył się niesionej wcześniej przesyłki i od razu odleciał.
Malfoy otworzył lekko zżółkłą kopertę, zagłębiając się w treść wiadomości.

Zgodziła się. Dzisiaj o dziesiątej pod Pokojem.
HP

Kto by pomyślał, że zaledwie dwa zdania, a mogą wywołać tyle radości.


****

Przy stole Gryffindoru nigdy nie było cicho. Nigdy. Przyjemny gwar rozmów, poprzetykany napadami śmiechu, roznosił się po całej Wielkiej Sali. Nikt inny tyle nie gadał, a Gryfoni byli wyjątkowo odważni w słowach. Niektórzy Krukoni z uśmiechami przysłuchiwali się zabawnym wymianom zdań czy ploteczkom, które, dzięki temu, roznosiły się wyjątkowo szybko. Puchoni za wszelką cenę starali się dorównać Domowi Lwa, ale wiadomo, jak jest — borsuk lwa nie przegada.
Harry Potter, skupiony na wydłubywaniu rodzynek z sernika, nawet nie zauważył, jak Ron zalał mu wypracowanie sokiem dyniowym, co Hermiona skomentowała pełnym politowania prychnięciem. Jednym ruchem różdżki oczyściła pergamin.
— Nie ma za co, Harry, naprawdę — mruknęła, zabierając się za swoje spaghetti.
— Hm? — Złoty Chłopiec siłował się z wyjątkowo upartą bakalią.
— Właśnie uratowałam twój esej na eliksiry.
— Co? — Czarnowłosy zwycięsko odłożył rodzynkę na bok talerza i spojrzał na Hermionę, która wskazała mu równo zapisany pergamin. — A, to nie mój, tylko Malfoya. Pożyczył mi, bo Snape już mu sprawdził i na pewno ma wszystko dobrze…
Panna Granger z wyrzutem zaplotła ręce na piersi. Wolał porady Ślizgona niż jej samej? Niedoczekanie.
Harry przepraszająco wzruszył ramionami.
— Wspomniałaś wczoraj, że sama jeszcze nie skończyłaś. Nie chciałem ci zawracać głowy.
— Harry. — Hermiona mówiła nad wyraz powoli i dokładnie. – Ja mogę ci zawsze pomóc. Nie musisz chodzić do Malfoya.
— Zapamiętam sobie. — Potter uśmiechnął się szeroko. – A co, zazdrosna?
Pogardliwe prychnięcie doszło nawet do uszu Hagrida przy stole nauczycielskim.
— Po prostu jestem pewniejszym źródłem.
— Ale Snape już sprawdził ten esej…
Groźne iskierki w oczach Gryfonki odwiodły Harry’ego od dalszych usprawiedliwień. Jakby nigdy nic, wrócił do swojego sernika.
Ron z rozbawieniem przysłuchiwał się tej wymianie zdań.
— Powinniśmy się zacząć przyzwyczajać — oznajmił poważnie. — Wiesz, jak jest, Hermiono. Zaczyna się od prac domowych. Później wspólna nauka, godziny razem w bibliotece, Merlin wie, co jeszcze. Może się okazać, że zastanę kiedyś w dormitorium puste łóżko, a Harry będzie spał na swoim nowym w lochach.
Przypadkowa rodzynka wylądowała w ustach Wybrańca.
— Sugerujesz, Ron… — Odłożył widelczyk. — … że zwolnię ci moje łóżko z dobrego serca? Bo jak dalej będziesz tyle pochłaniał, jedno ci nie wystarczy.
Hermiona zakrztusiła się sokiem, a Harry uśmiechnął się zwycięsko. Ron jednak walczył dalej.
— Chcesz się tylko wymigać. — Zmrużył oczy i wskazał na przyjaciela łyżką. — Twój niby powód, hę? Zobaczymy, jak się będziesz tłumaczył, gdy poprosisz mnie o zostanie drużbą.
— Harry, ale ja koniecznie muszę być druhną. — Wtrąciła panna Granger. — Nie wybaczę ci, jeśli poprosisz o to Parkinson, czy, broń Merlinie, jakąś Greengrass.
Czarnowłosy podniósł puchar z sokiem Hermiony i uważnie przyjrzał się jego zawartości. Następnie powąchał zupę Rona.
— Jesteście absolutnie pewni, że ktoś wam czegoś nie dosypał?
— Nam? Nie. — Gryfonka lustrowała podziurawiony sernik. – Ale może Malfoy systematycznie podaje ci amortencję…
Ron parsknął, krztusząc się rosołem. Opluł przy tym siedzącego naprzeciwko Seamusa, który właśnie wypróbowywał jakieś nowe zaklęcie. Finningan zerknął na swoją mokrą szatę i westchnął.
— Pewnie znowu zła formułka…
Weasley skrył się za Prorokiem Hermiony.
Ta natomiast rozglądała się dokoła, sunąc wzrokiem od Ginny Weasley do Blaise’a Zabiniego. Zatrzymała na moment wzrok na platynowej czuprynie i odgoniła od siebie nieprzyjemne myśli. Nie zauważyła, że szare oczy, skryte pod jasną grzywką, uważnie obserwują każdy jej ruch.


****

Ciemność. Ciemność. Nieprzenikniony mrok.
Groza.
Oczy, czerwone. Czerwone jak krew.
Mroźne oddechy.
Strach.
Rozpacz.
Szaleństwo.

Ciemne oczy wyjrzały zza drżących powiek. Spocona ręka odgarnęła włosy z czoła. To był sen.
Tylko sen.
Ale w pokoju nadal unosił się gryzący odór śmierci.




Dla chłopca, który dzisiaj prawie we mnie wbiegł. Lubię czasem poczuć tę, wiecie, nutkę niebezpieczeństwa.

"Moc jest we mnie, a ja jestem silna Mocą."

Vi


10 komentarzy:

  1. Dla chłopca, który dzisiaj prawie we mnie wbiegł. Lubię czasem poczuć tę, wiecie, nutkę niebezpieczeństwa.
    Haha, to mnie rozwaliło xD ale i to może być groźne...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W końcu niebezpieczeństwa czekają na nas na każdym kroku...

      Usuń
  2. Kto w cb wbiegł? *lenny*
    Ogólnie ten opis uczuć Hermiony to jakbym o tb czytała. I to wszystko jest takie piękne, ty to piszesz tak dojrzale, CZEMU MNIE WCZEŚNIEJ NIE ZMUSIŁAŚ ŻEBYM TO PRZECZYTAŁA, HMM??
    /Ola

    OdpowiedzUsuń
  3. Godzina płata mi figla, bo całkiem się pogubiłam, jak napisałaś, ze Harry jednak jest Chłopcem, który przeżył, dopiero potem doczytałam dlaczego. ehhh. Wybacz mi proszę, że nie będę sie tak rozwlekać nad tym rozdziałem, ale jest późno (wcześnie, właściwie), a ja chcę jeszcze skomentować ostatni, więc powiem tylko, że świetny.

    OdpowiedzUsuń
  4. Hej :3
    Rozdział bardzo przyjemnie mi się czytało. Opisy jak zawsze na wysokim poziomie, czyli coś co uwielbiam. Hermiona zaskoczyła mnie wyznaniem o miłości do Malfloya i tym pomysłem o połączeniu. A ta rozmowa przy stole... padłam XD.

    OdpowiedzUsuń
  5. Mam jeszcze więcej pytań, ich część z poprzedniego komentarza została z jednej strony rozwiana, a z drugiej pojawiły się nowe. Teraz rozumiem, czemu Harry jest nazywany "Chłopcem, Który Przeżył", ale z kolei mam problem z pojęciem, jak to się stało, że Hermiona wie o przeszłości, która miała się wydarzyć, a która została zmieniona. Z pewnością dowiem się w kolejnym rozdziale, a obecne wątpliwości zostaną zastąpione nowymi, zatem przejdę do największego smaczku, który miał dla mnie ten rozdział.

    Hermiona żałująca braku przyjaźni z Draco. To teoria bardzo prawdopodobna, bo niby czemu nie? I bardzo do mnie przemawia, jak ją ujęłaś, choć kilka niejasności i tak się pojawiło. Ona nigdy nie była dla niego tak niemiła, oględnie powiedziane, jak on dla niej; owszem, gdzieś tam zawsze mu odpyskowała, inteligentnie i z wyczuciem, ale nigdy nie zionęła do niego taką nienawiścią tuż przy nim, przynajmniej nie otwarcie. Co tak naprawdę siedziało w głowie Hermiony wie chyba tylko sama Rowling, ale Twoja teoria, jakoby chciała się z nim zakolegować, poznać go, zwyczajnie pogadać, jest trafiona, bo czemu nie? Czemu miałby jej nie fascynować? Czemu jeszcze jako dziewczynka miałaby nie chcieć przekonać się, jaką jest osobą? Jej przemyślenia zajęły większą część rozdziału, otworzyłaś trochę psychikę panny Granger, a jej ujęcie było dla mnie nie tyle zaskoczeniem, co miłym odkryciem. Jednak, jak już wcześniej wspomniałam, pojawia się we mnie mały zgrzyt. Hermiona lubiąca otaczać się pięknymi przedmiotami i osobami, chyba tak to można ująć. To jest dla mnie troszkę niepojęte, niepasujące do jej charakteru, generalnie do całokształtu, do tego rozwodzenie się nad własną urodą czy też jej brakiem. Kłóci się to z moim wyobrażeniem, ale tylko z moim, także nie ma się czym przejmować. Wszystkim w końcu nie dogodzisz. Mnie szczególnie.

    Co do samego Draco, nie tego na końcu rozdziału, ale tego w rozważaniach Hermiony, twierdzenie, jakoby jej nie zauważał w moim odczuciu jest niepoprawne, ponieważ Malfoy bardzo dobrze zdawał sobie sprawę z istnienia panny Granger, zresztą sama mu o sobie na każdym kroku przypominała, jak chociażby na lekcjach, wyrywając się nieustannie do odpowiedzi. Jeśli traktował ją jak powietrze, to robił to w pełni świadomie i z premedytacją, chcąc jeszcze bardziej upokorzyć dziewczynę, tym samym uświadamiając jej, że nie ma dla niego wartości. Malfoy nie przeszedłby obok Hermiony obojętnie, nie zaszczycając jej choćby najmniejszym komplementem o krzywiźnie jej zębów czy bujności loków na głowie, tym bardziej w wieku czternastu lat. Ale skoro wszystko w Twojej historii zostało zmienione, rzeczy, do których jesteśmy przyzwyczajeni odbiegają od tych, które przedstawiasz, jestem w stanie zrozumieć i zaakceptować poczynania Twojego Malfoya. Może nawet dowiem się czegoś więcej w kolejnym rozdziale, bo jak dotąd rozwiewam swe wątpliwości z kolejnymi notkami, zatem liczę, że i tym razem się nie zawiodę.

    To ja może przejdę dalej i nie będę dłużej się zastanawiać, jeśli rozdział czwarty pomoże mi pojąć inne niezrozumiałe kwestie ;)

    Realistka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A nie, jednak nie przejdę dalej, bo zapomniałam o czymś istotnym, a mianowicie o pomyśle Hermiony, dzięki któremu bohaterowie będą mogli wrzucić swe nazwiska do Czary. Rozwiązanie jest nietuzinkowe, bardzo pomysłowe, choć można czepiać się, że przecież Czarę może oszukać wyłącznie bardzo silne zaklęcie Confundus, o czym zresztą wspomina sam Moody, a raczej Crouch Junior pod postacią Alastora, ale to tylko rzucanie kłód pod nogi. Wybrnęłaś z problemu w bardzo dobrym stylu. Teraz tylko czekać, czy misja się powiedzie, czy też nie, a przede wszystkim ciekawi mnie, jak będzie wyglądała współpraca trójki bohaterów.

      Mówiąc zaś o trójce - Hermiona, Harry i Ron przy stole. Scena urzekająca, napisana z humorem, który bardzo lubię, ale to właśnie Weasley najbardziej do mnie w niej przemówił. Do tej pory jego postać jest dla mnie zagadką; wspomniany jedynie w pierwszym rozdziale, mówił chyba jedno zdanie, a potem w opowieści Hermiony, gdy trzymał na kolanach kota. Chcę wiedzieć o nim więcej, chcę wiedzieć, jak go uformowałaś i jakie ma znaczenie w opowiadaniu, a spodziewam się, że jednak jakieś ma.

      Ostatni fragment rozdziału zamiast wprowadzić mnie w niepokój, sprawić, że poczułabym oddech grozy na karku, po prostu mnie rozbawił, szczególnie powtarzające się na początku słowo. Bo ja nie widzę po nich krwi, lęku, nie czuję spływającego po plecach potu, tylko widzę Seksmisję i Maksa, czyli Jerzego Stuhra, mówiącego: ciemność, widzę ciemność, ciemność widzę. Przepraszam, ale to zupełnie nie Twoja wina, bo kawałek jest dobry, tylko mojej wybrakowanej psychiki.

      Usuń
  6. Nie, nie, Hermiona nie wie. Jeśli mowa o fragmencie "W końcu, niektórzy z nas przeżyli już o wiele gorsze rzeczy" ona odnosi się tylko do faktu zabicia Voldemorta zanim ten zdążył Harry'ego uśmiercić.

    Tłumaczę sobie, że jesteś osobą raczej wybredną, dlatego też ta strona Hermiony do Ciebie nie przemawia. Żywię jednak szczerą nadzieję, że zalicza się ona do grona niewielu... A jeżeli z moją nadzieją od razu mogę się pożegnać, proszę, zwróć mi na to uwagę, a będę zmuszona porządnie się nad sobą zastanowić.

    Draco stracił jeden z głównych powodów do obrażania panny Granger, a mianowicie jej pochodzenie mugolskie, do którego nie przywiązuje się już tak dużej wagi. Oczywiście, gdzieś tam niechęć do mugolaków pozostała, szczególnie w najstarszych z rodów arystokratycznych, ale zdecydowanie mniejsza i zanikająca. Całkiem jej też nie ignorował, jak to Harry we wcześniejszych rozdziałach zauważył, za pomocą anonimowych liścików. W każdym razie, nie było to aż tak odczuwalne, aż tak... nachalne?

    Nie spodziewałam się tak dużego zainteresowania Ronem, tym bardziej na tym etapie. Jednak cieszę się, że zwróciłaś na niego uwagę, a jego znaczenie, cóż... Pożyjemy, zobaczymy :D

    Nigdy, przenigdy by mi do głowy nie wpadła możliwość Twojego odbioru ostatniego kawałka... Uspokoiłaś mnie trochę ostatnim stwierdzeniem, za co jestem ogromnie wdzięczna, bo jednocześnie zasiałaś możliwość nieprzespanej nocy, jak i zaraz pozbawiłaś ją czasu na wzrost.

    Niech Moc i pozdrowienia będą z Tobą

    Vi

    OdpowiedzUsuń
  7. Naprawde zaczynam wciągać sie w to opowiadanie! Podobają mi sie przemyślenia Hermiony i to, ze chciałaby byc wreszcie zauważona przez Dracona. Nie trace czasu, lecę czytać dalej!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takie słowa działają na mnie lepiej niż czekolada (a do pewnego czasu myślałam, że to niemożliwe).
      Bynajmniej, tracić nie można, bo jak to mówią, czas to pieniądz. Ewentualnie rozdział.
      Dziękuję za powyższy komentarzyk, każdy cieszy ogromnie :D

      Niech Moc i pomyślne wiatry będą z Tobą,
      Vi

      Usuń